niedziela, 30 sierpnia 2020

MASSASAUGA PROVINCIAL PARK, ONTARIO—CZERWIEC/LIPCIEC 2019 ROKU

More photos from this trip/więcej zdjęć z tej wycieczki: https://www.flickr.com/photos/jack_1962/albums/72157715782478102 

Blog in English: http://ontario-nature.blogspot.com/2020/08/the-massasauga-provincial-park.html


Park Massasauga znajduje się zaledwie 2 godziny od Toronto i stanowi świetną okolicę do biwakowania i pływania na kanu, niezależnie od posiadanych umiejętności w tym zakresie. Zwykle lubię biwakować na bardziej odległych miejscach, wymagających kilku godzin wiosłowania, ale nie każdy jest gotowy tak długo wiosłować. Dlatego w tym roku zarezerwowałem miejsce na zatoce Blackstone Harbour, blisko parkingu—na tym miejscu wielokrotnie biwakowałem w ostatnich 10 lat.

Widok z naszego miejsca nr 508 na zatoczkę i wyspę

Z powodu wysokiego poziomu wody, niektóre miejsca biwakowe zostały częściowo zalane i praktycznie nie można było ich używać. Chociaż wiedziałem, że moje miejsce nie będzie miało tego problemu, to jednak spora część skał na brzegu była pod wodą. Niedaleko znajdowały się dwa żeremia bobrowe—trzy lata temu przylegały do lądu, a obecnie przypominały małe ‘wysepki’. Również wiele drzew, od kilku lat rosnących w wodzie, zupełnie umarło.

W połowie czerwca 2020 roku nie spodziewałem się już czarnych muszek, ale niestety myliłem się: z powodu deszczowej pogody nadal były aktywne i pomimo używania spreju na komary, podczas mojego 12-dniowego pobytu naliczyłem 20 bardzo paskudnych ugryzień. Co ciekawe, nie było specjalnie problemów z komarami, pewnie przegonił je wiatr. Gdy jednak spacerowałem po lesie, zbierając drzewo na opał, momentalnie atakowały mnie chmary komarów.

Na tym miejscu wielokrotnie biwakowałem w ciągu ostatnich 10 lat. To 'zdjęcie w zdjęciu' pokazuje to samo miejsce 3 lata temu, w 2016 roku. Od tego czasu ubyło jedno drzewo.

Łodzie motorowe stanowią integralny element parku i już zdołałem się przyzwyczaić do ich obecności. Jednak dość dokuczliwe były niezmiernie głośnie skutery wodne—moim zdaniem, powinny być zakazane w parkach i na niektórych jeziorach. Również często słyszeliśmy odgłosy lądujących i startujących na wodzie samolotów dochodzące z niedalekiej zatoki Woods Bay—jeden z nich nawet wylądował na zatoce Blackstone Harbour i przy starcie narobił ogromnego jazgotu. Strażnik parku powiedział, że na tej zatoce samoloty nie mają prawa lądować.

Niegroźny wąż zamieszkiwał na naszym miejscu biwakowym

Pogoda było bardzo dobra—raz czy dwa padało, nie było zbyt gorąco i z przyjemnością pływaliśmy na kanu lub po prostu spędzaliśmy czas siedząc na naszym miejscu i czytając książki, delektowaliśmy się otaczającą nas przyrodą.

Żółwie upatrzyły sobie miejsce na parkingu do znoszenia jajek

Będąc na parkowym parkingu (Pete’s Place) koło podjazdu do wodowania łódek, zobaczyliśmy liczne żółwie, które kopały w ziemi zagłębienia i w nich znosiły jajka. Pracownicy parku postawili pylony i tabliczki informacyjne, aby turyści je omijali. Ciekawe, dlaczego sobie wybrały właśnie to miejsce?
Czapla modra (Blue Heron)

Wędkowanie na zatoce Blackstone Harbour okazało się bardzo kiepskie. Przez kilka dni obserwowałem rybę ‘bass’ (coś w rodzaju polskiego okonia), pływającą przy brzegu i po wielu zmaganiach wreszcie ją złapałem—była pyszna! Nasza druga—i ostatnia ryba—to był mały szczupak. Często obserwowaliśmy wędkarzy, pływających na motorówkach niedaleko naszego miejsca i zawzięcie zarzucających wędki, ale nigdy nie spostrzegliśmy, aby cokolwiek wyciągali z wody. Spędziliśmy też kilka godzin wędkując na zatoce Woods Bay, ale i tam nie mieliśmy szczęścia. Przynajmniej nie musieliśmy się martwić, że naruszymy przepisy wędkarskie, łowiąc powyżej dziennego limitu...


Podczas mojej poprzedniej wizyty w parku, w 2016 roku, widzieliśmy kilka niedźwiadków buszujących po naszych miejscach biwakowych. Tym razem jedyny niedźwiadek, jakiego dostrzegliśmy, przebiegał przez drogę Healy Road—był dość mały, płochliwy i szybko zniknął w lesie—a poruszał się tak śmiesznie i niezręcznie, że oboje wybuchnęliśmy śmiechem.

Wąż wodny

Jednakże mieliśmy okazję zobaczyć wiele innych zwierząt na naszym miejscu biwakowym. Codziennie widzieliśmy wiele węży wodnych, niektóre bardzo duże, albo pływające w wodzie (jeden z nich nawet z ciekawości podpłynął do mnie, gdy kąpałem się w jeziorze), lub też wygrzewające się na skałach. Dwa węże ‘garten snakes’ (zaskrońce) rezydowały w dziupli drzewa rosnącego koło niedźwiedzio-odpornego pojemnika na przechowywanie jedzenia.

Niezmiernie głośna żabka nadrzewna!

Wiewiórki drzewne i ziemne (‘chipmunks’) czasem przebiegały koło nas, nie szukając jednak z nami żadnego kontaktu. Moja automatyczna kamera wideo, którą powiesiłem koło żeremia bobrów, zarejestrowała szopa pracza (‘raccoon’), ale nie przypuszczam, aby on złożył nam nocną wizytę na biwaku, bo z pewnością zauważylibyśmy jego ‘działalność’. Co wieczór widzieliśmy (i często słyszeliśmy) bobry, pływającej niedaleko dookoła przylądka, jak również wydrę wodną czy też piżmaka. Małe ‘nadrzewne’ żabki co wieczór rozpoczynały swój koncert—wydawany przez nie dźwięk był ogłuszający! Dużo się musiałem natrudzić, aby wreszcie zobaczyć jedną z nich—siedziała na ziemi kilka metrów od ogniska. Delikatnie ją przeniosłem kilka metrów dalej—jednakże co noc znajdowałem ją w pierwotnym miejscu!

Five-lined skink

Udało mi się też zobaczyć jaszczurkę (‘five-lined skink’). Kilka sporej wielkości żółwi (‘snapping turtle’) czasem pływało blisko brzegu w poszukiwaniu jedzenia. Co noc mieliśmy okazję wysłuchiwać unikalnych serenad w wykonaniu nurów (‘loon’), jeden z nich zamieszkiwał blisko nas i był stałym bywalcem zatoki. Inny niezmiernie dystynktywny odgłos pochodził od puszczyków huczków (‘barred owl’). Często znajdowały się dosłownie kilka metrów od nas, na gałęziach drzew, ale było niemożliwe je spostrzec czy też usłyszeć, jako że bezszelestnie fruwały z jednej gałęzi na drugą. Kruki czy też wrony często nas budziły z rana, o wiele za wcześnie, niż to planowaliśmy. Dwukrotnie przyleciały kolibry (‘hummingbirds’), ale nie znalazłszy żadnych kwiatów, których to nektar stanowi ich pokarm, szybko odleciały. Przez kilka dni składały nam wizyty mewy, licząc na otrzymanie jakiegoś kąska, ale gdy zorientowały się, iż nic od nas nie dostaną, przestały przylatywać.


