czwartek, 29 stycznia 2026

MINNESOTA WIOSNĄ 2024 ROKU: MIĘDZY ZIMĄ A LATEM




LOGISTYKA DNIA WYLOTU, CZYLI: SZTUKA NICZEGO NIE ZAPOMNIEĆ
Pakowanie na ostatnią chwilę • Linie lotnicze i matematyka, która trochę boli • Cicha satysfakcja z cyfrowej karty pokładowej •Koszt podróży lotniczych w Kanadzie

Lotnisko St. Paul-Minneapolis
Mimo że pakowałem się już od kilku dni, 27 marca 2024 roku, w dniu wylotu, musiałem jeszcze spędzić mniej więcej godzinę, upewniając się, że nie zapomniałem niczego ważnego. Byłem wdzięczny Piotrkowi, że zasugerował zrobienie odprawy online i pobranie karty pokładowej w wersji cyfrowej, co pozwoliło zaoszczędzić czas na lotnisku.

A propos: całkowita cena lotów powrotnych Air Canada (Toronto YYZ – Minneapolis MSP oraz Minneapolis MSP – Toronto YYZ) wyniosła 549,39 dolarów, PLUS za każdym razem musiałem zapłacić 36,75 dolara za bagaż rejestrowany. Ostatecznie dało to kwotę 622,89 dolarów kanadyjskich, czyli 460,35 dolarów amerykańskich. Współczesne podróże lotnicze wyraźnie nagradzają minimalizm — a karzą nadmiar ubrań, książki i zimowe płaszcze. Idealne rozwiązanie dla nudystów lecących do krajów tropikalnych — jednakże Minnesota zdecydowanie do nich nie należy, zwłaszcza w marcu!


PRZEJAZD TAKSÓWKĄ, ZAPOMNIANY TELEFON I MAŁY LUDZKI DRAMAT
Punktualna taksówka • Zgubiony telefon • Międzynarodowa współpraca przed kontrolą lotniskową

Carver Reserve w marcu 2024 roku

Taksówka pojawiła się punktualnie. Kierowca, Palestyńczyk z Hajfy, wskazał na telefon komórkowy, który poprzedni pasażer zostawił w aucie. Ponieważ telefon był zabezpieczony kodem PIN, nie mógł go odblokować i zadzwonić do właściciela. W tym samym momencie telefon rozległ się sygnał — dzwonił syn właściciela. Wyjaśniłem całą sytuację i ustaliliśmy, że później skontaktuje się z kierowcą, aby odebrać telefon.

Zapłaciłem kierowcy 40 dolarów i poszedłem nadać walizkę. Wypełniłem też formularz amerykańskiej służby celnej na telefonie komórkowym i zrobiłem sobie selfie — coś, czego nigdy bym nie przypuszczał, że stanie się elementem oficjalnej procedury przekraczania granicy.


WJAZD DO STANÓW ZJEDNOCZONYCH… BĘDĄC WCIĄŻ W KANADZIE

Magia preclearance • Kilka pytań • Prawna szara strefa podróży międzynarodowych

Ogródek Catherine bardzo różni się od tego, jaki pamiętam w lato--te pozbawione liści drzewa stanowiły jedną zieloną ścianę
Ponieważ lotnisko Pearson oferuje amerykańską kontrolę graniczną w systemie preclearance, obsługiwaną przez funkcjonariuszy U.S. Customs and Border Protection (w 1952 roku stało się pierwszym lotniskiem na świecie oferującym takie rozwiązanie), szybko się tam udałem i nie musiałem wypełniać żadnych dodatkowych dokumentów.

Gdy przyszła moja kolej, funkcjonariusz zadał mi tylko jedno pytanie: jaki jest cel mojej podróży. I w ten sposób „wjechałem” do Stanów Zjednoczonych. Cóż — nie do końca. Z prawnego punktu widzenia wciąż znajdowałem się w Kanadzie. Amerykańscy urzędnicy mogli mnie przesłuchać, ale nie mieli prawa mnie zatrzymać ani aresztować; mogli jednak odmówić mi wejścia na pokład (albo mógłbym po prostu zrezygnować z lotu). Podróże międzynarodowe pełne są takich fascynujących technicznych niuansów.


ZABIJANIE CZASU, TIM HORTONS I KUBAŃSKI RUM

Lotniskowe poczekalnie • Pokusy duty free • Niespodziewana kubańska niespodzianka

Ale niebawem pojawiły się przepiękne, czerwone "Red Cardinals", które dla mnie są zwiastunem prawdziwej wiosny

Ponieważ do wejścia na pokład pozostało jeszcze kilka godzin, skierowałem się do słynnej kanadyjskiej kawiarni Tim Hortons i kupiłem bajgla oraz kawę. Następnie spędziłem ponad dwie godziny w poczekalni, czytając gazetę na Chromebook oraz zaglądając do sklepów wolnocłowych.

Oferowały bardzo drogie towary — ale ku mojemu zdumieniu zauważyłem, że można tam było kupić oryginalny rum z Hawany — tak, wyprodukowany na Kubie! Piszę „ku zdumieniu”, ponieważ wwożenie produktów kubańskich do Stanów Zjednoczonych było nielegalne. Najwyraźniej istniała luka prawna: kupując go w tym sklepie — który technicznie znajdował się już na terytorium Stanów Zjednoczonych — można było legalnie go wwieźć. Później opisałem to odkrycie na forum podróżniczym poświęconym Kubie, zaskakując wielu doświadczonych bywalców wyspy, którzy nie mieli pojęcia, że taka luka istnieje.


LOT NA ZACHÓD I ZYSKANIE GODZINY… ORAZ WRESZCIE SPOTKANIE Z CATHERINE!

Puste miejsca • Widok z okna • Rzadka radość przybycia wcześniej, niż się spodziewano • Wi-Fi • Spotkanie z Catherine • Spokojny finał długiego dnia

Kilka razy wpadliśmy do przydrożnych restauracji na drinka

Wejście na pokład lotu AC8721 rozpoczęło się o 20:30. Było wiele wolnych miejsc i ostatecznie przypadło mi miejsce przy oknie. Samolot wystartował o 21:12 i wylądował godzinę i czterdzieści minut później w Minneapolis — o 21:52 czasu środkowego (CST). Tak, „zyskałem” jedną godzinę, co zawsze jest mile widziane.

Dzięki kontroli preclearance nasz lot został potraktowany jak lot krajowy i nie musiałem przechodzić żadnych dodatkowych procedur imigracyjnych ani celnych. Lotnisko było stosunkowo puste i tylko sporadycznie widziałem przechodzących pasażerów.

Gdy tylko połączyłem się z Wi-Fi, zadzwoniłem do Catherine i czekałem na nią przy „Arrival Door 2”. Wkrótce się pojawiła, zabrała mnie i niedługo potem byliśmy już w jej domu w miasteczku Victoria w Minnesocie — co oznaczało początek rozdziału pod tytułem Minnesota.


WIELKI TYDZIEŃ W MINNESOCIE: ŚNIEG, WIARA, RODZINA I PIERWSZE RAZY

Wielki Czwartek poza Kanadą • Zimowe krajobrazy • Msze po łacinie i po hiszpańsku • Niespodzianki ze świata przyrody • Czas z Catherine i szkrabami — naznaczony cichą pamięcią

Wesołych Świąt Wielkanocnych!
Następnego dnia, 28 marca 2024 roku, przypadał Wielki Czwartek. Przez prawdopodobnie 30 kolejnych lat (z wyjątkiem okresu ograniczeń związanych z COVID-19 oraz roku 2022, kiedy sam zachorowałem na COVID) uczestniczyłem w Mszy Wieczerzy Pańskiej w Katedrze St. Michael’s w Toronto. Jeszcze rok wcześniej spotkałem się z moim kolegą Guy kilka godzin przed Mszą i zjedliśmy kolację w restauracji Fran’s, vis-à-vis Massey Hall przy Victoria Street, dosłownie kilka kroków od Katedry. W tym roku jednak, po raz pierwszy od dziesięcioleci, Wielki Czwartek zastał mnie nie w Toronto, lecz w Minnesocie.

Szlaki w Carver Reserve
Był to również mój pierwszy pobyt w Minnesocie zimą, a krajobraz dramatycznie różnił się od tego, który pamiętałem z letnich wizyt. W przeciwieństwie do Toronto, śnieg leżał wszędzie. Wszystkie drzewa w ogrodzie Catherine były całkowicie ogołocone z liści i po raz pierwszy mogłem zobaczyć sąsiednie domy — a nawet drogę — które latem są zwykle ukryte za gęstą roślinnością. Starałem się jednak utrzymać swoją rutynę: codzienne ćwiczenia oraz świeżo wyciskany sok z cytryn i pomarańczy na śniadanie, jakby po to, by przypomnieć ciału, że wiosna w końcu nadejdzie.

Później tego samego dnia Catherine przyjechała z Munchkin Senior — Autumn — którą bardzo lubiłem. Przywiozłem jej kilka drobnych prezentów z Kanady, oczywiście z kanadyjskimi motywami, bo w każdym momencie może ubiegać się o kanadyjskie obywatelstwo, jako że jej mama też posiada obywatelstwo kanadyjskie. Następnie pojechaliśmy do pobliskiego rezerwatu Carver i przeszliśmy się ścieżkami rowerowymi — tymi samymi, po których jeździliśmy latem. I znów kontrast był uderzający: ośnieżone trasy, nagie drzewa i cisza, która miała w sobie coś niemal kontemplacyjnego. Po tym, jak Michelle odebrała Autumn, pojechaliśmy do Waconii — często pieszczotliwie (i niepoprawnie) nazywanej przeze mnie „Draconią” 😁 — na niezbędne zakupy w Aldi i Dollar Tree.

W tym miejscu muszę dodać coś bardzo ważnego: była to moja pierwsza podróż od dość niespodziewanej śmierci mojej Mamy, która zmarła 1 stycznia 2024 roku. To bardzo smutne wydarzenie było wciąż niezwykle świeże i myślałem o niej każdego dnia. Połączenie Wielkiego Tygodnia, zimowych krajobrazów i bycia z dala od domu sprawiało, że te refleksje stawały się jeszcze bardziej intensywne.

Bardzo się cieszyłem, że zabrałem Chromebook ze sobą. 29 marca 2024 roku — w Wielki Piątek — mogłem obejrzeć transmisję uroczystości wielkopiątkowych z Watykanu, celebrowanych przez papieża Franciszka, po łacinie. Było to bardzo uroczyste i poruszające doświadczenie, a jednocześnie początek Nowenny do Miłosierdzia Bożego.

Dzięcioł smugoszyjny w ogródku Catherine
30 marca 2024 roku, w Wielką Sobotę Wielkanocną, spędziłem godzinę na ćwiczeniach, a potem chwilę ciszy na tarasie w ogrodzie Catherine. Nagle usłyszałem bardzo znajomy dźwięk stukania i zauważyłem w ogrodzie pięknego dzięcioła smugoszyjego (Pileated Woodpecker). Niedługo potem dostrzegłem lecącego nad nami orła bielika amerykańskiego. Co za gratka! To gatunki, których nigdy nie widuję w swoim ogrodzie w Mississauga. Minnesota wyraźnie starała się zrobić na mnie wrażenie. Później tego dnia Catherine i ja wybraliśmy się na spokojny spacer po okolicy.

