wtorek, 3 marca 2026

Na Kanu na Rzece French River, Sierpień 19-22 2008 r.

THIS BLOG IS AVAILABLE IN THE ENGLISH LANGUAGE/TEN BLOG JEST DOSTĘPNY W JĘZYKU ANGIELSKIM


Dzień pierwszy — 19 sierpnia 2008

Czas wiosłowania: 3 godz. 38 min

Dystans: 14,3 km

Już nasza pierwsza wyprawa na rzece French River pokazała, że NIE jesteśmy minimalistami!
Podróż z Toronto minęła spokojnie, niemal wakacyjnie. Jak tradycja nakazuje, zatrzymaliśmy się na obiad w restauracji Hungry Bear przy Highway 69 — to już stały punkt naszych północnych wypraw. Potem jeszcze kilkadziesiąt minut jazdy i dotarliśmy do Hartley Bay House & Marina. Biuro przystani znajduje się dosłownie kilka metrów od torów kolejowych. Co pewien czas przetacza się tamtędy długi skład towarowy — żaden się nie zatrzymuje, wszystkie tylko przejeżdżają, jakby północ była wyłącznie korytarzem tranzytowym.

Przejazd kolejowy. Dawno, dawno temu zatrzymywały się tutaj pociągi z turystami
Formalności, pozwolenia parkowe, wynajęcie kanu, rozładowanie samochodu i oddanie go pod opiekę obsługi (tak, nawet z usługą parkingowego) — i wreszcie moment najważniejszy: zwodowanie kanu. Woda była spokojna, wiatr ledwie wyczuwalny. Idealny początek.

Hartley Bay
Po wpłynięciu na zatokę Wanapitei Bay skierowaliśmy się na południe, a następnie skręciliśmy w Western Channel. Po prawej stronie przesuwały się kolejne wyspy: Atwood Island, Dead Dog Island, Little Pig Island. Krajobraz stawał się coraz bardziej surowy — skały, iglaste drzewa, wąskie przesmyki między wyspami.

Wreszcie znaleźliśmy tabliczkę z numerem naszego miejsca!
Mijaliśmy kilka kempingów, ale planowaliśmy zostać w jednym miejscu przez trzy noce, więc szukaliśmy czegoś wyjątkowego. I w końcu wpłynęliśmy do zatoki między Pig Island, King’s Island i Dispute Islands. Nad wodą wznosiła się monumentalna skała, do złudzenia przypominająca Mazinaw Rock z Bon Echo—tylko o wiele mniejsza. Według mapy i mojego niezawodnego GPS-u kemping nr 703 powinien znajdować się dokładnie naprzeciwko niej. Kemping był — ale tabliczki brak.

Szybko postawiłem namiot
Przybiliśmy do brzegu. Teren był kamienisty, wokół leżały powalone drzewa. Był nawet znak „toalety”. Po chwili zagadka się wyjaśniła — tabliczka z numerem wisiała na drzewie, które wiatr wcześniej powalił.

Przepiękna skała!
Wkrótce namiot stał, a ogień trzaskał w palenisku. Wieczorem wypłynęliśmy na ryby. W mniej niż godzinę złowiliśmy szczupaka — wylądował nad ogniskiem. Później złowiłem jeszcze suma. Czyszczenie go zajęło mi dobre pół godziny, ale następnego ranka był z niego znakomity posiłek.

Jedzenie, zgodnie z zasadami, zawiesiliśmy wysoko między drzewami. Niedźwiedzie ani szopy nas nie odwiedziły. Co zaskakujące — niemal nie było komarów. Nocą widzieliśmy tylko słabe światło ogniska z kempingu nr 702, około 700 metrów od nas. Cisza była niemal absolutna.


Dzień drugi — 20 sierpnia 2008

Czas wiosłowania: 5 godz. 31 min

Dystans: 18,7 km

Wstałem tuż po szóstej. Mgła unosiła się nad wodą jak dym z niewidzialnego ogniska. Jezioro wyglądało jak z pocztówki — nieruchome, srebrzyste, ciche.

Po śniadaniu z suma ruszyliśmy do Old Voyageur Channel — historycznego szlaku voyageurs z XVIII i XIX wieku. Tą drogą płynęli handlarze futer, odkrywcy i podróżnicy. Opisywał ją także Alexander Mackenzie ponad 200 lat temu.

Minęliśmy Crombie Bay i skierowaliśmy się na zachód. Miejscami wiał wiatr czołowy, który zmuszał do mocniejszego wiosłowania. Poza kilkoma motorówkami niemal nie spotkaliśmy ludzi. Lunch zjedliśmy na przestronnym kempingu nr 709.

Kilometr dalej kanał Western Channel rozdziela się na cztery odnogi. Nawet z GPS-em łatwo się tu pomylić — skały, przesmyki i zatoki wyglądają niemal identycznie. Kanał Old Voyageur Channel okazał się wąski, kamienisty i niezwykle malowniczy.

Następny szczupak!
Po około 700 metrach napotkaliśmy pierwsze bystrza. Prawdopodobnie była to „La Petite Faucille”, wspominana przez Mackenzie’ego, choć nie mam stuprocentowej pewności. Kusiło, by zrobić przenoskę i płynąć dalej, ale ostrzeżono nas wcześniej: po przekroczeniu bystrzy zaczyna się droga bez odwrotu — aż do Georgian Bay. Nie byliśmy na to przygotowani.