Jednego dnia stałem na biwaku pod drzewem, gdy nagle usłyszałem stukanie. Sądziłem, że może Krzysztof rąbie drzewo. Za chwilę ponownie usłyszałem stukanie—jak też z drzewa zaczęły na mnie spadać kawałki kory i drzazgi. Spojrzałem w górę—metr ode mnie na drzewie siedział przepiękny dzięcioł smugoszyi (‘pileated woodpecker’), z zapałem opukujący drzewo! Kilka dni później widziałem go ponownie w tym samym miejscu. Również pojawił się jego mniejszy kuzyn, dzięcioł krasnogłowy (‘red headed woodpecker’). Jednakże najbardziej lubiłem przyglądać się czaplom modrym (‘blue heron’), które majestatycznie fruwały nad powierzchnią wody i pełne gracji, lądowały na skałach. Dwa razy rodzina gąsek, wraz z małymi gąsiątkami, odwiedziła nasze miejsce, trochę się pokręciła koła namiotów i wszystkie z powrotem podążyły do wody. Często też pojawiały się kaczki i kaczątka, pływając vis-a-vis biwaku.


Mieliśmy piękne widok na małą, zalesioną wysepkę

Gdy siedziałem pochłonięty czytaniem książki, nagle spostrzegłem przepiękną sarenkę, stojącą zaledwie kilka metrów ode mnie, intensywnie się we mnie wpatrującą—po paru sekundach uciekła do lasu! Również muszę parę słów powiedzieć o różnych owadach. W nocy pojawiały się jętki (‘mayflies’), które pewnie osiągnęły ostatnie stadium swojego krótkiego żywota i grunt dookoła ogniska był nimi pokryty, przypominając ‘żywy dywan’. Bardzo dużo ważek latało dookoła nas, polując na komary. Również widzieliśmy nimfy ważek, wolno poruszające się na drzewach i skałach—rankiem pozostały po nich jedynie porzucone zewnętrzne szkielety (‘exuvia”), z których zapewne niedawno wyłoniły się ważki. Co noc chrabąszcze majowe (‘cockchafer’) fruwały nad naszymi głowami, wabione światłem latarek. I oczywiście wszędzie było dużo mrówek—niektóre małe, inne większe, jedne mieszkające na drzewach, inne w ziemi—jak też ciągle pojawiały się mrówki-królowe, posiadające skrzydełka.

 

Zawsze lubiłem siedzieć koło tego charakterystycznego drzewka-a to mniejsze zdjęcie, przedstawiające Catherine i mnie, było zrobione 3 lata temu, w 2016 roku

Kilkakrotnie popłynęliśmy na kanu do parkingu w Pete’s Place i następnie samochodem udaliśmy się do miasta MacTier lub Parry Sound, aby zrobić zakupy. W Parry Sound tradycyjnie poszliśmy do supermarketu No Frills, zrobiliśmy zakupy i potem pojechaliśmy do opuszczonej przystani pod wiaduktem kolejowym, gdzie spożyliśmy lunch. Po posiłku wpadliśmy do sklepu z używanymi książkami, „Bearly Used Books”. Po raz pierwszy miałem okazję zobaczyć jego nową lokację na główniej ulicy—w tym samy budynku posłowie Partii Konserwatywnej do Parlamentu Federalnego (w Ottawie) oraz Prowincjonalnego (w Toronto) mieli swoje biura. Księgarnia było ogromna, lecz momentalnie znalazłem sekcję z najbardziej interesującymi mnie książkami i czułem się ‘jak w domu’! Książek było dziesiątki tysięcy, obsługa jak zwykle niezmiernie miła i uprzejma. Chociaż nie byłem w stanie spędzić w tym sklepie zbyt wiele czasu, udało mi się kupić 3 świetne książki.

I jeszcze przed wyjazdem wspólne pamiątkowe zdjęcie

Po drugiej stronie ulicy znajdowało się studio artystyczne Jessica Vergeer Studio. Ponad rok temu na Internecie oglądałem prace Jessica Vergeer, bardzo mi się podobały, i wreszcie mogłem osobiście tam się udać, a nawet krótką z artystką porozmawiać. Rzeczywiście, malowane przez nią obrazy, przedstawiające głównie pobliskie pejzaże i krajobrazy, były bardzo oryginalne i niezmiernie mi się podobały—szczególnie, że przez wiele lat pływałem na kanu po zatoce Georgian Bay i mogłem te przepiękne zakątki ujrzeć na własne oczy. Kupiłem kilka pocztówek z jej malunkami, jak też kartki pocztowe przedstawiające, w specyficznym klasycznym stylu z poprzedniej epoki, miasto Parry Sound, wyspę Wreck Island, park Killbear Provincial Park oraz latarnie morskie w Snug Harbour i Red Rock. Jako że wszystkie te miejsca odwiedziłem na kanu, a na niektórych nawet biwakowałem, te malowidła przywołały wiele wspaniałych wspomnień.

Była to niezwykle udana wycieczka. Życzyłbym sobie, aby przy następnej wizycie do tego parku udało mi się biwakować w jego bardziej dzikiej części, ale zatoka Blackstone Harbour też okazała się świetnym miejscem.


More photos from this trip/więcej zdjęć z tej wycieczki: https://www.flickr.com/photos/jack_1962/albums/72157715782478102 

Blog in English: http://ontario-nature.blogspot.com/2020/08/the-massasauga-provincial-park.html

piątek, 21 sierpnia 2020

MICHIGAN, INDIANA AND ILLINOIS, USA: BIWAKOWANIE W INDIANA DUNES NATIONAL PARK, WARREN DUNES STATE PARK I ORAZ WIZYTA W CHICAGO, MAJ / CZERWIEC, 2019

Blog in English/w języku angielskim: http://ontario-nature.blogspot.com/2020/08/michigan-indiana-and-illinois-usa.html

Więcej zdjęć z tej wycieczki: https://www.flickr.com/photos/jack_1962/albums/72157715578116311  and  https://www.flickr.com/photos/jack_1962/albums/72157715579544908 

Nasze miejsce biwakowe 45D w parku Indiana Dunes National Park

Tradycyjnie w Ontario maj oznacza początek sezonu kempingowego i wiele parków po zimowej przerwie ponownie się otwiera dla turystów. W ciągu ostatnich lat kilkakrotnie wybierałem się w tym czasie na biwak do parku Long Point Provincial Park, nad jeziorem Erie. Nie było żadnych komarów i innych dokuczliwych owadów i chociaż jednego roku padał śnieg, a temperatura w nocy spadła kilka stopni poniżej zera, nie popsuło to nam przyjemności: przez jakiś czas siedzieliśmy przytuleni przed ogniskiem, a potem wskoczyliśmy do namiotów, pakując się w 4 śpiwory. 

Nasza chatka "Oak Cabin" w parku Warren Dunes State Park

W roku 2019 też zarezerwowałem na maj miejsce biwakowe w parku Long Point mając nadzieję, że Catherine przyjedzie z Minnesoty i razem spędzimy w nim tydzień pod namiotem. Gdy jednak zaczęła kalkulować odległość (ponad 1,600 km w jedną stronę, 2 dni jazdy samochodem), zmieniła zdanie. Mi też się nie uśmiechało jechać taki kawał drogi do niej, toteż zdecydowaliśmy się na kompromis—spotkać się dosłownie w połowie drogi! Mianowicie, na południowym brzegu jeziora Michigan znajdował się Park Narodowy Indiana Dunes. Ten najnowszy Park Narodowy, utworzony w 2019 roku, leżał dokładnie w połowie drogi między naszymi miejscami zamieszkania i każdy z nas mógł tam dotrzeć samochodem w ciągu jednego dnia. Chociaż nie lubię jeździć samochodem, w szczególności samotnie po autostradach—uważam to za wyjątkowo nudne zajęcie – tym razem nie miałem nic przeciwko spędzeniu około 10 godzin za kierownicą. 