31 marca 2024 rokuNiedziela Wielkanocna. Planowaliśmy pójść wcześnie rano do kościoła katolickiego w Victorii, ale plan ten nie do końca się powiódł. Zamiast tego pojechaliśmy do Chaska i wzięliśmy udział w Mszy Wielkanocnej w południe, odprawianej po hiszpańsku, w kościele Guardian Angels Catholic Church przy 215 W 2nd St. Mszę celebrował ks. Tony Vander Loop, biegle posługujący się językiem hiszpańskim — najprawdopodobniej był to jego drugi język. Siedząc w tylnej części kościoła, mogliśmy także z bliska obserwować chrzest. Co ciekawe, ksiądz i ja byliśmy prawdopodobnie najwyższymi osobami w całym kościele! Choć moja bardzo, bardzo podstawowa znajomość hiszpańskiego pozwalała mi zrozumieć jedynie fragmenty, było to i tak fascynujące doświadczenie: moja pierwsza Msza po hiszpańsku oraz okazja, by zobaczyć prężną społeczność latynoską żyjącą w tej okolicy.

Maluchy
Po Mszy odebraliśmy Munchkins i pojechaliśmy na plac zabaw w Waconii, gdzie spotkaliśmy bardzo miłą kobietę z trójką dzieci, która okazała się chiropraktyczką. Było to odpowiednie zakończenie refleksyjnego, spokojnie intensywnego Wielkiego Tygodnia — naznaczonego wiarą, rodziną, niespodziewaną przyrodą oraz powolnym uświadamianiem sobie, że wiosna, podobnie jak gojenie się ran, przychodzi we własnym tempie.

PRIMAAPRILISOWA WYPRAWA DO PARK RAPIDS, ŻYCIE W CHACIE I SKLEPY Z UŻYWANYMI RZECZAMI

Wycieczka samochodowa z Autumn • Postoje w McDonald’s i „Treasure City” • Przyjazd do domku letniskowego w Park Rapids • Pierwsze spotkania z Munchkin Jr. • poranne próby budzenia przez szkraby • Spokojny poranek • Wizyty w sklepach z używanymi rzeczami • Korzystanie z wolnego czasu

Autumn w swojej ulubionej restauracji, McDonald's w Buffalo, MN
1 kwietnia 2024 rokuPrima Aprilis — rozpoczął się od naszej podróży na północ, do domku letniskowego (cabin) w Park Rapids. W samochodzie znajdowała się Catherine, Autumn (Munchkin Sr. i ja, a Autumn była oczywiście naszym najważniejszym pasażerem. Pierwszy postój zrobiliśmy w restauracji McDonald’s w Buffalo, a następnie zboczyliśmy do Treasure City, sklepu wypełnionego setkami drogich i w większości bezużytecznych przedmiotów. Catherine niekoniecznie chciała się tam zatrzymywać, ale Autumn potrafiła wyczuć owy sklep z kilku kilometrów i na nic nie zdałoby się jego ominięcie! Autumn powoli wybrała kilka zabawkowych monet, choć niebawem okazało się, że mniej interesowały ją same monety (które następnego dnia znalazłem porozrzucane po podłodze), a bardziej przyjemność selekcjonowania ich, pakowania i kupowania.

Trzy minuty po naszym przyjeździe do celu pojawiła się Michelle z Everettem (Munchkin Jr.), a wkrótce potem dojechał Rob. Po rozpakowaniu poszliśmy na spacer do pobliskiego parku, żeby rozprostować nogi, pooddychać świeżym powietrzem i pozwolić dzieciom na wybieganie się w parku. Wieczorem pojechaliśmy do Park Rapids, do nowo otwartego sklepu Aldi — Catherine była nim zachwycona. Zatrzymaliśmy się też w Walmart po grillowanego kurczaka i kawę. Bardzo lubię Park Rapids (46°55'19.5"N 95°03'30.0"W / 46.922083, -95.058333) — to przytulne miasteczko liczące nieco ponad 4000 mieszkańców, a jednocześnie zaskakująco dobrze wyposażone jak na swoje rozmiary.

Maluchy w domku letniskowym, w mojej "sypialni"
Następnego dnia Munchkins wstały skoro świt, próbując (bezskutecznie) obudzić mnie przed godziną 8:00. Kontynuowałem drzemkę do 10:00, potem poćwiczyłem, uruchomiłem Internet i przewertowałem dwa numery Wall Street Journal. Później pojechaliśmy z Munchkins do motelu AmeriInn, żeby skorzystać z basenu, a następnie odwiedziliśmy sklep z używanymi rzeczami Depo — choć nic szczególnego nie przyciągnęło naszej uwagi. Szybki wypad do sklepu monopolowego zaowocował zakupem butelki wina, drogiego, ale niezbędnego ‘paliwa’ dla dorosłych!

PRZYGODY W AKELEY, BŁOTNISTE KAŁUŻE, EKONOMIA WÓDKI I ŹRÓDŁA MISSISIPI

Paul Bunyan przegrywa z kałużą • Błoto, śmiech i nieudana akcja ratunkowa • Leśne szlaki i współpracujący pies • Sklepy monopolowe jako badania antropologiczne • Śnieg, piasek i prawie nagie szkraby • Broń, opowieści i sztuka lokalnej rozmowy

Paul Bunyan i malce
3 kwietnia 2024 roku, razem z Michelle i Munchkins, pojechaliśmy do Akeley — miasteczka, o którym wspominałem już w moim blogu o Minnesocie  z 2023 roku. Rok wcześniej odkryłem w tym mieście ogromny sklep z używanymi rzeczami, w którym kupiłem mnóstwo książek i DVD, a także największy na świecie pomnik Paula Bunyana oraz bardzo interesujące lokalne muzeum (47°00'11.6"N 94°43'49.5"W / 47.003222, -94.730417).

Naturalnie malcy byli zachwyceni gigantycznym pomnikiem Paula Bunyana i zrobiliśmy mnóstwo zdjęć, na których pozują bohatersko u jego stóp. Jednak mimo legendarnego wzrostu, siekiery i całej drwalskiej powagi, Paul Bunyan został szybko i bezapelacyjnie pokonany przez coś znacznie potężniejszego: ogromną kałużę powstałą z topniejącego śniegu.

Kałuża natychmiast stała się główną atrakcją. Szkraby pomaszerowały prosto w jej środek, entuzjastycznie pluskając się w błotnistej wodzie, która ewidentnie łamała kilka niepisanych zasad rodzicielskiego bezpieczeństwa. W pewnym momencie Autumn ugrzęzła, co skłoniło zirytowaną Catherine do akcji ratunkowej — tylko po to, by Autumn natychmiast wróciła do kałuży, jakby ta wołała ją po imieniu. Filmowałem całą tę operację i śmiałem się tak bardzo, że prawie upuściłem kamerę. Paul Bunyan patrzył w milczeniu. Przegrał.

Po kałużowych atrakcjach przeszliśmy się szlakiem Heartland State Trail, którym dawno temu tysiące pociągów przewoziły drewno. Dziś pociągów już nie ma, drzew jest mniej, a krajobrazem rządzą samochody i ciężarówki, jak też czasem rowerzyści i piesi. Spotkaliśmy też kobietę z pięknym psem, który uprzejmie pozwolił się podziwiać, głaskać i przez chwilę traktować jak honorowego członka grupy.

W końcu Munchkins wróciły do domu z Michelle, a Catherine i ja pojechaliśmy dalej, najpierw do Dollar General, a potem do małego miasteczka Nevis.

Szkraby nad jeziorem Lake Itasca-pomimo leżącego śniegu, pogoda była letnia
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Dorset Corner Liquor Store (sklepu z alkoholem) — jednej z moich ulubionych kategorii amerykańskich instytucji. Lubię przeglądać takie miejsca, ponieważ większość produktów jest dla mnie zupełnie nieznana i niedostępna w Kanadzie. Z punktu widzenia ekonomii porównawczej wódka w Stanach Zjednoczonych jest zdumiewająco tania w porównaniu z Ontario. Na przykład butelka 1,7 litra 40-procentowej amerykańskiej wódki kosztuje w Minnesocie około 10 dolarów (czyli mniej więcej 14 dolarów kanadyjskich). W Ontario ta sama butelka kosztowałaby około 65 dolarów kanadyjskich. Niektóre tanie amerykańskie piwa są również bardzo tanie w USA w porównaniu z Kanadą. Z kolei alkohole wyższej jakości często kosztują na południe od granicy tyle samo, a czasem nawet więcej. Co ciekawe, w Minnesocie zaskakująco trudno znaleźć europejskie piwo. Dla porównania, sklepy w okolicach Toronto oferują dziesiątki rodzajów. Gdy w końcu natrafiłem na słynnego czeskiego pilznera lub polskiego Żywca, okazało się, że kosztują więcej niż w Kanadzie, ponieważ sklepy zamawiają ich tylko kilka skrzynek — najwyraźniej jako (niemal) kolekcjonerskie rarytasy.

Szkrab w torbie zakupowej
Na początku kwietnia pojechaliśmy również do Itasca State Park, gdzie rzeka Missisipi rozpoczyna swoją długą podróż na południe, by stać się potężną rzeką znaną wszystkim i zakończyć swój bieg w Zatoce Meksykańskiej. Na plaży nad jeziorem Itasca byliśmy zupełnie sami. Szkraby najpierw pobawiły się na placu zabaw, a potem — bez wahania — rozebrały się i z radością korzystały z plaży. Przy samej wodzie było słonecznie i ciepło, a zaledwie kilka metrów wyżej wciąż leżały grube płaty śniegu. Wiosna w Minnesocie w pigułce: plażowa pogoda, zaspy śniegu i nagie dzieci, wszystko współistniejące w doskonałej harmonii.

W 2019 roku odwiedziliśmy w Park Rapids sklep Fuller’s Guns & Pawn i spędziliśmy tam około 30 minut, rozmawiając z Roycem oraz innym pracownikiem sklepu. Byłem zafascynowany szerokim wyborem broni palnej, w tym egzemplarzy bardzo starych i drogich. Jeden z mężczyzn dużo podróżował i zabawiał nas opowieściami z różnych krajów. Uwielbiam takie miejsca, w których w pół godziny rozmowy można dowiedzieć się więcej niż z jakiegokolwiek przewodnika. Tym razem wróciłem tam po prostu, by powiedzieć „cześć” Roycowi, bardzo sympatycznemu człowiekowi. Po raz kolejny skończyło się na rozmowie z nim i przypadkowym klientem, który akurat był w sklepie — o wszystkim: od broni po lokalną historię. Kupiłem też kilka płyt CD i DVD, bo najwyraźniej nie potrafię wyjść z miejsca sąsiadującego z lombardem czy sklepem z używanymi rzeczami z pustymi rękami.