Na biwaku przy ognisku
Zrobiliśmy kilka zdjęć, chwilę posiedzieliśmy w ciszy i zawróciliśmy. Po kilku godzinach byliśmy znów „u siebie”. Wieczorem popływałem jeszcze samotnie i złowiłem kolejnego szczupaka.


Dzień trzeci — 21 sierpnia 2008

Czas wiosłowania: 4 godz. 20 min

Dystans: 9,6 km

Wiatr był silniejszy, więc postanowiliśmy wiosłować spokojniej. O świcie ruszyliśmy w stronę Eagle’s Nest. Mgła znów unosiła się nad wodą, tworząc niemal baśniowy pejzaż.

Przez lata używałem to zdjęcie jako moje "profile photo" w różnych grupach społecznościowych
Minęliśmy tamę bobrową i zobaczyliśmy jednego z jej budowniczych, spokojnie przecinającego taflę wody. W jednej z zatok dostrzegliśmy sąsiednie jezioro — poziom wody był tam o około 70 cm wyższy, dzięki solidnej bobrowej tamie. Nie chciało nam się jednak przenosić kanu.

Tama bobrów
Wieczorem wróciliśmy tą samą trasą. Woda była wyjątkowo wysoka, wiele pni drzew znajdowało się pod powierzchnią. Wiosłowanie wśród nich przypominało krajobrazy z Florydy — jakbyśmy płynęli przez Everglades.

Everglades, Florida? 
Dotarliśmy do ślepej zatoki z imponującą pionową skałą. Rzut wędką — i znów szczupak. Wracaliśmy już o zmierzchu, w półmroku niemal gubiąc właściwy przesmyk. Ognisko na brzegu było najpiękniejszym widokiem tego wieczoru.

Dzień czwarty — 22 sierpnia 2008

Czas wiosłowania: 4 godz. 31 min

Dystans: 14,2 km

Ostatni dzień zawsze ma w sobie nutę melancholii. Zmieniliśmy trasę powrotną i popłynęliśmy przez Eagle’s Nest, następnie na północ od Pig Island, Little Pig Island, Dead Dog Island i Atwood Island. Wzdłuż brzegu mijaliśmy kolejne kempingi — niektóre już zajęte.

Na jednej z wysp na zatoce Wanapitei Bay zatrzymaliśmy się na krótko. W niespełna 20 minut zebrałem około kilograma grzybów.

Do Hartley Bay House & Marina dopłynęliśmy o 17:40. Opłaty, krótkie pożegnanie z wodą — i powrót do cywilizacji. Prawie 380 kilometrów do Toronto.

Grundy Lake Trading Post, na skrzyżowaniu dróg nr. 69 i 522. Za 2 lata, w 2010 roku, kupimy tutaj nasze kanu. Obecnie wszystkie budynki zostały zburzone, bo będzie tutaj przebiegała autostrada nr 400, ale sam biznes nadal istnieje kilometr dalej, vis-a-vis wjazdu to parku Grundy Lake Provincial Park  
Po drodze zatrzymaliśmy się w Britt. Kiedyś była tu stacja kolejowa i spory port. Dziś to miejsce letników i właścicieli łodzi rekreacyjnych — pociągi już się nie zatrzymują. Lody, kawa, autostrada 69, potem 400.

Do Toronto dotarliśmy po północy.

Jezioro zostało za nami — ciche, kamienne, niezmienne.


Refleksja po latach

Dziś, po tylu latach, tamta wyprawa wraca do mnie z wyjątkową wyrazistością. To była nasza pierwsza wspólna podróż z Catherine po rzece French River — początek wielu kolejnych wyjazdów, które miały nadejść. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że stanie się ona jednym z naszych stałych kierunków, miejscem, do którego będzie się wracać myślą i planami.

Pamiętam nie tylko mgłę unoszącą się nad wodą, ciszę poranków czy smak świeżo upieczonej ryby. Pamiętam przede wszystkim to poczucie odkrywania — wspólnego mierzenia się z przestrzenią, wiatrem, mapą, decyzjami podejmowanymi na rozwidleniach kanałów. Było w tym coś pierwotnego i prostego zarazem: wiosła zanurzające się rytmicznie w wodzie, ognisko wieczorem, namiot rozstawiony na skale.

French River ma w sobie coś ponadczasowego. Tą samą drogą płynęli przed wiekami voyageurs, odkrywcy i traperzy. My byliśmy tylko kolejnym, małym epizodem w tej długiej historii. A jednak dla nas była to historia bardzo osobista — pierwsza wspólna przygoda w tym miejscu, która zapoczątkowała coś więcej niż tylko serię wakacyjnych wyjazdów.

Z perspektywy czasu widzę, że to nie dystans ani liczba godzin wiosłowania mają znaczenie. Najważniejsze jest to, że tam — wśród skał, mgły i cichej wody — zaczęła się pewna tradycja. I być może dlatego wspomnienie tej pierwszej wyprawy wciąż ma w sobie świeżość porannej mgły unoszącej się nad French River.


THIS BLOG IS AVAILABLE IN THE ENGLISH LANGUAGE/TEN BLOG JEST DOSTĘPNY W JĘZYKU ANGIELSKIM


MORE PHOTOS FROM THIS TRIP