Po deszczu niektóre miejsca biwakowe przypominały małe stawy w parku Warren Dunes State Park. Na szczęście my mieszkaliśmy pod dachem!

Wyjechałem rano 28 maja 2019 roku i skierowałem się w stronę Sarni w Ontario. Gdy zbliżałem się do granicy, natężenie ruchu było nieduże, ale po niedługim czasie pojawiło się coraz więcej samochodów i ciężarówek i jadąc w żółwiowym tempie, spędziłem 40 minut na granicznym moście. Urzędnik celny USA zadał mi kilka pytań dotyczących celu mojej wizyty w USA, mojego zawodu i zawartości podręcznej lodówki (która zawierała tylko plastikowe butelki z zamrożoną wodą). Prawdopodobnie rozczarowany, że nie znalazł niczego podejrzanego i nie mógł mnie na niczym chwycić, łaskawie wpuścił mnie do Stanów Zjednoczonych. Zaledwie kilka kilometrów od Sarni zatrzymałem się w Visitor Center, pobrałem kilka broszur i wróciłem na autostradę 69. Po kilku godzinach skręciłem na autostradę 94, zatrzymując się tylko raz w stanie Michigan w mieście „Paw Paw”, nazwanym na cześć drzew pawpaw (Asymina trójklapowa), które kiedyś rosły wzdłuż rzeki o tej samej nazwie. Na chwileczkę wpadłem do MacDonalda coś przekąsić, zatankowałem i ponownie dopiero zatrzymałem się w parku Warren Dunes Park w stanie Michigan. 

Wycieczki rowerowe w pobliżu miasteczka Beverly Shores

Kilka dni temu, kiedy planowaliśmy naszą podróż, wprowadziliśmy pewne zmiany w naszym początkowym planie podróży. Ponieważ prognoza przewidywała dwa dni mocnych opadów, zdecydowaliśmy się je spędzić pod dachem. Na szczęście Park Stanowy Warren Dunes oferował trzy chatki - zarezerwowaliśmy jedną, zwaną „Oaks” (Dęby), numer 51 - kosztowała $104 za 2 noce plus opłata rezerwacyjna w wysokości $8. Kupiłem też naklejkę parkową („Paszport rekreacyjny” dla nierezydentów, $33 za cały rok) i otrzymałem kod dostępu do chatki. 

Catherine posłała mi tekst, że nadal jest w okolicach Chicago, utknęła w licznych korkach (miałem szczęście, że nie musiałem przejeżdżać przez żadne większe miasto) i przyjechała dość późno, około godziny 20:00, bardzo zmęczona i śpiąca. 

Chicago, Illinois można było dostrzec z parku Indiana Dunes National Park

Domek był prosty, ale wystarczający dla naszych potrzeb. Miał piętrowe łóżka dla 6 osób, grzejnik i stół z ławą. Na zewnątrz było miejsce na ognisko. Jednak najważniejszą częścią chatki był z pewnością DACH - w nocy słyszeliśmy grzmoty i błyskawice, lało jak z cebra! Kiedy wstaliśmy rano, byliśmy zaszokowani widząc, że wiele miejsc biwakowych (w tym kilka przylegających do naszego miejsca) zostało całkowicie zalanych – utworzyły się potężne kałuże i nie byłoby możliwe znalezienie żadnego suchego miejsca! Nawet dla samochodów kempingowych przebywających na takich miejscach stanowiłoby to problem, ale już nie wyobrażam sobie turystów w namiotach, oni dosłownie utopiliby się w tych małych jeziorkach i musieliby przenieść się w środku nocy na inne miejsca! Drugiej nocy znów padało, więc po raz kolejny gratulowaliśmy sobie naszej decyzji. 

W parku nie było wiele ludzi i nie mieliśmy żadnych sąsiadów. Od 1 marca do 30 września obowiązywał zakaz spożywania alkoholu - było to trochę niewygodne, ale być może ten przepis też powodował, że park był spokojny i bezpieczny. Kilkakrotnie obserwowaliśmy jelenie i szopy wędrujące po parku. 

Park Warren Dunes State Park-samoobsługowa rejestracja i cennik

Następnego dnia wybraliśmy się na spacer po wydmach i spotkaliśmy bardzo interesującego dżentelmena z Chicago, z którym przez 20 minut prowadziłem interesującą rozmowę - wydawało się, że nasze poglądy były w wielu sprawach zbliżone. 

Oczywiście Catherine musiała wstąpić do sklepu Goodwill w Benton Harbor i między innymi udało się jej kupić tego konika na biegunach dla swojej wnuczki--musiała o niego walczyć z potencjalną klientką, która też chciała go kupić.

Pojechaliśmy też do pobliskiego miasteczka Benton Harbor na zakupy. Centrum handlowe Orchards, przylegające do autostrady 94, składało się z dziesiątek sklepów—wstąpiliśmy do Walmart, Aldi i Goodwill. Zamiast pojechać z powrotem autostradą, objechaliśmy to miasto, przekroczyliśmy rzekę St. Joseph (Świętego Józefa) i wjechaliśmy do miasta St. Joseph. Od razu zauważyliśmy, że istnieje duża różnica między tymi dwoma sąsiadującymi miastami, oddzielonymi tylko rzeką. Po uzyskaniu dostępu do Internetu przeprowadziłem dowiedziałem się ciekawych rzeczy (https://datausa.io): 

                                        Benton            St. Joseph

                                        Harbor

 

Liczba ludności                       9,944               8,301

Mediana dochodu

gospodarstwa domowego       $20,157           $55,975

Wskaźnik ubóstwa                  48%                 10.2%

Mediana wartości

nieruchomości                         $56,200           $166,300 

 

Demografia rasowa                            

 

Murzyni lub

Afroamerykanie                      84.8%              4.55%

Biali                                       8.55%              87.4%

Latynosi                                 4.15%              2.8%

Azjaci                                     0.8%               3.59%

 

Według www.bestplaces.net, porównanie przestępczości między tymi dwoma miastami przedstawia się następująco [przestępczość jest uszeregowana w skali od 1 (niska przestępczość) do 100 (wysoka przestępczość)]:


                                    Benton         St. Joseph    USA

                                    Harbor

 

Brutalne przestępstwa   95.2               15                22.7

Przestępstwa  

przeciwko mieniu          68.7               31.2             35.4                                                               

Na koniec znalazłem wiadomość na witrynie stacji radiowej „News Talk 94,9 WSJM” (www.wsjm.com) z 4 października 2018 r. p.t. „Według FBI, Benton Harbor ma najwyższą ratę brutalnych przestępstw na osobę w stanie Michigan”: „Benton Harbor jest uznawane za najbardziej brutalne miasto stanu w 2017 r. Wskaźnik przestępczości w Benton Harbor wynosi 22 przestępstwa na 1000 mieszkańców, wyprzedzając wskaźnik Detroit wynoszący 20 osób. W ubiegłym roku w mieście miały miejsce trzy morderstwa, 23 gwałty, 36 napadów i 156 przypadków brutalnego napadu, a jego populacja wynosi 9899 osób.” 

W każdym razie nie mieliśmy żadnych problemów w żadnym mieście i bezpiecznie dotarliśmy do parku! 

Dwa dni później spakowaliśmy się i udaliśmy się do Parku Narodowego „Indiana Dunes National Park”. Tym razem też jechaliśmy pomniejszymi drogami, wiodącymi przez kilka małych miasteczek. 