OPUSZCZAMY DOMEK LETNISKOWY

Całkowite i częściowe zaćmienie Słońca • Urodzinowe świętowanie Catherine • Kentucky Coffeetree i ewolucyjne osobliwości • Organiczna, amerykańska kawa
View from the cabin
8 kwietnia 2024 roku opuściliśmy chatę i wróciliśmy do Victorii — był to dzień o szczególnym znaczeniu astronomicznym: między innymi w mieście Niagara Falls w Ontario widoczne było całkowite zaćmienie Słońca. Niestety, całe to widowisko kompletnie mnie ominęło. W Minnesocie można było obserwować jedynie częściowe zaćmienie, ale niebo było zachmurzone, więc nawet nie próbowaliśmy patrzeć w słońce. Jedyne, co zauważyliśmy, to lekkie przyciemnienie światła dziennego, które zresztą już kilka razy w życiu oglądałem.

Następnego dnia jednak wszelkie zaćmienia i wydarzenia astronomiczne zeszły na dalszy plan — urodziny Catherine! Pojechaliśmy do domu Michelle, by świętować razem z nią i malcami, co uczyniło ten dzień naprawdę wyjątkowym.

Kentucky Coffee Tree
Choć na jazdę na rowerze było jeszcze za wcześnie, śnieg stopniał na tyle, że mogliśmy spacerować po szlakach. Przy okazji przyjrzałem się kilku drzewom Kentucky Coffeetree (kłęk amerykański) rosnącym w pobliżu domu Catherine. Strąki, wciąż wiszące na gałęziach, zawierają nasiona, które są notorycznie twarde i trujące — to ewolucyjna pozostałość z czasów, gdy dziś już wymarła megafauna mogła pomagać w ich kiełkowaniu. Ja jednak wziąłem sprawy w swoje ręce i sam rozkruszyłem nasiona — mały triumf ludzkiej pomysłowości nad historią ewolucji. Jak wiadomo, dawno temu prażone i mielone nasiona tego drzewa używane były jako namiastka kawy przez pionierów (od tego się wzięła nazwa drzewa). Ceny kawy w ostatnich latach gwałtownie wzrosły, a Catherine musi zaczynać dzień od filiżanki kawy (zwykle mielonej i przygotowywanej przeze mnie), wydając na nią małą fortunę. Pomimo moich licznych sugestii, by posadziła nasiona Kentucky Coffeetree w swoim ogrodzie i uprawiała własną, w 100% organiczną „amerykańską kawę pionierską”, nigdy nie wykazała tym żadnego zainteresowania. Szkoda!

WIZYTA W CATHEDRAL OF SAINT PAUL

Wizyta w ikonicznej katedrze • Historyczne tablice pamiątkowe (Kennedy i kardynał Pacelli) • Imponujące wnętrze • Widok na Kapitol stanu Minnesota • Ciekawostki prezydenckie

Po powrocie z wakacji na Florydzie, w dniach 12–26 kwietnia 2024 roku (które opisałem w moim florydzkim blogu), wybraliśmy się do Katedry Św. Pawła (Cathedral of Saint Paul) — jednej z najbardziej charakterystycznych katedr w Stanach Zjednoczonych. Położona na Cathedral Hill, z miedzianą kopułą górującą nad centrum St. Paul, jest poświęcona apostołowi Pawłowi, od którego imienia wzięło nazwę także miasto. Otwarta w 1915 roku, w 2009 została ogłoszona Narodowym Sanktuarium Apostoła Pawła przez Konferencję Episkopatu USA. Jest to trzecia co do wielkości katedra katolicka i szósty co do wielkości kościół w kraju.

W tej ławce siedział prezydent John F. Kennedy podczas Mszy Świętej w 1962 roku
Miłośnicy historii, tacy jak ja, z zainteresowaniem dowiedzieli się, że prezydent John F. Kennedy uczestniczył tutaj we Mszy o godzinie 11:00 dnia 7 października 1962 roku, podczas intensywnej, 21-godzinnej wizyty w Minnesocie. Ławka, w której siedział, została oznaczona tablicą pamiątkową — oczywiście zadbałem o to, by również w niej usiąść, dodając osobisty akcent do historii (i mając nadzieję, że pewnego dnia pojawi się tam kolejna tablica, upamiętniająca moje zajęcie tego miejsca właśnie tego dnia). Wcześniej, w 1936 roku, Mszę w tej katedrze odprawiał Eugenio kardynał Pacelli (przyszły papież Pius XII), co również upamiętniono tablicą pamiątkową.

Wnętrze katedry robi ogromne wrażenie i żałowałem, że nie mieliśmy kilku godzin na jego dokładne zwiedzenie, jednak katedra jest zamykana punktualnie o 17:00. Udało nam się natomiast przespacerować po okolicy i zobaczyć Kapitol stanu Minnesota. Ciekawostka polityczna: Timothy James Walz pełni funkcję 41. gubernatora Minnesoty od 2019 roku i był demokratycznym kandydatem na wiceprezydenta w wyborach prezydenckich w USA w 2024 roku. Jednak Kamala Harris, jego przyszła szefowa, przegrała wybory z Donaldem Trumpem i Walz musiał dalej wykonywać swoją nudną i monotonną pracę w Saint Paul w Minnesocie 😁!


MINNESOTA LANDSCAPE ARBORETUM I ZACZAROWANA HUŚTAWKA

Kwitnące tulipany • Przygody na placu zabaw • Leśna wyprawa z Munchkinami • Zabawa na zaczarowanej huśtawce

Spędziliśmy też kilka godzin w Minnesota Landscape Arboretum, zaledwie kilka minut jazdy od domu Catherine. Wspominałem już to miejsce w poprzednich blogach — nigdy nie przestaje mnie zachwycać! Tulipany były w pełnym rozkwicie, barwiąc ogrody intensywnymi wiosennymi kolorami, co stanowiło miły kontrast wobec ośnieżonych krajobrazów z początku miesiąca.

Everett dzielnie dotrzymywał kroku starszym dzieciakom i nie potrzebował naszej pomocy
Kilka dni przed moim wyjazdem Catherine i ja pojechaliśmy ze szkrabami do Chaska, na plac zabaw, gdzie dzieci szybko znalazły towarzystwo do zabawy — głównie wśród starszych dziewczynek. Później wszyscy zapuściliśmy się do pobliskiego lasu. Ogromną frajdą było obserwowanie Everetta, trzyletniego najmłodszego uczestnika wyprawy, który dzielnie dotrzymywał kroku starszym dzieciom. Wyraźnie chciał być częścią grupy — i był! W końcu dotarliśmy do „zaczarowanej huśtawki” w samym sercu lasu, gdzie dzieciaki po kolei huśtały się, śmiejąc się i krzycząc z radości.

Zastanawiałem się, czy jesienią pojawiają się w tym lesie grzyby. Pokazałem nawet kilka zdjęć najstarszej dziewczynce, która była częstym bywalcem lasu, ale nigdy żadnych nie widziała.


CHAOS W DNIU WYLOTU I CUD Z PLECAKIEM

Punktualny transport • Katastrofa z plecakiem • Gorączkowe telefony do Catherine • Problemy na kontroli bezpieczeństwa • Wreszcie w samolocie

Catherine łączy pracę w ogródku z jogą
Do Kanady wylatywałem 6 maja 2024 roku. Ponieważ firma South West Prime Transportation, która wcześniej sprawdziła się znakomicie, pobierała tylko 10 dolarów, postanowiłem ponownie skorzystać z jej usług zamiast prosić Catherine o podwiezienie na lotnisko. Bus miał przyjechać około południa — oczywiście spakowałem się dzień wcześniej i byłem gotowy. Miałem jedną dużą walizkę rejestrowaną, jeden bagaż podręczny oraz plecak z najcenniejszymi rzeczami: aparatami, gimbal, Chromebook, Nawigator GPS, ładowarkami, powerbanks i dodatkowymi akcesoriami. Czekając, bawiłem się z Everettem przed domem. W pewnym momencie przestraszony podszedł do Catherine i powiedział, że „w piwnicy jest potwór”. Zapewne jakiś niedawno obejrzany film pobudził jego wyobraźnię. Catherine szybko go uspokoiła: żadnego potwora nie ma! Później powiedziałem mu, że w domu jest tylko bardzo miła i przyjazna Catherine — i na pewno NIE w piwnicy.

Samochód przyjechał punktualnie. Pożegnałem się z Catherine i Everettem. W busie była już jedna pasażerka, również jadąca na lotnisko. Kierowca zatrzymał się przy krawężniku, otworzył bagażnik i załadowałem walizki. Zasugerował, żebym włożył do bagażnika także plecak, bo było tam dużo miejsca. Wsiadłem do środka, a gdy samochód ruszył, kierowca zwolnił, by zamknąć niedomknięty bagażnik — oczywiście był on sterowany automatycznie.

Mam 22-letni samochód i wszystko, poza skrzynią biegów, jest w nim manualne — powiedziałem. — Czasami myślę, że to lepsze rozwiązanie, bo posiadam większą kontrolę nad samochodem.

Nie miałem wtedy pojęcia, jak prorocze okażą się te słowa!

Po około 40 minutach dojechaliśmy na lotnisko. Poszedłem odebrać bagaże — i zamarłem: mojego plecaka nie było!!! Przez kilka sekund zarówno kierowca, jak i ja staliśmy osłupiali. Jak to możliwe? Nigdzie się nie zatrzymywaliśmy, a pasażerka nie miała żadnego bagażu w bagażniku. I wtedy mnie olśniło: gdy samochód ruszał spod domu Catherine, automatyczna klapa bagażnika nie zamknęła się do końca i dlatego kierowca zwolnił i prawie się zatrzymał, aby domknąć bagażnik. Ale zanim to uczynił, mój plecak musiał się wysunąć z bagażnika i upaść na ulicę, kilka metrów od domu Catherine!

Z samolotu mogłem raz jeszcze zobaczyć miasto St. Paul, budynek Capitol Building i Katedrę
Natychmiast zadzwoniłem do Catherine, ale nie odebrała — oczywiście była to pora drzemki Everetta, a telefon był wyciszony. Poleciłem kierowcy wrócić pod jej dom, a sam zostałem na lotnisku, mając nadzieję, że uda mu się odnaleźć plecak. Bez przerwy próbowałem dodzwonić się do Catherine, wysyłałem SMS-y, a nawet skorzystałem z telefonu grzecznościowego na lotnisku — bez skutku. Pot spływał mi po plecach, głównie z powodu ciężkiego zimowego płaszcza, a stres był ogromny.

W międzyczasie nadałem dużą walizkę przy stanowisku odprawy i opowiedziałem całą historię bardzo miłej pracownicy. Była wyraźnie nią zaintrygowana i powiedziała, że jeśli będzie trzeba to osobiście przeprowadzi mnie przez kontrolę bezpieczeństwa, omijając jakiekolwiek kolejki. Sama ta obietnica była ogromnie pocieszająca i pozwoliła mi skupić się na odnalezieniu plecaka i kontakcie z Catherine. W końcu, po chyba dwudziestu próbach, odebrała! Everett obudził się, bo telefon leżący na jego łóżku ciągle wibrował, co skłoniło go do narzekania, że „telefon robi strasznie dużo hałasu”. Cudem Catherine zauważyła mój plecak leżący na dużym kamieniu niedaleko domu — ktoś musiał go znaleźć i tam położyć. Skontaktowała się z firmą transportową, kierowca odebrał plecak i przywiózł mi go z powrotem na lotnisko.