Mieliśmy zamiar przejechać się tym szlakiem rowerowym (Calumet Trail), ale po ostatnich opadach nie nadawał się do jazdy rowerami

Kiedy dobrnęliśmy do parku, porozmawialiśmy z ‘campground host’ - bardzo miłym dżentelmenem z Teksasu, który przebywał w parku w domku kempingowym, a także pracował w biurze parku jako woluntariusz. Rozmawialiśmy z nim przez chwilę, a następnie przejechaliśmy się po parku, szukając najlepszego miejsca - wybraliśmy numer 45D w ‘Douglas Loop’, które było nienajgorsze. W parku nie było tłoczno, ale w weekend się pojawiło wiele nowych turystów. 

Indiana Dunes National Park nie tak dawno temu był znany jako Indiana Dunes National Lakeshore, dopóki nie stał się w dniu 15 lutego 2019 roku najnowszym (61-wszym) parkiem narodowym w Stanach Zjednoczonych. Park ciągnie się prawie 40 km wzdłuż południowego brzegu Jezioro Michigan i jego powierzchnia wynosi około 15000 akrów. W parku znajdują się wydmy, mokradła, prerie, rzeki i ekosystemy leśne. 

W Beverly Shores, jeden z domów z wystawy "Century of Progress"--Florida Tropical

Odwiedziliśmy imponujące Centrum Turystycznym (oddalone o kilka kilometrów od pola biwakowego), gdzie mogliśmy zapoznać się z historią parku i wziąć wiele bardzo interesujących i pouczających broszur i map. Ponieważ w pobliżu przebiegał szlak rowerowy (Calumet Trail), oboje przywieźliśmy rowery. Poinformowano nas, że ze względu na bardzo deszczową wiosnę szlak stał się prawie nieprzejezdny. Rzeczywiście, na szlaku znajdowały się ogromne kałuże i nawet nie próbowaliśmy po nim jechać. 

Kościół Katolicki znajdował się prawie-że w parku

Kilkaset metrów od naszego kempingu, prawie w parku, znajdował się kościół rzymskokatolicki św. Anny (St. Ann of the Dunes). Został zbudowany w 1954 roku i od tego czasu przeszedł kilka gruntownych renowacji. W sobotę poszliśmy na wieczorną mszę. 

W ciągu następnych kilku dni spędziliśmy kilka godzin jeżdżąc na rowerach. Przede wszystkim zawitaliśmy do bardzo ładnego miasteczka Beverly Shores. Pozwolę sobie i w tym miejscu przytoczyć parę danych statystycznych: liczba mieszkańców wynosiła nieco ponad 613, a skład rasowy miasta składał się z 96,6% białych, średni dochód gospodarstwa domowego wynosił $89,375, stopa ubóstwa 3,75% i mediana wartości nieruchomości $456,900; skala przestępstw z użyciem przemocy wyniosła 11,8, a przestępstw przeciwko mieniu 24,3 [przestępstwo jest klasyfikowane w skali od 1 (niskie przestępstwo) do 100 (wysokie przestępstwo)]. Miasto powstało jako ‘planowany’ kurort. W 1933 roku Robert Bartlett kupił setki już wytyczonych miejsc pod budowę domów. Cały projekt nazwał imieniem swojej córki, Beverly. Następnie w latach 1933-34 kupił i przetransportował szesnaście budynków z Wystawy Światowej EXPO w Chicago, z których cztery zostały przewiezione barką na jeziorze Michigan. W latach dziewięćdziesiątych XX w i na początku XXI wieku na wydmach w pobliżu jeziora zbudowano wiele milionowych domów. Ponieważ Beverly Shores jest łatwo dostępne z Chicago (pociągiem lub samochodem), wiele mieszkańców Chicago posiada tam drugi dom. 

Bagna i mokradła w pobliżu Beverly Shores

Uwielbialiśmy jeździć na rowerach do tego miasteczka i potem zwiedzać jego malownicze uliczki. Oczywiście udaliśmy się do dzielnicy architektonicznej „Century of Progress”, aby zobaczyć pięć budynków w wystawy EXPO Chicago. Domy były bardzo innowacyjne; do ich budowy wykorzystano nowoczesną technologię, nowe materiały i metody budowlane. 

Beverly Shores leży nad brzegiem jeziora Michigan i jest otoczone mokradłami i bagnami. Bardzo przyjemnie jeździło się na po drodze Beverly Drive, zwłaszcza w jej części na zachód od ulicy South Broadway. Niektóre boczne drogi prowadziły do… nikąd, a sama Beverly Drive w pewnym momencie została zamknięta dla ruchu - ale nie dla rowerów! Wciąż jechaliśmy asfaltową drogą, choć czasem zalaną i zarośniętą, wśród mokradeł, stawów i lasów. Potem wybraliśmy inną nieużywaną drogę i ostatecznie wyjechaliśmy nią na skrzyżowanie Calumet Trail i E State Park Boundary Road. Dowiedzieliśmy się, że niektóre nieruchomości zostały rozebrane – co tłumaczy te opuszczone drogi i ulice wiodące do nikąd! Nadal na mapie satelitarnej można zobaczyć zarysy starych dróg, ale zostały one skutecznie wchłonięte przez przyrodę. 

Stacja kolejowa Beverly Shores, kilkaset metrów od naszego miejsca biwakowego

Jednego dnia pojechaliśmy do miasta Chesterton, zaparkowaliśmy samochód i podążyliśmy rowerami szlakiem Prairie Duneland. Szlak prowadził dawną trasą kolejową linii „Elgin, Joliet and Eastern Railway”. Trasa była wyasfaltowana i jechało się bezproblemowo. Zatrzymaliśmy się w Tate's Place, małej restauracji z patio i wypiliśmy kilka drinków. Szlak zakończył się na drodze County Trail Road w mieście Hobart, a raczej zamienił się w nowy szlak, Oak Savannah Trail, którym przez chwilę jechaliśmy, a potem zawróciliśmy. 

Stacja w Beverly Shores była w 100% samoobsługowa, a przystanek był 'na żądanie'. Jadąc z powrotem z Chicago musieliśmy powiadomić konduktora, że tutaj wysiadamy, inaczej pociąg mógłby się nie zatrzymać

Pewnego wieczoru, gdy padał deszcz i nie mogliśmy rozpalić ogniska, wpadliśmy do Michigan City, znajdującego się kilka kilometrów od parku. Wiedziałem, że wielu mieszkańców ma polskie pochodzenie, więc nic dziwnego, że miało też i polską restaurację o swojskiej nazwie „Polski chłop”, do której wpadliśmy na kolację. Była mała i przytulna. Zamówiliśmy polskie potrawy, które szczególnie Catherine bardzo smakowały. Jednakże ‘zupa dnia’ (zupa śliwkowa) rozczarowała mnie (nie sądzę, żeby była popularna w Polsce), liczyłem na bardziej autentyczną polską zupę, jak na przykład biały barszcz/żurek, rosół, flaki, barszcz czerwony lub zupę grzybową. Być może właściciel lub jego potomkowie pochodzą z regionu Polski, w którym zupa śliwkowa była często spożywana. 

Restauracja "Polski Chłop" (The Polish Peasant) w Michigan City

Tuż za kościołem St. Ann of the Dunes znajdowała się zbudowana w 1925 roku stacja kolejowa Beverly Shore, obsługiwana przez pociągi linii „South Shore Line”. Linią South Shore Line przejeżdża codziennie około 20 pociągów pasażerskich, większość kursuje pomiędzy Chicago Millennium Station i Michigan City lub lotniskiem w South Bend. Ponieważ Catherine nigdy nie była w Chicago - a ja nie byłem w śródmieściu - postanowiliśmy skorzystać z tej okazji i pojechać do Chicago na jeden dzień. 

Linia kolejowa South Shore Line była najtańszą i najprostszą drogą dostania się do Chicago!