Krajobraz w Wisconsin (albo w Michigan)
Wreszcie ulga! Zgodnie z radą kobiety z odprawy bezpłatnie nadałem także bagaż podręczny, dzięki czemu zostałem tylko z plecakiem. Porozmawiałem z nią jeszcze chwilę, żartując, że normalnie nie piję alkoholu na lotnisku, ale dziś miałbym ochotę na solidny kieliszek czegoś bardzo, bardzo mocnego! Przyznała mi rację — ostatecznie jednak powstrzymałem się od drinka, bo poza piwem i winem bardzo rzadko piję wódki, whisky czy brandy.

Kontrola bezpieczeństwa odbyła się z małą potyczką. Skaner (w kształcie kabinki) ciągle piszczał i musiałem do niego wchodzić kilka razy.

Co pan ma przy sobie? — spytał się szorstko pracownik.
Nic — odpowiedziałem.

Z niedowierzaniem wskazał na ekran, pokazujący zarys mojego ciała… rzekomo z różnymi przedmiotami ukrytymi w wielu miejscach! Zaproponował przeszukanie (pat-down) w osobnym pomieszczeniu, ale odmówiłem.

Możesz to zrobić tutaj — powiedziałem.

Po skrupulatnym sprawdzeniu rąk, klatki piersiowej i nóg nie znalazł niczego niebezpiecznego—ani ‘bezpiecznego’ i było tym trochę zdziwiony, że maszyna okazała się tak myląca. Najprawdopodobniej winny był pot — powstały głównie z powodu grubego płaszcza i stresu związanego z niemal utratą mojego plecaka z cenną zawartością. Wreszcie mogłem spokojnie udać się do poczekalni. Znalazłem miejsce do siedzenia, zdjąłem płaszcz, zrobiłem głęboki wdech, wyjąłem Chromebook i poczytałem gazetę, czekając na wejście do samolotu.

Sam lot przebiegł spokojnie samolotem Bombardier CRJ900, małym odrzutowcem pasażerskim, posiadającym maksymalnie 90 miejsc dla pasażerów, o zasięgu 2500 km. Próbowałem zasnąć, ale mając miejsce przy oknie wolałem podziwiać rozciągające się widoki pod nami. Mogłem rzucić ostatnie spojrzenie na miasto St. Paul — wyraźnie widoczne były zarówno katedra, jak i budynek Kapitolu, a także lotnisko St. Paul Downtown Airport. Niedługo potem lecieliśmy nad zatoką Green Bay, jeziorem Michigan oraz zatoką Saginaw Bay, gdzie bez trudu dostrzegłem wyspę Shelter i Channel Island. Wylądowaliśmy w Toronto nieco przed czasem, a po dość długim oczekiwaniu na wyjście z samolotu (pewnie kara za wcześniejszy przylot!) wziąłem taksówkę i wróciłem do domu. Piotr już czekał, by pomóc mi z bagażami. Później poprosiłem Catherine, aby podziękowała Everettowi za zwrócenie jej uwagi na wibrujący telefon — i obiecałem zabrać go do dobrej restauracji podczas mojej następnej wizyty.

Następnego dnia poszedłem do mojego ogródka. Drzewa nie tylko były już całe pokryte soczystą zielenią, ale niektóre nawet kwitły. Trudno uwierzyć, że gdy wylatywałem, wszystko wyglądało jeszcze tak ponuro i pusto. Niesamowite, jak wielką różnicę potrafi zrobić sześć tygodni.

Mój ogródek również wygląda niezmiernie wiosenne!


REFLEKSJE O MINNESOCIE

Gościnna Minnesota • Lokalne wyprawy • Przyroda • Spokój i zabawa • Niezapomniane doświadczenia

Urodziny Catherine--Sto Lat!!!
Moja podróż do Minnesoty, wśród śnieżnej, wczesnowiosennej scenerii, była w pełni udana. Mogłem cieszyć się chwilami spędzonymi z jej rodziną — od zabaw z Everettem i Autumn, przez świętowanie urodzin Catherine, po spacery po szlakach jeszcze niedawno pokrytych śniegiem. Wizyty w Cathedral of Saint Paul, Minnesota Arboretum oraz przy ukrytych leśnych huśtawkach łączyły historię, architekturę i kontakt z naturą. Spotkania z dziką przyrodą — dzięciołem Pileated Woodpecker, bielikiem amerykańskim, a nawet sójkami błękitnymi — sprawiały, że prawie każdego dnia obcowałem z przyrodą. Oczywiście dwutygodniowy wyjazd na Florydę w kwietniu był absolutnym punktem kulminacyjnym całej podróży, ale traktuję go jako osobną przygodę.

Munchkins okazały się wspaniałym towarzystwem — odważne i pełne energii, od huśtania się na zaczarowanej huśtawce po igraszki na placach zabaw i wczesne pobudki. Połączenie spokojnych chwil w ogrodzie Catherine, miejskich wypadów i przygód na świeżym powietrzu stworzyło równowagę między relaksem, rozrywką i okazjonalnym chaosem — jak choćby incydent z plecakiem na lotnisku — który uczynił ten wyjazd niezapomnianym.

Pogoda była zmienna: od śnieżnej, wczesnej wiosny w Minnesocie po cieplejsze, bardziej słoneczne dni później, dając wyjątkową perspektywę na zmieniającą się porę roku. Codzienne rytuały ćwiczeń, świeżych soków i odkrywania nowych miejsc nadawały pobytowi rytm, a rodzinne relacje tworzyły ciepłe wspomnienia.

Co się dzieje w garażu, zostaje w garażu!
Podsumowując, była to naprawdę niezwykła wiosna w Minnesocie — pełna śmiechu, niespodzianek, przyrody i refleksji. Jeśli coś mi ten wyjazd przypomniał, to to, że najlepsze historie z podróży rodzą się tam, gdzie spotykają się przygoda, nieoczekiwane wyzwania i radość dzielenia doświadczeń z bliskimi.


THIS BLOG IS AVAILABLE IN THE ENGLISH LANGUAGE/TEN BLOG JEST RÓWNIEŻ DOSTĘPNY W JĘZYKU ANGIELSKIM


WIĘCEJ ZDJĘĆ Z TEJ WYCIECZKI

niedziela, 18 stycznia 2026

FLORYDA W KWIETNIU 2024 ROKU: SARASOTA, CLEARWATER I OKOLICZNE WYBRZEŻE

Relacja z podróży do Florydy w kwietniu 2024 roku. Sarasota, Longboat Key, codzienne życie, plaże i spokojne tempo południa USA.


THIS BLOG IS ALSO AVAILABLE IN THE ENGLISH LANGUAGE/TEN BLOG JEST RÓWNIEŻ W JĘZYKU ANGIELSKIM


Witajcie na Florydzie! Nawet aligatory są zadowolone z naszego przyjazdu...

Piątek, 12 kwietnia 2024 roku

Bardzo wczesny początek dnia, omalże opóźniony wyjazd, spokojny lot i ciepłe powitanie na Florydzie, piękne miejsce w Spokojnym Raju oraz ponowna lektura Filarów Ziemi.

Catherine zajmuje się ostatnimi szczegółami naszej podróży podczas lotu

Nasz dzień zaczął się bardzo wcześnie i nie zapowiadał się najlepiej. Poprzedniego wieczoru pakowaliśmy, rozpakowywaliśmy i ponownie pakowaliśmy nasze walizki, starając się zmieścić w rygorystycznym limicie 50 funtów/23 kg. Catherine postanowiła zaoszczędzić 2 × 45 dolarów × 2 (czyli 180 dolarów), rezygnując całkowicie z bagażu podręcznego. O godzinie 2:30 nad ranem obudziła się z nagłym strachem, że jej rezerwacja samochodu została w jakiś sposób anulowana. Sprawdzając aplikację Enterprise, którą pobrała miesiąc wcześniej przy dokonywaniu rezerwacji, zobaczyła alarmujący komunikat: „brak rezerwacji”. Na szczęście zauważyła również numer 1-800 i natychmiast zadzwoniła — ku wielkiej uldze okazało się, że rezerwacja jednak bezpiecznie figuruje w systemie.

Imponujący Skyway Sunshine 

Do tego czasu ja też już nie spałem, szykując się do naszego lotu liniami Sun Country o 7:00 rano. Miała po nas przyjechać prywatna ‘taksówka’ o 4:30 rano. Kierowca dwukrotnie potwierdził kurs dzień wcześniej, wysyłając nawet radosną wiadomość „do zobaczenia wcześnie rano” — ale w umówionym czasie nadal go nie było. Krótki SMS i telefon postawiły go na nogi (i zapewne wyrwały z łóżka), i ruszyliśmy tuż po 5:00—dość późno, biorąc pod uwagę, że samolot odlatujący o 7:00 nie zamierzał na nas czekać.

Nasz samochód, Toyota RAV4, miała z niewiadomych powodów tablice rejestracyjne z Luizjany

Mniejsze lotnisko Hubert Humphrey (czyli Terminal Two) w Minneapolis (44°52'25.7"N 93°13'30.9"W / 44.873806, -93.225250) okazało się bezproblemowe. „Odprawiliśmy” się już dzień wcześniej online i mieliśmy karty pokładowe w telefonach, ale nadal musieliśmy nadać bagaż. Bardzo miła pracownica zauważyła, że wyglądamy na nieco zagubionych, i wkroczyła do akcji — właściwie zrobiła wszystko za nas. Dzięki temu mieliśmy mnóstwo czasu, aby spokojnie wejść na górę, przejść kontrolę bezpieczeństwa i odnaleźć naszą bramkę. Ponieważ był to lot krajowy, wystarczyły nam prawa jazdy — nawet nie zabrałem paszportu.

Samolotem był Boeing 767-800. Siedzieliśmy na miejscach przy przejściu, naprzeciwko siebie, nad skrzydłem, otoczeni przez sporą grupę małych dzieci, które — ku naszemu zaskoczeniu były wyjątkowo spokojne. Catherine przespała większość lotu, a ja czytałem bieżące wydanie „The Wall Street Journal”, które pobrałem na lotnisku. W mgnieniu oka (a dokładnie po 2 godzinach i 40 minutach) wylądowaliśmy na lotnisku PIESt. Petersburg–Clearwater na Florydzie.

Catherine poszła odebrać samochód z wypożyczalni, a ja zająłem się bagażem. Co ciekawe, na taśmie było nie więcej niż około 20 sztuk bagażu — większość pasażerów musiała podróżować z minimalnym bagażem, najwyraźniej tylko z torebką lub plecakiem. Sam lot był tani (69 dolarów w jedną stronę na osobę, plus wysoka opłata za każdy bagaż rejestrowany), więc ludzie wyraźnie starali się, aby pozostał tani — tani do końca. Stanowisko wypożyczalni samochodów znajdowało się dosłownie kilka metrów od odbioru bagażu. Dostaliśmy nawet możliwość wyboru auta i zdecydowaliśmy się na nową Toyotę RAV4 z tablicami z Luizjany (27°54'21.7"N 82°41'37.8"W / 27.906028, -82.693833). Wynajem samochodu na dwa tygodnie kosztował nas około 700 dolarów amerykańskich.