Opłata za przejazd w jedną stronę z Beverly Shores do stacji Millennium Station wynosiła $10 (a połowę dla seniorów i osób niepełnosprawnych). Bilety można było kupić na stacji, w automacie (co zrobiliśmy) lub w pociągu. Ponieważ pociągi zatrzymują się na tej konkretnej stacji tylko na żądanie pasażerów, musieliśmy nacisnąć przycisk, aby włączyć światło stroboskopowe. Podobnie musieliśmy powiadomić konduktora pociągu w drodze powrotnej, że chcemy tutaj wysiąść. Czekając na pociąg, rozmawialiśmy z młodą dziewczyną, która przyjechała na rowerze, ale postanowiła wrócić pociągiem wraz z rowerem do domu - był specjalny wagon przeznaczony do transportu rowerów. Pociąg przyjechał na czas - niestety konduktor poinformował ją, że na tej stacji nie można do pociągu wchodzić z rowerem (to było możliwe na następnej stacji) ze względu na specyficzną konstrukcję peronu i przepisy bezpieczeństwa. Ponieważ była niedziela, następny pociąg miał nadejść za około 2 godziny - przynajmniej miała wystarczająco dużo czasu, aby dojechać do następnej stacji… W pociągu nie było zbyt wielu pasażerów i dostaliśmy miejsca przy oknie. Wkrótce pojawił się konduktor i sprawdzał bilety. Kiedy spojrzałem na jego identyfikator, natychmiast wpadło mi w oko jego nazwisko. 

Specjalny wagon przystosowany do przewozu rowerów

           – Bardzo oryginalne nazwisko, Przybyłowski - powiedziałem, zaskakując go poprawną wymową, co, jak sądzę, niewiele osób mogłoby zrobić! W jednym z wagonów znajdował się dodatkowo stojak na rowery, toteż pasażerowie mogli siedzieć koło swoich cennych rowerów i cały czas mieć je na oku. O ile pamiętam, mieściło się tam 14 stojaków na rowery. Catherine bardzo zainteresowała się tym konceptem podróżowania pociągiem wraz z rowerami i zaczęła zadawać konduktorowi pytania.

              A co się stanie, gdy będzie ponad 14 pasażerów z rowerami, w jaki sposób Pan o tym wie? Trochę zirytowany konduktor spojrzał na nią.             – Sądzę, że potrafię liczyć do czternastu! 

Miasto Gary, Indiana i budynek Ratusza, widziany z pociągu. Kiedyś było to bardzo prosperujące miasto, współzawodniczące nawet z Chicago. Niestety, ale te czasy już dawno minęły...

Pociąg zatrzymał się na wielu stacjach - jedna z nich znajdowała się w mieście Gary w stanie Indiana. Z okien pociągu można było zobaczyć imponujące budynki Ratusza Gary i gmachu sądu. Obecnie populacja Gary składa się z 80,2% murzynów lub Afroamerykanów, 11,8% białych i 5,84% Latynosów. W latach trzydziestych XX w było wręcz odwrotnie, około 80% to białoskórzy mieszkańcy. Swego czasu Gary było drugim największym miastem w stanie Indiana, a jego liczne teatry, miejsca rozrywki i restauracje konkurowały z tymi w Chicago. Od późnych lat sześćdziesiątych liczba ludności w Gary zaczęła maleć z powodu bezrobocia, niszczejącej infrastruktury i ogromnych problemów związanych z przestępczością. Gary ma jeden z najwyższych wskaźników przestępczości w USA, a jedna trzecia wszystkich domów w mieście jest pusta lub opuszczona. Obejrzałem kilka filmów dokumentalnych na temat tego miasta - kilkadziesiąt lat temu na głównej ulicy prosperowało ponad 460 różnego rodzaju sklepów i restauracji; obecnie trudno się doliczyć 40 i większość jest zamykana na cztery spusty przed zmrokiem. Michael Jackson urodził się w Gary, a jego dom wciąż tam stoi, stanowiąc atrakcję dla jego fanów. 

Chicago!

Cała podróż zajęła około 90 minut. Wysiedliśmy na stacji Millennium Station, w samym sercu Chicago. Po krótkiej przechadzce wzdłuż alei Michigan Avenue wsiedliśmy do autobusu typu hop-on-hop-off (około $40 za osobę) i jeżdżąc nim spędziliśmy następne 5 godzin. Trasa pozwoliła nam na obejrzenie różnych ciekawych atrakcji, jak też można było wysiąść na jednym z 13 przystanków. Wysiedliśmy kilka razy i ogólnie przejechaliśmy dwie pełne pętle trzema różnymi autobusami - każdy przewodnik dodał coś nowego i unikalnego, gdy opisywał trasę. Chicago jest pięknym miastem o niesamowitej architekturze i potrzeba kilku dni, aby go dobrze zwiedzić. Oczywiście śródmieście Chicago diametralnie różni się od wielu z jego pozostałych dzielnic – do niektórych (jak niesławna „South Side”) nie powinno się nawet samochodem wjeżdżać w ciągu dnia

The Cloud Gate

Pod koniec wycieczki wybraliśmy się do parku Millennium Park, aby zobaczyć Cloud Gate („Wrota Niebios”, lub też „Fasolka”) - rzeźbę brytyjskiego artysty Sir Anisha Kapoora. Jej powierzchnia, składająca się ze 168 płatów wypolerowanej nierdzewnej stali, odbija otaczającą panoramę miasta i odwiedzających ją ludzi, zachęcając ich do dotykania i interakcji z jej lustrzaną powierzchnią i oglądania odbijanych wizerunków z różnych perspektyw. To naprawdę niesamowita rzeźba i zrobiliśmy dużo zdjęć naszych odbić! Ściemniało się i skierowaliśmy się na pobliską stację kolejową, gdzie pociąg już czekał na peronie. Dwie godziny później dotarliśmy na dworzec kolejowy Beverly Shores i pojechaliśmy na nasze miejsce biwakowe w parku. To była niezmiernie udana wycieczka! Jeśli ponownie pojedziemy do Parku Narodowego Indiana Dunes - a planujemy to uczynić w maju 2020 r. - zamierzamy ponownie pojechać do Chicago i zwiedzić inne atrakcje. 

Nasze zniekształcone odbicie w the Cloud Gate

Rozstaliśmy się 4 czerwca 2019 r. Ja udałem się prosto do Kanady, zatrzymując się tylko dwa razy, aby zjeść przekąskę i kupić benzynę. Powrót przez granicę był bezproblemowy - w końcu miałem przy sobie tylko jedną butelkę alkoholu, nieco ponad limit, co zazwyczaj jest tolerowane przez celników. 

Był to bardzo owocny wypoczynek, faktycznie potrzebowałem oderwać się na jakiś czas od pracy. Planujemy już spotkanie w tym samym parku w maju przyszłego roku - mam nadzieję, że pogoda będzie znacznie lepsza, ponieważ tej wiosny (i lata) było bardzo mokro i deszczowo.


Blog in English/w języku angielskim: http://ontario-nature.blogspot.com/2020/08/michigan-indiana-and-illinois-usa.html

Więcej zdjęć z tej wycieczki: https://www.flickr.com/photos/jack_1962/albums/72157715578116311  and  https://www.flickr.com/photos/jack_1962/albums/72157715579544908

VARADERO, KUBA: DWA TYGODNIE W HOTELU ROC BARLOVENTO, WYCIECZKI DO SANTA MARTA I MATANZAS, LISTOPAD 2018

Blog in English: http://ontario-nature.blogspot.com/2020/08/varadero-cuba-two-weeks-in-hotel-roc.html 

Więcej zdjęć z tej wycieczki: https://www.flickr.com/photos/jack_1962/albums/72157715579022731


Pumpkin i Che

Nigdy nie miałem specjalnie chęci, aby pojechać do Varadero, gdzie spodziewałem się zobaczyć prawie 100 różnych hoteli i kurortów, piaszczyste plaże - i nic więcej. Na szczęście się myliłem! To prawda, że wiele hoteli znajdujących się we wschodniej części Półwyspu Hicacos (na wschód od Calle 64) jest niezmiernie luksusowych, większych i oferujących znacznie wyższy standard, ale znajdują się one ‘w szczerym polu’, poza nimi i pięknymi plażami właściwie niczego nie ma—trzeba brać autobus lub taksówkę, aby coś więcej zobaczyć. Natomiast zachodnia część Varadero przypomina małe miasteczko. Nasz hotel, Roc Barlovento, znajdował się bardzo blisko mostu nad kanałem nawigacyjnym Kawama, na samym początku półwyspu Hicacos. Tak więc okazało się, że jest to DOSKONAŁA lokalizacja! Często spacerowaliśmy kilka kilometrów główną ulicą Varadero (Avenida 1ra) i zaglądaliśmy do różnych restauracji, sklepów, parków, hoteli, domów prywatnych i innych atrakcji—nawet konsulat Kanady znajdował się niedaleko hotelu. Wieczorami przechadzaliśmy się wzdłuż kanału, gdzie Kubańczycy łowili ryby i krewetki, a po drodze zobaczyliśmy rezydencję Al Capone, Casa de Al (chociaż jest prawie pewne, że Al Capone nigdy tam nie był). Jednak najlepsze spacery były do miejscowości Santa Marta, położonej tuż za mostem, który łączył półwysep Hicacos z pozostałym lądem. 

Kubańczycy wędkują pod mostem łączącym Varadero z resztą Kuby

Był to nasz 14 wyjazd na Kubę w ciągu 10 lat (od 4 do 18 listopada, 2018). Wybraliśmy hotel Roc Barlovento głównie z powodu licznych pozytywnych recenzji opublikowanych na TripAdvisor - i na pewno nie zawiedliśmy się. Manager był Niemcem – dlatego może hotel był dość dobrze zarządzany (chociaż potrzeba byłoby o wiele więcej, niż niemiecki zarząd, by rzeczywiście dokonać widocznych i radykalnych zmian na Kubie….). 

W budynku po lewej stronie była restauracja i na zewnątrz spożywaliśmy posiłki, a w budynku po prawej stronie chodziliśmy na codzienną poranną jogę/gimnastykę.

Hotel był całkiem dobrze zaprojektowany, w hiszpańskim stylu, stosunkowo mały i przytulny i przez to nie potrzeba dużo chodzić pomiędzy restauracjami, sklepami, plażą i pokojami hotelowymi. A do tego jest tylko dla dorosłych—nie było więc żadnych płaczących i biegających dzieciaków! Około 60% turystów to Kanadyjczycy (mówiący po angielsku i francusku), 30% Niemcy, jak też spotkaliśmy przybyszów z Hiszpanii, Włoch i innych krajów. 

Poranne ćwiczenia jogi, prowadzone przez Zahilys (z prawej)

Hotel miał 3 baseny, ale nigdy z nich nie korzystaliśmy. Mały sklepik, tienda, posiadał dość dobry wybór napojów, rumów, wódek, szamponów, ubrań, kosmetyków i tym podobnych artykułów. Malutki stoisko w środku hotelu sprzedawało pocztówki i znaczki (skrzynka pocztowa była w hotelu—od razu musze wspomnieć, że wysłałem 10 kartek pocztowych i żadna z nich nie dotarła do adresatów), jak też kilkakrotnie artysta-malarz malował i sprzedawał obrazy. W recepcji hotelowej można było wymienić walutę, ale kurs był bardzo słaby - zaledwie 68 CUC za $100 kanadyjskich, podczas gdy bank oferował około 73,50 CUC. Kilka bardzo przyjaznych (i spasionych) kotów wałęsało się po terenach hotelowych, zwłaszcza podczas posiłków w pobliżu stolików przed restauracją—ale hotel też ustawił specjalną ‘kawiarnię dla kotów’, gdzie turyści mogli zostawiać im przysmaki. Nic dziwnego, że było niezmiernie wybredne! 

Front hotelu Roc Barlovento

O 10 rano odbywały półgodzinne ćwiczenia ‘stretching’ i jogi, prowadzone przez Zahilys, bardzo przyjemną Kubankę, która pracowała przy animacji i prowadziła również inne zajęcia. Jednak nie było zbyt wielkiego zainteresowanie tą aktywnością i dość często byliśmy jedynymi uczestnikami. W małej budce można było otrzymać ręczniki plażowe—w niej mieściła się też mała biblioteka z książkami w językach angielskim, francuskim i niemieckim, do której dotowaliśmy nasze 4 przeczytane pozycje. Każdego wieczoru odbywały się różne występy rozrywkowe, ale uczestniczyliśmy tylko w jednym, który miał miejsce w basenie i był imponujący! W hotelu można też wykupić różne wycieczki. Pod koniec naszego pobytu pojawiła się informacja o bardzo tanim przejeździe autobusowym do Hawany - myślę, że kosztował 40 CUC w obie strony lub 25 CUC w jedną stronę na osobę. 

Plaża w hotelu Roc Barlovento

Dwa tygodnie przed przyjazdem wysłaliśmy do hotelu e-mail, prosząc o cichy pokój na najwyższym piętrze i rzeczywiście nasza prośba została spełniona - otrzymaliśmy pokój nr 333. Z okna widzieliśmy część kortu tenisowego i dużo zieleni. Od czasu do czasu czuliśmy zapach ropy / benzyny - około 1 km od naszego hotelu, w Santa Marta, znajdowały się dwie wieże wiertnicze. 

Nasz pokój nr 333 w hotelu Roc Barlovento

Balkon był mały, ale wystarczający, aby na nim usiąść i wygrzewać się na słońcu. Pokój posiadał 2 podwójne łóżkami, telewizor HD z około 25 kanałami—jednym z nich był kanał CNN (przeznaczający ponad 95% czasu antenowego na wiadomości związane z osobą prezydenta Trumpa, co było niezmiernie nudne—pozostałe 4% na sprawy dotyczące USA i tylko 1% na wiadomości międzynarodowe – zapewne w Związku Radzieckim telewizja było bardziej interesująca!) Sejf było płatny (2 CUC dziennie, 28 CUC przez 2 tygodnie). Zawsze mieliśmy ciepłą i zimną wodę, klimatyzator działał idealnie i łatwo było zdalnie zmienić przepływ powietrza lub temperaturę. Mała lodówka dobrze chłodziła nasze napoje. Trzy razy mieliśmy drobne problemy (z sejfem i zasłoną) - w ciągu 10 minut od ich zgłoszenia przyszedł technik i je naprawił. Kilka razy nasze karty magnetyczne przestały działać i musieliśmy iść do lobby, aby je ponownie zaprogramować. Pokojówka, Norian, była bardzo dokładna i zawsze po powrocie z plaży zastawaliśmy nasz pokój wysprzątany. 

Zawsze spożywaliśmy śniadania, obiady i kolacje na zewnątrz, taka możliwość była jedną z bardzo dla nas ważnych zalet tego hotelu

Plaża była rozległa i piaszczysta, było na niej dużo zawsze wolnych krzeseł i palapas. Mogliśmy też obserwować romantyczne zachody słońca. Często kąpałem się w oceanie—pierwsze 30 metrów było bardzo płytkie. Pod koniec naszego pobytu zrobiło się wietrznie, fale stały się dość spore i pojawiła się żółta, a następnie czerwona flaga (zakaz pływania). Pewnego razu niespodziewanie pokaźna fala przetoczyła się przez plażę, zaskakując wielu relaksujących urlopowiczów (i zalewając ich rzeczy). 