Mieliśmy sporo problemów z podłączeniem iPhone’a Catherine do systemu nawigacji w samochodzie i w końcu daliśmy za wygraną, wracając do mojego starego, sprawdzonego Nawigatora Satelitarnego firmy Garmin. Przez większość czasu jechaliśmy autostradami w kierunku Południowej Sarasoty i między innymi przejechaliśmy przez imponujący Sunshine Skyway Bridge – most kablowy znajdujący się nad zatoką Tampa o długości 8851 metra. Gdy byliśmy już blisko celu, Garmin z pełnym przekonaniem polecił nam skręcić w prawo w Vaccaro Drive i jechać prosto do miejsca docelowego. Niestety Vaccaro Drive okazała się drogą zamkniętą — tak, była to tzw. „Gated Community”, zamknięte osiedle — i musieliśmy szukać innej trasy. Później właściciele VRBO powiedzieli nam, że Vaccaro Drive została zamknięta dla ruchu publicznego jakieś dziesięć lat temu. Po powrocie do Kanady wysłałem do firmy Garmin e-mail z prośbą o poprawienie tego (oraz kilku innych) błędów.

Miejsce naszego pobytu przez następne 9 nocy w Sarasocie

Ostatecznie dojechaliśmy do South Tamiami Trail, skręciliśmy w prawo w Constitution Road, wykonaliśmy ostatni skręt w lewo w America Drive i dotarliśmy do wynajętego przez nas VRBO — Peaceful Paradise (Spokojny Raj), znajdującego się przy 5646 America Drive (27°16'14.2"N 82°31'34.3"W / 27.270611, -82.526194).

Catherine delektuje się drinkiem w naszym VRBO w Sarasocie
Na miejscu spotkaliśmy właścicieli, Johna i Teresę, chwilę z nimi porozmawialiśmy, rozpakowaliśmy się i pojechaliśmy do sklepu Publix. Był to duży supermarket. Jeden z pracowników był młodym, sympatycznym Latynosem i zagadnąłem go rozmową. Powiedział, że pochodzi z Hondurasu i uczy się angielskiego — a mimo to bez problemu prowadził ze mną całkiem dobrą rozmowę. Życzyłem mu powodzenia.
Większość domów ma tego rodzaju altany wraz z siatkami, przez co nie ma komarów i można spoglądać na kanał

Catherine była zachwycona naszym VRBO. Dom znajdował się nad kanałem Phillippi Creek i leżał na wyspie. Był tam podgrzewany basen, kuchnia na świeżym powietrzu oraz wiele miejsc do siedzenia i jedzenia na zewnątrz. Catherine poszła popływać w basenie, a potem wcześnie położyła się spać. Powiedziano mi, że bardzo rzadko, ale jednak, w kanale można zobaczyć aligatory — warto o tym pamiętać. W ramach wynajmu dostępne były kajaki, z których Catherine planowała skorzystać, ale po obejrzeniu mętnej wody i rozważeniu możliwości spotkania aligatora, zmieniła zdanie. Tak przy okazji — zapłaciliśmy około 1620 dolarów amerykańskich za 9 nocy, plus dodatkowa opłata za sprzątanie.

W potoku/kanale "Phillippi Creek" czasami pokazywały się aligatory, ale nie widzieliśmy żadnego, jedynie wiele jaszczurek i dwa czarne węże

Oprócz czytania gazet i innych materiałów na Chromebooku zabrałem ze sobą jedną książkę: The Pillars of the Earth autorstwa Kena Folletta. Co ciekawe, książkę tę polecono mi po raz pierwszy podczas mojej pierwszej, bardzo pamiętnej wyprawy kanu - namiotowej na rzece French River w 1995 roku. Przeczytałem ją w tym samym roku i uznałem za znakomitą. Autor potrafił stworzyć niezwykle realistycznych bohaterów XII wieku oraz oddać atmosferę epoki, a także w niezwykle plastyczny sposób opisać życie i architekturę średniowiecza — do tego stopnia, że niemal stałem się częścią tej książki. Dwadzieścia dziewięć lat później postanowiłem przeczytać ją ponownie — i był to bardzo dobry pomysł, ponieważ podobała mi się równie bardzo jak za pierwszym razem. W kolejnym roku sięgnąłem po drugą część trylogii, World Without End, którą mam nadzieję przeczytać z takim samym zainteresowaniem, jak poprzednią część.

Sobota, 13 kwietnia 2024 roku

Zakupy, architektoniczna nostalgia, przypadkowe spotkanie z motoryzacyjną fantastyką naukową, muśnięcie wyspiarskiego luksusu i bardzo cywilizowany wieczór nad wodą.

Sarasota, Floryda

Po dobrze przespanej nocy wyjechaliśmy około 11:00 do Dollar Tree i Aldi — dowód na to, że nawet na wakacjach czasem trzeba zachowywać się odpowiedzialnie — a następnie ruszyliśmy w kierunku historycznego centrum miasta. Nie do końca spełniło ono nasze oczekiwania, ale i tak było przyjemnie pospacerować i pooglądać stare florydzkie bungalowy z lat 20. XX wieku. Wiele z nich było pięknie utrzymanych i pełnych uroku, co ułatwiało wyobrażenie sobie wolniejszej, mniej klimatyzowanej Florydy sprzed lat.

Czy to jest samochód? Łódka? Motor?

Wracając do samochodu, minęliśmy pojazd ciągnący coś, co początkowo uznaliśmy za jakiś wodny gadżet — może skuter wodny albo coś nadmuchiwanego i kompletnie niepraktycznego. Po rozmowie z kierowcą okazało się jednak, że był to rzadki, jedyny w swoim rodzaju prototyp: dziwaczne, ale fascynujące połączenie samochodu, motocykla i trójkołowego pojazdu rodem z garażu szalonego wynalazcy. Według właściciela osiągał oszałamiające 156 mil na galon (to bardzo wysoka efektywność, która przekłada się na około 1,51 litra na 100 kilometrów). Po tym jak Catherine wróciła do parku, aby poszukać zgubionego telefonu (wątek powracający w naszych podróżach), spędziliśmy jeszcze trochę czasu na rozmowie z właścicielem pojazdu. Uprzejmie zaprosił nas do swojego garażu, gdzie mogliśmy zrobić zdjęcia tego małego, ale potężnego „hot roda”. Nie był to planowany punkt dnia, ale bez wątpienia jeden z jego największych atutów.

W połowie popołudnia postanowiliśmy pojechać na Longboat Key. Przejechaliśmy około 15 mil wzdłuż wyspy, mijając prywatne plaże, kurorty i pola golfowe. Po drodze zauważyłem kilka luksusowych samochodów sportowych, w tym jaskrawożółtego Rolls-Royce’a i Bentleya — pojazdy, które bez wątpienia kosztują więcej niż cały nasz urlop, razem z lotami, w skali całego życia. Udało nam się znaleźć miejsce parkingowe przy Whitney Beach. Niestety plaża ta nie miała żadnej infrastruktury, ale ponieważ było gorąco i słonecznie, znaleźliśmy cichy fragment wydm pod niewielką palmą i tam się rozłożyliśmy. Po pikniku Catherine poszła na spacer, a potem szybko się wykąpała.

Szczerze mówiąc, Whitney Beach nie zrobiła na nas dużego wrażenia — głównie z powodu braku udogodnień i dość skromnych wydm. Spotkaliśmy osobę, która z entuzjazmem polecała plażę Coquina Beach nieco dalej na północ, ale gdy wpisaliśmy ją do nawigatora, okazało się, że dojazd zajmie ponad 40 minut z powodu sobotniego ruchu. Ta propozycja została uprzejmie odrzucona przez zdrowy rozsądek. Zamiast tego spokojnie wróciliśmy do Longboat Key, przejeżdżając przez Armand Circle, które tętniło życiem — pełne ogródków restauracyjnych, tłumów ludzi i typowego weekendowego zgiełku.

Taki widok rozciągał się z naszego VRBO w Sarasocie

Droga powrotna do naszego VRBO była spokojna i przyjemna. Po powrocie wypiliśmy drinka nad wodą, delektując się ciepłym wieczorem i przyjemnym poczuciem, że dzień potoczył się dokładnie tak, jak powinien. Później wróciliśmy do pokoju, gdzie czytaliśmy i rozmawialiśmy aż do północy — zrelaksowani, zadowoleni i już zastanawiający się, jaką drobną niespodziankę przyniesie kolejny dzień.

Niedziela, 14 kwietnia 2024 roku

Spokojna niedziela w rytmie slow life, niezapomniana Msza łacińska, absurdalne wiadomości ze świata, plaże o zachodzie słońca i niespodziewane spotkanie z rekinem — a na zakończenie wykwintna kolacja à la Aldi.

Kościół Chrystusa Króla w Sarsasocie

Okazało się, że był to kolejny piękny dzień. Catherine wstała o 7:30, a ja dołączyłem do niej niedługo później, po raz kolejny udowadniając, że wakacyjne poranki najlepiej traktować z należytą delikatnością. Nasi gospodarze poszli do kościoła, a później wybrali się łodzią na wycieczkę z przyjaciółmi do Venice, dzięki czemu mieliśmy dom tylko dla siebie przez cały dzień. Postanowiliśmy nie oddalać się zbytnio: trochę poćwiczyć, popływać, popracować nad blogiem i pójść na Mszę o 12:30 w pobliskim kościele — Christ the King Catholic Church (27°15'57.4"N 82°31'44.9"W / 27.265944, -82.529139).

Świetne miejsce spożywania posiłków i używania mojego Chromebook
Kościół był opisywany jako konserwatywny i — zgodnie z informacjami na stronie internetowej — zarówno kobiety, jak i mężczyźni mieli obowiązek ubierać się skromnie. Okazało się to bardziej problematyczne, niż się spodziewaliśmy, ponieważ Catherine nie miała ze sobą żadnej koszuli z długim rękawem — chyba że za taką uznać ciężką kurtkę, którą ostatecznie założyła, dzielnie poświęcając komfort na rzecz przyzwoitości we florydzkim upale. Sama Msza była tradycyjna i w całości odprawiana po łacinie, z księdzem zwróconym twarzą do ołtarza, a nie do wiernych. Kazanie natomiast było znakomite i wygłoszone w doskonałym angielskim. Nawet Catherine słuchała go z przyjemnością i — co szczególnie warte odnotowania — nie zgłosiła po nim żadnych zastrzeżeń. Cała Msza trwała około 90 minut. Była to, jak sądzę, pierwsza tradycyjna Msza łacińska, w jakiej kiedykolwiek uczestniczyłem. Co ciekawe, wiele jej elementów przypomniało mi nabożeństwa, w których brałem udział — lub którym służyłem jako ministrant — w latach 70. XX wieku. Szkoda, że takie Msze są w Ontario tak rzadkie.
Plaża "Turtle Beach"

Plaża "Turtle Beach"

Po powrocie do domu zjedliśmy lunch: krewetki, sałatkę, brokuły i ostrą salsę. Catherine ucięła sobie drzemkę, a ja nadrobiłem najnowsze wiadomości dotyczące ataku dronowego i rakietowego Iranu na Izrael. Panowała powszechna opinia, że atak był tak nieskuteczny, iż szybko stał się obiektem żartów — także ze strony samych Irańczyków. Jeden z dowcipów głosił: „Szczerze mówiąc, gdyby rzucali ogórkami, ofiar byłoby więcej”. Również Izraelczycy podchodzili do sprawy z humorem. Dziennikarz Matthew Kalman ujął to idealnie, mówiąc: „Pierwsze bezpośrednie loty z Iranu do Izraela od 1979 roku”.