Catherine zawsze na śniadania jadła owoce-i oczywiście na świeżym powietrzu!

Innym bardzo istotnym powodem, dla którego wybraliśmy ten właśnie hotel, była możliwość spożywania wszystkich posiłków na świeżym powietrzu—zresztą nie korzystało z tej sposobności zbyt wiele turystów. My natomiast ani razu nie jedliśmy wewnątrz! Jedzenie było ogólnie podobne każdego dnia, ale urozmaicone i smaczne - często nawet pyszne. Na śniadanie zawsze jadłem jajka z boczkiem, a czasem omlety, a także mnóstwo owoców, soków i jogurt. Zwykle nie jedliśmy lunchu, ale dwukrotnie się skusiliśmy i był doskonały - oprócz regularnych posiłków, rozstawiono na powietrzu ogromny grill i serwowany wyśmienite steki, hamburgery, hot dogi i inne dania z grilla. Podczas kolacji kucharz serwował wspaniałą wieprzowinę i wołowinę z grilla, a także kilka rodzajów ryb, krewetek, kalmarów i małży. Można też było zamówić spaghetti i pizzę. Były też przepyszne gulasze, kurczak, szynka parmeńska, ser i sałatki. Nie natknąłem się jednak na pomidory, które uwielbiam. Kelnerzy zawsze przynosili do naszego stołu kawę, soki, wino lub piwo. W pobliżu plaży znajdował się bar przekąskowy, serwujący podstawowe jedzenie - hamburgery (bardzo dobre), hot dogi, kanapki z szynką i serem, owoce i sałatę. Obok znajdował się bar z zimnym piwem i napojami alkoholowymi. 

Widok z naszego pokoju numer 333

W lobby hotelowym znajdował się mały barek, ale z powodu podjeżdżających samochodów, taksówek i autobusów było tam gwarno i zalatywało spalinami. Wieczorem można było posłuchać muzyki na żywo—uwielbiałem skrzypka i gitarzystę, byli fantastyczni. Bar na centralnym placu (w sąsiedztwie restauracji meksykańskiej) był doskonały, posiadał dużo stołów i krzeseł i nigdy nie było do niego kolejek - często zatrzymywaliśmy się w nim na drinka w drodze z plaży. Ogrodnicy często przynosili na plażę orzechy kokosowe i od razu je odpowiednio obierali dla turystów. 

Case de Al niedaleko hotelu Roc Barlovento. Jakoby mieszkał tutaj Al Capone, ale według mojego 'research' najprawdopodobniej ten słynny gangster nigdy nawet nie odwiedził Varadero!

Podczas naszego piętnastodniowego pobytu, 12 lub 13 dni było dość słonecznych i gorących (ponad +30 ° C). Ponieważ często pozostawialiśmy otwarte drzwi balkonowe, widzieliśmy w naszym pokoju kilka komarów, ale poza tym nie spostrzegłem żadnych innych owadów. 

Słynny PRL-owski 'maluch', Polski Fiat 126p, nadal jest stosunkowo popularny na Kubie. W latach siedemdziesiątych XX w. pamiętam bardzo podobne scenki z ulic warszawskich - widocznie samochody owego okresu nie były zbyt dobre

Często przechadzaliśmy się z hotelu do miejscowości Santa Marta - dojście do mostu zajmowało nam około 2 minuty, po jego przejściu skręciliśmy w lewo i już szliśmy ulicami miasteczka. Było one całkiem ładne, z mnóstwem restauracji, kawiarni i casas particulares. Większość restauracji oferowała bardzo urozmaicone dania po rozsądnych cenach. W niedzielny poranek udaliśmy się na targ—warto było! Farmerzy sprzedawali mnóstwo owoców i warzyw, wszystkie ceny były w CUP (tj. Moneda National, 25 CUP = 1 CUC = 1 USD) i produkty były bardzo tanie. Kupiłem ‘swojskie’ piwo za około 6 CUP od szklanki, całkiem dobre, bardzo różniło się od sprzedawanego komercyjnie. Nabyliśmy także pyszne jedzenie od sprzedawcy ulicznego. 

W niedzielę w mieście Santa Marta farmerzy sprzedawali swoje wyroby. Ceny były ogólnie niskie, szczególnie za owoce i warzywa. Tu na przykład mięso kosztuje 25 CUP za funta, tzn. jednego amerykańskiego dolara za prawie pół kilograma

Miasteczko miało dużo casas particulares i odwiedziliśmy jedno z nich. Właściciel mówił po angielsku, odwiedził nawet Kanadę (na zaproszenie turystów, z którymi się zaprzyjaźnił) i opowiedział nam wiele ciekawych historyjek o tym mieście. Ponieważ wielu jego mieszkańców pracowało w hotelach w Varadero, powodziło im się nie najgorzej, co było widać po wielu zadbanych i dużych domach prywatnych.

Santa Marta, farmerzy sprzedają swoje wyroby na 'wolnym rynku'.

Kilka razy wstąpiliśmy do prywatnej kawiarenki na bardzo dobrą kawę i ciasteczka. Otworzyła się zaledwie rok temu, całe wyposażenie było fabrycznie nowe, a na błyszczących aparatach do parzenia kawy i cappuccino widniały napisy, „Made in Italy”. 

Catherine w sklepie tytoniowo-alkoholowym, nad którym patronuje wszechobecny Che

Wieczorem wielokrotnie spacerowaliśmy wzdłuż kanału - zwykle gromadziły się tam grupy kubańskich wędkarzy. Chodziliśmy także po Avenida 1ra, nawet doszliśmy do słynnego baru „The Beatles Bar”, wchodząc po drodze do restauracji, kawiarni i sklepików, ‘tiendas’. 

Tego rodzaju antyczne samochody są częstym widokiem na Kubie

Gdy poszliśmy do banku, aby wymienić pieniądze, w środku znajdowało się ponad 10 turystów i musieliśmy czekać prawie godzinę - paszport był również wymagany do sfinalizowania transakcji. 

Słynny "The Beatles" bar w Varadero

Staraliśmy się jak najwięcej chodzić pieszo, ale kiedy byliśmy zmęczeni, zawsze czekało mnóstwo taksówek, ‘coco taxi’ i dorożek konnych, gotowych na podwiezienie nas do hotelu. Dwukrotnie skorzystaliśmy z autobusu hop-on-hop-off. Ostatni przystanek znajdował się prawie vis-a-vis naszego hotelu (w pobliżu restauracji La Sangria), kursował co 20 minut (rzadziej wieczorem), kosztował 5 CUC za osobę i zabierał nas do samego końca półwyspu Hicacos. 

Atrakcyjna Casa Particular (prywatny hotel/kwatera) w Santa Marta

Hotel oferował wycieczki do Hawany, ale ponieważ 10 lat temu spędziliśmy tydzień na zwiedzaniu tego pięknego miasta, postanowiliśmy odwiedzić jedynie miasto Matanzas, znajdujące się pomiędzy Hawaną a Varadero. Udało nam się znaleźć wygodną taksówkę za 30 CUC, która wysadziła nas w Matanzas na placu Libertad Square. Catherine poszła do Muzeum Farmaceutycznego, a ja zwiedziłem budynek rządowy, bodajże ratusz. 

Matanzas, Kuba-Libertad Square

Początkowo pracownicy nie chcieli mnie do niego wpuścić, ale wyjaśniłem, że tylko chciałem obejrzeć zdjęcia na ścianach. Przedstawiały wizytę Fidela Castro w tym mieście. Pośrodku placu znajdowała się statua Jose Marti. Następnie poszliśmy do restauracji w hotelu Velasco, sąsiadującym z Teatro Velasco, a potem ulicą Calle Milanes w kierunku morza, mijając Catedral de San Carlos Boromeo. 