Około 18:00 pojechaliśmy na Point of Rocks Beach, ale okazało się, że jest to niezwykle ekskluzywna okolica, pełna ogromnych, pięknych rezydencji i imponującej liczby znaków „Zakaz parkowania”. Najwyraźniej mieszkańcy bardzo cenią sobie zarówno prywatność, jak i rygorystyczne egzekwowanie zasad. Pojechaliśmy więc dalej na południe, na plażę Turtle Beach, gdzie znaleźliśmy dużo miejsc parkingowych, niewielkie wydmy i całkiem sporo ludzi — wielu z nich wyraźnie czekało na zachód słońca.

Po raz pierwszy w życiu widziałem, jak ktoś złowił rekina-i do tego wszystko nagrałem, a nagranie jest dostępne na YouTube i poniżej

Gdy Catherine poszła obejrzeć pobliski budynek z apartamentami na wynajem, ja obserwowałem parę obsługującą dwie wędki na plaży. Zastanawiałem się, co próbują złowić, i już miałem zapytać, gdy nagle żyłka gwałtownie się naprężyła. Mężczyzna i jego dziewczyna zaczęli zwijać zdobycz i po chwili wyciągnęli ją na brzeg. To był rekin. Po zrobieniu kilku zdjęć i nagrań wideo wędkarz ostrożnie wyjął hak i wypuścił rekina z powrotem do oceanu. Było to fantastyczne przeżycie — nie tylko dla mnie, ale także dla wielu osób, które zgromadziły się, by być świadkami tego widowiska.

Sprzęt wędkarski robił ogromne wrażenie i był zupełnie inny niż cokolwiek, czego używa się na jeziorach w Ontario: potężna wędka i kołowrotek, gruba żyłka, ogromny hak oraz podręczna lodówka wypełniona pokaźnymi kawałkami mięsa na przynętę. Ponieważ nie da się zarzucić haczyka tak daleko w ocean, wędkarz posiadał także kajak — używany do wypłynięcia, opuszczenia przynęty i powrotu na brzeg. Później zrobiłem szybkie rozeznanie na temat połowu rekinów na Florydzie i odkryłem, że istnieje wiele technik i regulacji z nim związanych. Mimo to nie sądzę, aby łowienie rekinów mogło kiedykolwiek zastąpić dla mnie wędkarstwo słodkowodne w Ontario — pod warunkiem, że byłoby tam więcej ryb, bo w ostatnie lata prawie nic nie złapaliśmy.

Wracając do samochodu, porozmawialiśmy z bardzo sympatycznym fotografem. Pochodził z Trynidadu i Tobago, a okazało się, że jest oficerem zawodowym w Siłach Zbrojnych USA.

Widok z naszego miejsca pobytu w Sarasocie na strumyk/kanał Phillippi Creek

Po powrocie do naszego wynajmu zjedliśmy lekką kolację, popijaną sporą ilością doskonałego czerwonego wina, zakupionego w niezwykle ekskluzywnym przybytku znanym jako Aldi — w zdumiewającej cenie 3,99 dolara za butelkę. Podczas posiłku pies Shadow cierpliwie czekał, wyraźnie licząc na resztki. Nic nie dostał, ale został hojnie wynagrodzony solidną porcją głaskania, co najwyraźniej uznał za rozsądną rekompensatę. Catherine zauważyła, że gospodarze nie byli do końca ‘transparentni’ co do obecności psa na posesji, zwłaszcza takiego, który szczeka — co zawsze jest jej osobistą zmorą — ale Shadow z czasem „tak jakby” zyskał jej sympatię.

Poniedziałek, 15 kwietnia 2024 roku

Spacer po okolicy, przypadkowe odkrycie Tesla Cybertruck, ptaki z charakterem, plażowe wędrówki i ciągłe problemy znikających krewetek — złagodzona przystępnym winem.

Wyspa Coquina Island, na której mieszkaliśmy w Sarasocie

Kolejny piękny dzień w Peaceful Paradise. Byliśmy na nogach i wyszliśmy z domu już o 9:30, chcąc obejrzeć okolicę, zanim upał skutecznie zniechęci do wszelkich ambitnych planów. Postanowiliśmy zwiedzić wyspę, na której mieszkaliśmy — Coquina Island — i bardzo szybko doszliśmy do jednoznacznego wniosku: z pewnością nie była to wyspa bezludna 😄. Okazało się, że jest to mieszanka starych i nowych domów, w tym kilku budynków wielorodzinnych, co nadawało jej przyjemnie eklektyczny charakter.

Wyspa Coquina Island, na której mieszkaliśmy w Sarasocie
Na jednym z podjazdów zauważyliśmy bardzo nietypowy pojazd, wyglądający jak coś wyjętego wprost z wojskowego konwoju. W tamtym momencie nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę, na co patrzymy. Dopiero później uświadomiliśmy sobie, że właśnie widzieliśmy — najwyraźniej po raz pierwszy w życiu — Teslę Cybertruck. Tak więc historia została zapisana, a my nawet nie zrobiliśmy zdjęcia.
Wyspa Coquina Island, na której mieszkaliśmy w Sarasocie

Wiele nowych domów było w trakcie budowy, a liczne drzewa porastały epifity — w tym paprocie i hiszpański mech — nadając całej okolicy lekko prehistoryczny wygląd, gdzie bagna spotykają się z rajem. Zauważyliśmy kilka uroczych, niewielkich ptaków przypominających żurawie, które z pełną pewnością siebie spacerowały po cudzych trawnikach, a także zaczepnego kota, który sprawiał wrażenie przekonanego, że cała wyspa należy wyłącznie do niego. Spotkaliśmy również kobietę z Niagara-on-the-Lake w Ontario, która przeprowadziła się tutaj w 2011 roku — w czasach, gdy dolar kanadyjski był silny, a optymizm powszechny.

Wróciliśmy do Peaceful Paradise na pyszny lunch z krewetkowym ringiem (który, niestety, zdążył już stać się gatunkiem zagrożonym w Aldi). Podczas gdy Catherine ćwiczyła jogę i pływała w basenie, ja trenowałem i nadrabiałem lekturę „Wall Street Journal”, po raz kolejny udowadniając, że każdy relaksuje się na swój sposób.

W drodze na plażę Lido Beach zatrzymaliśmy się koło tego mostu i spotkaliśmy tego raczej oswojonego żurawia

Około 14:30 wyruszyliśmy na Lido Beach, po drodze spontanicznie zatrzymując się przy zatoczce Bird Island tuż za mostem. Przeszliśmy się krótkim szlakiem pod mostem, który okazał się zaskakująco przyjemny i zacieniony. Tam spotkaliśmy dużego, dość oswojonego ptaka przypominającego żurawia, który kręcił się wokół pary łowiącej ryby w pobliżu — wyraźnie licząc na kradzież przynęty przy minimalnym wysiłku i maksymalnej godności.

W drodze na plażę Lido Beach

Kontynuowaliśmy drogę w stronę plaży Lido Beach, ale znaleźliśmy dobre miejsce parkingowe przy drodze, z wygodnym dojściem do plaży. Sama plaża była bardzo ładna, niezbyt zatłoczona, a ocean stosunkowo spokojny. Było tam kilka gatunków mew, zabawnie wyglądające sieweczki oraz gołębie zajęte swoimi typowo gołębimi sprawami. Catherine poszła popływać, a potem spacerowała wzdłuż brzegu, podczas gdy ja zostałem na miejscu, opalając się i próbując fotografować ptaki — zwłaszcza pelikany — z których większość uparcie odmawiała współpracy.

W drodze na plażę Lido Beach

Około 18:00 pojechaliśmy dalej w dół Lido Beach i zauważyliśmy przejeżdżający darmowy tramwaj. Postanowiliśmy zostawić tę atrakcję na inny dzień, kiedy czas — i cierpliwość — będą po naszej stronie. Na samym końcu wyspy czekała na nas miła niespodzianka: piękne zagajniki starych drzew na plażach z piaskiem jak cukier, spokojne wody zatoki i poczucie, że odkryliśmy dobrze strzeżony sekret. Jakby tego było mało, znajdowały się tam przebieralnie z toaletami, stoły piknikowe, grille, dużo cienia i — co wręcz cudowne — darmowy parking. Zrobiliśmy sobie mentalną notatkę, by wrócić tu za kilka dni, najlepiej łapiąc tramwaj właśnie z tego miejsca.

Plaża Lido Beach

Niestety, w drodze powrotnej musieliśmy zatrzymać się w Aldi. I jeszcze bardziej niestety — nie było już żadnych krewetkowych ringów, które stały się podstawą naszych ostatnich lunchów i, jak się okazuje, towarem deficytowym. Na szczęście wciąż mieli sporo czerwonego wina Winking Owl California Cabernet za $3,99, co dowodzi, że choć krewetki mogą znikać, priorytety pozostają niezmienne.

Plaża Lido Beach

Powrót do Peaceful Paradise na kolację inspirowaną kuchnią tajską, bardzo przyzwoity zachód słońca i kolejny wieczór z poczuciem, że nazwa tego miejsca jest w pełni uzasadniona: spokojne — i bardzo bliskie raju.

Wtorek, 16 kwietnia 2024 roku

Upalne miasto Venice, zabytkowe domy, antyczny samochód faceta z Michigan, mikroskopijne zęby rekinów oraz triumf Margarity nad słońcem.

Venice
Tego dnia pominęliśmy nasz zwyczajowy poranny spacer, ale nadrobiliśmy to solidnym treningiem — około 1 godziny i 40 minut — po którym Catherine poszła popływać, by się ochłodzić. Czując się cnotliwie i pełni energii, postanowiliśmy wyjechać nieco wcześniej i skierować się na południe, do miasta Venice.
Venice
Podróż była prosta i bezproblemowa (co zawsze jest mile widziane), a samochód zaparkowaliśmy w pobliżu parku w zabytkowej dzielnicy. Było bardzo gorąco, a słońce nie dawało wytchnienia. Okoliczna zabudowa mieszkalna składała się z wielu uroczych domów z lat 20. XX wieku, co nadawało dzielnicy wyraźnie „staro-florydzki” charakter. Spacerując, odkryliśmy nietypowe przejście, które nagle prowadziło do zupełnie innego stylu zabudowy — domów z lat 50., wybudowanych dla wojska. Kontrast był uderzający i zupełnie niespodziewany, jak przejście przez portal czasu.
Venice
Zagadał do nas osiemdziesięcioletni mężczyzna pochodzący z Michigan. Opowiedział, że nienawidził tamtejszej pogody, przeprowadził się na Florydę w wieku trzydziestu kilku lat, poznał żonę i został tu na kolejne pięćdziesiąt lat — wyraźnie człowiek, który wiedział, kiedy podjął właściwą decyzję. W swoim garażu z dumą pokazał nam piękny antyczny samochód, utrzymany w idealnym stanie i nadal nadający się do jazdy, choć obecnie wyposażony w zupełnie nowy silnik — dowód na to, że nawet antyki czasem wymagają odrobiny modernizacji.
Venice
W okolicy znajdowały się trzy kościoły, z których jeden miał szczególnie piękne dzwony. Nasz nowy znajomy uważał jednak, że były nieco zbyt entuzjastyczne. Wspomniał, że złożył skargę na ich głośność — i ku jego wielkiej satysfakcji kościół rzeczywiście ją zmniejszył. Dowód na to, że czasami cuda się zdarzają.
Venice
Co ciekawe, pobliski park miał stolik piknikowy i plac zabaw, ale nie posiadał toalety — co w tym upale wydawało się szczególnie dużym przeoczeniem. Gdy słońce nadal demonstrowało swoją dominację, postanowiliśmy pojechać na główną ulicę zabytkowego centrum miasta. Natychmiast znaleźliśmy miejsce parkingowe, a Catherine wykorzystała okazję, by zaprezentować swoje imponujące umiejętności parkowania równoległego, które zasługiwały na brawa (a być może także na mały puchar) lub — alternatywnie — na celebracyjną Margaritę.
Venice
Główna ulica była pełna kiczowatych sklepików plażowych sprzedających muszle, bibeloty, zęby rekina i setki innych kolorowych, krzykliwych i absurdalnie drogich przedmiotów. Wykazaliśmy się ogromną samodyscypliną i kupiliśmy jedynie kilka pocztówek — które, jak zawsze, uparcie wysyłam znajomym, wraz ze znaczkami zakupionymi później na pobliskiej, bardzo dużej poczcie.
Z ogromną przyjemnością wypiłem kilka zimnych drinków w taki upał w Venice
Na tym etapie upał wygrał. Schroniliśmy się w narożnym barze na happy hour, gdzie zafundowałem sobie mrożoną Margaritę podaną w pamiątkowym kubku — nawodnienie po florydzku. Po drugiej stronie ulicy, ku naszej wielkiej uldze, znajdował się park z publicznymi toaletami. Wyjęliśmy lunch z samochodu i zjedliśmy go w cieniu w pobliżu fontanny dla dzieci, czując się jednocześnie sprytni i bardzo praktyczni.
Venice Hotel

Catherine zauważyła tablicę pamiątkową na budynku po drugiej stronie ulicy — okazało się, że był to historyczny Venice Hotel, obecnie funkcjonujący jako dom opieki. Weszliśmy do środka i jeden z pracowników uprzejmie oprowadził nas po obiekcie. Catherine natychmiast zakochała się w parze pawi wystawionych w głównej sali, które zdawały się doskonale świadome własnej wspaniałości. Nad kominkiem widniało przysłowie, które przykuło naszą uwagę:


„Gdyby młodość wiedziała, czego zapragnie starość, potrafiłaby zarówno zdobywać, jak i oszczędzać.”


Delikatne przypomnienie, że młodsi mogliby planować z wyprzedzeniem — rada zawsze łatwiejsza do docenienia z perspektywy czasu.

A to jest unikalne "Drzewo Muszelkowe", na którym, jak widać, zamiast owoców, rosną muszelki. Jest ono unikalne dla tego regionu

Następnie pojechaliśmy na Caspersen Beach, słynną z poszukiwania zębów rekina. Sama plaża była niewielka, z ciemnym piaskiem, dużą ilością kamieni i muszli oraz zaskakująco liczną grupą doskonale przygotowanych poszukiwaczy, wszyscy intensywnie wpatrzeni w ziemię pod własnymi stopami. Od czasu do czasu ktoś znajdował naprawdę imponujący ząb rekina, ale zdecydowana większość była śmiesznej wielkości. Porozmawiałem z parą doświadczonych „łowców”, którzy hojnie podarowali mi kilka zębów na pamiątkę. Catherine w tym czasie rozmawiała z kobietą z New Jersey, która z entuzjazmem wychwalała plaże u siebie — dowód na to, że można wyprowadzić człowieka z New Jersey, ale New Jersey z rozmowy już niekoniecznie.

Plaża Caspersen Beach

Zostaliśmy tam dłużej, niż planowaliśmy, i w efekcie porzuciliśmy ambitny plan kolacji ze stekiem na rzecz szybkiej bratwurst skonsumowanej nad wodą — prostej, sycącej i idealnie pasującej do charakteru dnia.

Plaża Caspersen Beach, zbieracze zębów rekina i Drzewo Muszelkowe

Muszę dodać, że przed tą wyprawą wyobrażałem sobie zęby rekina jako… no cóż, rekinich rozmiarów — dużych, dramatycznych i idealnych na naszyjnik. Rzeczywistość była zupełnie inna: większość miała mniej niż jeden centymetr długości. Mimo to Catherine postanowiła podarować je wnukom, a ja z radością je przekazałem. Przeskok w przyszłość: Szkraby, co nie było zaskoczeniem, również nie były szczególnie zachwycone tym prezentem.

Środa, 17 kwietnia 2024 roku

Odkrycia na targu farmerskim, nieoczekiwane zwiedzanie starej rezydencji, perfekcja plaży Siesta Beach i steki o zachodzie słońca.

Zwiedzanie Phillippi Estate
Jeszcze przed 9:00 rano poszliśmy do Phillippi Estate Park, aby zobaczyć środowy Farmers’ Market. Po drodze odkryliśmy — zupełnym przypadkiem — że o 10:00 zaplanowane było zwiedzanie rezydencji Phillippi Estate Mansion (27°16'15.9"N 82°31'59.1"W / 27.271083, -82.533083). Skoro los wyraźnie podjął decyzję za nas, przespacerowaliśmy się alejkami, po czym dołączyliśmy do niewielkiej grupy kobiet oczekujących na rozpoczęcie wycieczki.
Na terenie Phillippi Estate
Zwiedzanie okazało się niezwykle interesujące. Dowiedzieliśmy się, że rezydencja jest niemal bez przerwy wynajmowana na wesela, co ma pełne uzasadnienie — jest zarówno elegancka, jak i pięknie położona.
Na terenie Phillippi Estate

Zwiedzanie Phllippi Estate Mansion. Nasza przewodniczka-i odbicie Catherine w lustrze

Phillippi Estate Mansion w Sarasocie na Florydzie została zbudowana w 1916 roku przez chicagowskiego milionera Edsona Keitha Jr. Zaprojektowano ją tak, aby łapała chłodzące bryzy znad morza, i stanowi ważną część historii Phillippi Creek. Sam kanał był intensywnie pogłębiany w celach rolniczych, co doprowadziło do powstania rozległego systemu kanałów, przekształcających ten obszar w tereny uprawne należące do rodziny Palmerów w latach 20. XX wieku.

Po zwiedzaniu przeszliśmy się jeszcze między stoiskami targowymi i wykazaliśmy się godną podziwu powściągliwością: kupiliśmy jednego dużego pomidora (przeznaczonego na lunch) oraz cztery limonki — niezbędne składniki do Margarity, którą zaczęliśmy już traktować jako element wyposażenia domu. Następnie wróciliśmy pieszo do VRBO, gdzie ja zagłębiłem się w lekturę „Wall Street Journal”, a Catherine poszła popływać w basenie.

Jeśli Catherine uważa, że jest dobrym kierowcą, to oto dowód, że TAK NIE JEST: po pierwsze, parkuje na miejscu dla niepełnosprawnych; po drugie, nie potrafi nawet zaparkować w obrębie miejsca parkingowego! Później twierdziła, że zaparkowała tak krzywo celowo: »Jeśli ludzie zobaczą, jak tak parkuję, pomyślą, że JESTEM niepełnosprawna«. Cóż… z pewnością NIE fizycznie…”

Po lunchu i krótkim odpoczynku około 15:00 wyruszyliśmy na słynną plażę Siesta Beach. Plaża była ogromna, z dużą liczbą miejsc parkingowych, doskonałą infrastrukturą i kilkoma punktami gastronomicznymi. Zauważyliśmy szeryfowskie quady patrolujące piasek oraz ratowników na służbie (którzy oficjalnie zakończyli dyżur o 16:45). Woda była spokojna i bezpieczna, co sygnalizowała zielona flaga — zawsze uspokajający widok.

Siesta na plaży Siesta Beach!
Większość plażowiczów była imponująco dobrze przygotowana, z krzesłami, parasolami i rozbudowanymi osłonami przeciwsłonecznymi. My natomiast — nie. Nie przeszkodziło nam to jednak w pełni cieszyć się plażą. Spacerowaliśmy długo, pływaliśmy w wodzie i obserwowaliśmy mewy, sieweczki oraz pelikany zajęte swoimi bardzo poważnymi sprawami plażowymi.
Plaża Siesta Beach
Gdy szykowaliśmy się do wyjścia, odkryliśmy, że dokładnie w miejscu, w którym wcześniej siedzieliśmy, odbywała się darmowa sesja jogi. Obserwowaliśmy ludzi przybywających z matami, wyglądających na spokojnych, elastycznych i zdecydowanie lepiej przygotowanych niż my.

Zdążyliśmy wrócić na czas, by nacieszyć się pięknym zachodem słońca i wreszcie przygotować długo wyczekiwaną kolację: steki, pieczarki i szparagi. Bardzo satysfakcjonujące zakończenie pełnego dnia.

Czwartek, 18 kwietnia 2024 roku

Dmuchawy do liści o świcie, spotkania z dziką przyrodą, pętle trolejbusowe i idealnie wyczekany zachód słońca.

Rezerwat Red Bug Slough Preserve

Już o 8:00 rano okolica była w pełni rozbudzona. Dmuchawy do liści ryczały, kosiarki brzęczały, a żeby dopełnić symfonię, właściciel VRBO zaczął pracować młotem kowalskim przy nabrzeżu. Tyle ze Spokojnego Raju! Było jasne, że czas się ewakuować.

Rezerwat Red Bug Slough Preserve

Catherine zebrała się w rekordowym tempie i ruszyliśmy do Red Bug Slough Preserve — 72 ­- akrowego rezerwatu przyrody, będącego pozostałością dzikiej Florydy wciśniętej w podmiejską Sarasotę. Na terenie rezerwatu znajdowały się liczne szlaki piesze, niewielki plac zabaw, zadaszenia piknikowe oraz pomost wędkarski. Miejsce było blisko, a choć znaczna część trasy była otwarta, gorąca i nasłoneczniona, spacer zdecydowanie był tego wart.

Po drodze spotkaliśmy kobietę spacerującą z psem husky, która niedawno przeprowadziła się z Maryland, oraz zaobserwowaliśmy sporo dzikiej fauny: wiele żółwi, kilka jaszczurek i dwa czarne węże, każdy o długości około jednego metra. Trzymaliśmy się na dystans — one nas, my je — wzajemny szacunek obowiązywał po obu stronach.

Rezerwat Red Bug Slough Preserve-czarny wąż
Wróciliśmy do VRBO około południa, gdzie Catherine przygotowała lunch i — oczywiście — Margarity. Po krótkim odpoczynku ponownie wyjechaliśmy o 15:00, tym razem na South Lido Beach. Po zaparkowaniu wsiedliśmy do darmowego Sarasota Trolley, który zabrał nas na pętlę przez centrum Sarasoty wzdłuż Main Street i z powrotem do parku.
Sarasota
Przejażdżka spodobała nam się tak bardzo, że zostaliśmy na niej aż trzy pełne okrążenia. Nasz kierowca, Jay, puszczał swoją ulubioną muzykę, co tylko umilało jazdę. Rozmawialiśmy z nim o amerykańskiej polityce, świecie, który często wydaje się płonąć, oraz o wielu poważnych wypadkach samochodowych, których był świadkiem przez lata. Gdy w końcu wysiedliśmy, hojnie daliśmy napiwek i pożegnaliśmy się.
Trolley w Sarasocie
Wyjęliśmy napoje z samochodu i usiedliśmy na ławce w parku, naprzeciw zatoki lub kanału rozświetlonego blaskiem zachodzącego słońca. Chwila była idealnie wyczuta — jeden z tych drobnych, nieplanowanych momentów, które podróże przynoszą wtedy, gdy najmniej się ich spodziewasz.