Teatro Velasco

W końcu dotarliśmy do teatru Sauto, który był w remoncie. Na placu przed teatrem znajdowały się stare szyny tramwajowe—na Kubie swojego czasu w wielu miastach kursowały tramwaje, ale to już dawna historia. Teatr został otwarty w 1863 roku i był symbolem miasta. Takie sławy jak francuska aktorka Sarah Bernhardt, rosyjska tancerka Anna Pavlova, włoska piosenkarka operowa Enrico Caruso i hiszpański gitarzysta Andrés Segovia występowały na jego scenie. 

Teatro Sauto

W pobliżu teatru znajdowało się Museo de los Bomberos (Muzeum Strażaków), ale nie poszliśmy do niego. Spędziliśmy trochę czasu w Cafe i Cremeria Atenas vis-a-vis teatru i wypiliśmy kilka drinków, które były w dość przystępnej cenie. Siedząc na patio, mieliśmy wspaniały widok na budynek teatru i mogliśmy obserwować życie miasta. W pobliżu znajdowały się dwa mosty nad rzeką Rio San Juan. Nawiasem mówiąc, było bardzo gorąco i wilgotno i przez cały dzień wypiłem 9 puszek piwa Bucanero! 

Teatro Sauto, Pałac Sprawiedliwości i inne historyczne budynki.

Obeszliśmy dookoła budynku teatru w nadziei, że być może uda nam się zajrzeć do środka, ale był zamknięty na cztery spusty. Poszliśmy ulicą Calle 272 wzdłuż wybrzeża. Równolegle do brzegu i na środku ulic znajdowały się tory kolejowe - byłem pewien, że dawno temu zostały porzucone, wyglądały na stare i raczej zepsute, ale powiedziano nam, że pociągi wciąż jeżdżą! Jeśli rzeczywiście to prawda, w takim razie to cud techniki! Tuż obok ulicy Calle 270 na małym „półwyspie” znajdowała się kubańska knajpka, wszystkie ceny podano w CUP. Zamówiliśmy pudełko smażonych krewetek - o ile pamiętam, 10 z nich kosztowało około 30 CUP i były wyśmienite! Sądzę, że było to haitańska część miasta Matanzas—kilkakrotnie spostrzegłem Kubańczyków z dość osobliwymi rysami twarzy - być może byli oni potomkami haitańskich przybyszów.

Matanzas-prawdopodobnie to jest 'haitańska' część miasta

Wieczorem spacerowaliśmy ulicą Calle 97, wzdłuż rzeki Rio San Juan i zatrzymaliśmy się w galerii „Lolo Galeria-Taller”. Niesamowita! W środku znajdowało się mnóstwo dzieł sztuki - rzeźby, obrazy, posągi, wyroby ceramiczne – wykonane przez różnych artystów. 

Lolo Galeria Taller

Niektóre prace były trochę przerażające, ale niezmiernie kreatywne. Podobało mi się wiele obrazów i nie zawahałbym się je powiesić w domu lub biurze. Niestety ceny (przynajmniej te oficjalne) były dość wysokie—z pewnością możliwe byłoby wytargowanie się z artystami. 

Lolo Galeria Taller

Ponownie znaleźliśmy się w pobliżu katedry, odbywały się tam jakieś uroczystości i grupa ludzi, ubranych w fantazyjne stroje, udała się na główny plac. Odwiedziliśmy także klub szachowy, nazwany na cześć słynnego kubańskiego ‘cudownego dziecka’ szachowego, José Raúla Capablanca y Graupera (1888–1942), który był mistrzem świata w szachach od 1921 do 1927 roku. 

Klub szachowy, nazwany na cześć słynnego kubańskiego ‘cudownego dziecka’ szachowego, José Raúla Capablanca y Graupera

Robiło się późno i zaczęliśmy się rozglądać za taksówką. Podczas naszych poszukiwań nawinął się jakiś Kubańczyk i zaczął z nami rozmawiać i domyślając się, że szukamy środka transportu, natychmiast zaoferował nam swoją pomoc, prawdopodobnie oczekując od nas napiwku. Chodziliśmy z nim przez chwilę i ostatecznie zobaczyliśmy prywatną taksówkę; po krótkiej dyskusji wynegocjowaliśmy cenę 25 CUC (kierowca nie był zbyt zachwycony taką ceną) i daliśmy kilka CUC naszemu pośrednikowi. 

Ulice miasta Matanzas w nocy

Samochód był bardzo stary, jedyne, co wydawało się w nim działać, to silnik oraz światła przednie i tylne. W całkowitej ciemności nie mogliśmy nawet prowadzić rozmowy ze względu na hałas, a do tego wnętrze samochodu zalatywało spalinami, które musiały przedostawać się przez liczne pęknięcia. Przed wjazdem do Varadero znajdował się policyjny punkt kontrolny—policja zatrzymała taksówkę. Kierowca wysiadł z samochodu, a policjant oficjalnie strzelił obcasami i zasalutował. Rozmawiali przez chwilę i mogliśmy jechać dalej. Zapytałem go, czy policjant chciał łapówki—odpowiedział, że nie. W każdym razie wróciliśmy do hotelu i daliśmy mu 30 CUC. Nawiasem mówiąc, jeśli zatrzymalibyśmy się w hotelu położonym dalej na półwyspie, z pewnością cena byłaby znacznie wyższa, dotarcie tam zajęłoby więcej czasu - nasza lokalizacja ma wiele zalet! 

Stary człowiek na Libertad Square

Przez wiele lat bardzo niechętnie odnosiłem się do wyjazdu do Varadero, nie chcąc być otoczonym jedynie kurortami i hotelami. Tak się nie stało – lokalizacja Hotelu Roc Barlovento spowodowała, że nie byliśmy w enklawie turystycznej. Niezmiernie polubiliśmy ten hotel i jego miły personel—mieliśmy udane wakacje! Ostatniego dnia pobyty, w autobusie jadącym na lotnisko, rozmawialiśmy z jadącymi turystami o ich wrażeniach na temat hoteli, w których mieszkali. Okazało się, że większość z nich nie była specjalnie zadowolona, a wręcz rozczarowana hotelami, które były droższe i o wyższych standardach od tego, w którym mieszkaliśmy.

P.S.--22 grudnia 2021 roku

Od czasu naszej wycieczki do Varadero, raz jeszcze pojechaliśmy na Kubę, po raz 15-ty, do hotelu Carisol los Corales niedaleko Santiago de Cuba w styczniu 2020 roku (zamieściłem obszerny blog o tej wycieczce). W dniu, gdy powróciliśmy do Toronto, 22 stycznia 2020 roku, również do Toronto przybył z Chin pierwszy pacjent zarażony COVID-19... Jednakże byliśmy pełni optymizmu i liczyliśmy, że pojawimy się ponownie w hotelu Roc Barlovento w listopadzie 2020 roku; oczywiście, okazało się to niemożliwe. Nie były również możliwe udać się tamże w listopadzie 2021 roku. Mieliśmy nadzieję, że może odwiedzimy Kubę w styczniu 2022 roku, ale na szczęście nie zrobiliśmy żadnych rezerwacji z powodu szalejącego varianu Omicron. Nasza następna potencjalna wycieczka na Kubę--najprawdopodobniej do hotelu Roc Barlovento--możliwa jest w listopadzie 2022 roku. Ale biorąc pod uwagę zmieniającą się prawie z dnia na dzień sytuację, nie chcemy na chwilę obecną robić żadych planów.

Do zobaczenia wkrótce, Varadero!


Blog in English: http://ontario-nature.blogspot.com/2020/08/varadero-cuba-two-weeks-in-hotel-roc.html 

Więcej zdjęć z tej wycieczki: https://www.flickr.com/photos/jack_1962/albums/72157715579022731