Przed zapadnięciem zmroku wróciliśmy do VRBO, gdzie przygotowaliśmy na grillu mrożone fish and chips z Aldi’s (dowód na to, że nie każdy posiłek musi być wykwintny), i spędziliśmy wieczór, podziwiając piękny zachód słońca oraz spokojny widok świateł odbijających się w wodzie kanału.

Piątek, 19 kwietnia 2024 roku

Długie spanie, tablice ostrzegające przed aligatorami, edukacyjne przyciski alarmowe, tłumy na plaży o zachodzie słońca i doskonałe tanie wino.

Oboje pospaliśmy dłużej — zwłaszcza Catherine, która dotrwała aż do 8:30. Postanowiliśmy pominąć Arlington i Rothbahn Parks, uznając jeden za zbyt skomercjalizowany, a drugi po prostu za zbyt oddalony. Zamiast tego wróciliśmy do pobliskiego Phillippi Park, gdzie z dumą spędziłem około dziesięciu minut prowadząc Toyotę RAV4 pod czujnym okiem Catherine, po czym oddałem kierownicę. Jako że to ona była odpowiedzialna za wszelkie uszkodzenia auta, absolutnie nie życzyła sobie, abo ktokolwiek inny prowadził „jej” samochód.

Przeszliśmy trasę Hammock Loop Trail — bujną, tropikalną, częściowo zacienioną i bardzo mile widzianą przy temperaturze powyżej 30°C. Po godzinie wróciliśmy do VRBO na pływanie, czytanie, lunch i perfekcyjnie wykonany relaks.

O 15:00 pojechaliśmy do Oscar Scherer State Park. Od razu zaskoczył nas fakt, że wszystkie miejsca kempingowe były zajęte — włącznie z drogimi namiotami typu glamping. Stanowiska nad rzeką oznaczone były jaskrawozielonymi tablicami ostrzegającymi przed aligatorami, które brzmiały mniej jak informacja, a bardziej jak osobiste wyzwanie. Catherine natychmiast oświadczyła, że nigdy nie biwakowałaby tu w namiocie — tylko w kamperze. Być może była to też ukryta aluzja, abym zakupił kamper, domek kempingowy na kółkach?

Przeszliśmy krótki Lester Finley Trail wzdłuż rzeki, na którym znajdowały się niewielkie metalowe skrzynki z przyciskami. Założyliśmy, że to punkty alarmowe na wypadek spotkania z aligatorem. W końcu Catherine nacisnęła jeden z nich i zamiast pomocy usłyszeliśmy nagranie edukacyjne o lokalnym ekosystemie. Ucieszyłem się, że nie była to prawdziwa sytuacja awaryjna — bycie zjedzonym przez aligatora podczas wykładu o jego diecie byłoby wyjątkowo ironicznym doświadczeniem. Później siedzieliśmy na pomoście wędkarskim, licząc na zobaczenie aligatora, ale najwyraźniej przebywały gdzie indziej.

Pojechaliśmy dalej na plażę Nokomis Beach, by obejrzeć zachód słońca. Piasek nie był może na poziomie Siesta Beach, ale i tak było bardzo przyjemnie. Podobno można tam znaleźć zęby rekina, ale poszukiwania skarbów odłożyliśmy na inne życie. Do domu wróciliśmy około 20:15, porozmawialiśmy z gospodarzami, Johnem i Teresą, i zjedliśmy kolację w stylu hawajskim, popijając znakomite czerwone wino za $3,99 — dowód na to, że szczęście nie musi być drogie.

Sobota, 20 kwietnia 2024 roku

Spacer na cmentarzu, wiersz, aligatory, odwaga pod baldachimem drzew, chaos trolejbusowy i legendarna jazda Catherine.

Park Stanowy Myakka River State Park

Nasz ostatni pełny dzień w Sarasocie był kolejnym pięknym dniem. Mimo wczesnej pobudki wyruszyliśmy dopiero późnym rankiem. Catherine pływała i ćwiczyła jogę, ja natomiast czytałem weekendowe wydanie „Wall Street Journal” — każde z nas w pełni oddane własnemu programowi dbania o dobrostan.

Park Stanowy Myakka River State Park

Pojechaliśmy na cmentarz Sarasota Memorial Cemetery — tak blisko, że jazda samochodem wydawała się nieco zbędna, ale usprawiedliwiał ją upał. Cmentarz był spokojny i niezwykle malowniczy, wszędzie zwisał hiszpański mech. Spacerowaliśmy między niszami i ławkami, czytając nazwiska, daty i wiersze. Jedna inskrypcja szczególnie zapadła nam w pamięć; późniejsze poszukiwania wykazały, że opierała się na utworze Henry’ego Van Dyke’a I Am Standing Upon the Seashore *, który zamieszczam na samym końcu. Świadomość, że grób należał do Stephena E. Fahrera, który zmarł w 2008 roku w wieku 34 lat po długiej walce z ALS, nadała wizycie głęboko poruszający wymiar.

Park Stanowy Myakka River State Park

Potem przyszła pora na zakupy: Trader Joe’s po piwo IPA, Indian Pale Ale (słodkie, ale zdecydowanie IPA), ser Cotija (podobno ekskluzywny produkt Trader Joe’s) oraz uspokajające odkrycie, że wszystkie nasze ulubione sklepy czekają na nas w Clearwater. Następnie Aldi’s i lunch w domu.

Park Stanowy Myakka River State Park

Ponieważ gospodarze spodziewali się dużego spotkania przy kolacji, uciekliśmy do Myakka River State Park. Po drodze mijaliśmy pola uprawne z kozami i krowami. Na terenie parku nieplanowany skręt doprowadził nas do pierwszych spotkań z aligatorami podczas całej podróży — dwóch z nich, entuzjastycznie przyjmujących chleb od miejscowego mieszkańca, który co chwilę upewniał się, że nie jestem strażnikiem parku. Zwracał się do nas per „madam” i „sir”, co Catherine uznała za nieskończenie zabawne.

Park Stanowy Myakka River State Park-Canopy Walk

Następnie zmierzyliśmy się z canopy walk (na ścieżce w koronach drzew). Wbrew własnym oczekiwaniom przeszedłem przez wiszący most i wspiąłem się na wieżę o wysokości 76 stóp (23 m.) — a potem bezpiecznie zszedłem — rozmawiając po drodze z innymi odwiedzającymi, od kaskaderów po wesołych podróżników LGBTQ w pełnych tęczowych barwach.

Park Stanowy Myakka River State Park-Canopy Walk

Park Stanowy Myakka River State Park

Dalej wzdłuż parkowej drogi zauważyliśmy co najmniej tuzin aligatorów wygrzewających się na brzegach rzeki i pływających, a także ptaki i jelenie (27°14'44.1"N 82°18'24.8"W / 27.245583, -82.306889). Całość miała zaskakująco afrykański klimat. Gdy zbliżał się zachód słońca, wyjechaliśmy w kierunku Siesta Beach, złapaliśmy trolejbus wśród głośnej muzyki i podchmielonych pasażerów, by w końcu mieć całą trasę powrotną tylko dla siebie.

Po powrocie do VRBO pożegnaliśmy się z Johnem i Teresą, pogłaskaliśmy psa Shadowa, zjedliśmy lekką kolację i wznosiliśmy toast „The Winking Owl” za udaną podróż.

Na koniec kilka słów o prowadzeniu samochodu przez Catherine: jej umiejętności były absolutnie godne podziwu. W pewnym momencie przejechała nawet przez krótką chwilę pod prąd lewym pasem, wprawiając w osłupienie okolicznych kierowców — być może zastanawiali się, czy w Luizjanie (bowiem samochód posiadał rejestrację z tego właśnie stanu) obowiązują brytyjskie zasady ruchu drogowego. Ponieważ Catherine wolała prowadzić, nie oponowałem i bez problemu przyjąłem rolę nawigatora i również udzielałem wsparcie moralnego. W każdym razie przeczytała wcześniej, że Floryda ma jednych z najgorszych kierowców w USA, więc uznała, że idealnie pasowała do tego stanu!

Niedziela, 21 kwietnia 2025 roku

Pożegnanie z „Spokojnym” (a raczej NIESPOKOJNYM) Rajem, most Sunshine Skyway Bridge, spotkanie ze scjentologią, przyjazd nad zatokę Clearwater.

Żuraw był częstym gościem w naszej nowej lokacji

Dziś był dzień wyjazdu z naszego bardzo Spokojnego Raju — choć Catherine uparcie nazywała go raczej NIE-tak-spokojnym rajem. Pożegnaliśmy się już poprzedniego wieczoru, ponieważ właściciele wyjeżdżali wcześnie rano do kościoła. Catherine wykonała swoje ćwiczenia i popływała jeszcze ostatnie okrążenie w basenie, po czym spakowaliśmy się i bardzo dokładnie wysprzątaliśmy cały dom, mimo dość zaporowej opłaty za sprzątanie w wysokości 170 dolarów

Zanim wyjechaliśmy, zrobiłem jeszcze krótki film o VRBO, w którym spędziliśmy ponad tydzień:


Gdy wszystko było gotowe, zaprogramowaliśmy w nawigatorze satelitarnym kolejny cel: Clearwater Beach.

Most Sunshine Skyway Bridge
Niestety trasa nie była dokładnie tą malowniczą nadmorską drogą, którą wyobrażała sobie Catherine, ale za to pozwoliła nam zajrzeć w głąb hrabstwa Pinellas. Zatrzymaliśmy się na parkingu wypoczynkowym przed mostem płatnym Sunshine Skyway Bridge, zrobiliśmy piknik i skorzystaliśmy z udogodnień — a konkretnie z toalet. Znajdowały się one na szczycie rampy, która sprawiała wrażenie co najmniej piętnastometrowej, i miały solidne stalowe drzwi z potężnymi zamkami. Catherine doszła do wniosku, że wszystkie publiczne toalety na Florydzie są raczej obrzydliwe — i była przy tym zadziwiająco stanowcza. Zapłaciliśmy 2,75 dolara myta gotówką i przejechaliśmy przez spektakularny Sunshine Skyway Bridge, który w pełni zasłużył na swoją reputację.
Kościół Scjentologiczny w Clearwater, jeden z największych w USA
Niestety zamiast skręcić w lewo w Gulfshore Drive, pojechaliśmy prosto autostradą nr 19. Zaprowadziło nas to w samo serce tego, co mogę określić jedynie jako „Floryda zwykłych ludzi”. Ominęliśmy St. Petersburg i przejechaliśmy przez centrum Clearwater, gdzie naszym oczom ukazał się ogromny, pałacowy budynek zwieńczony krzyżem. Później odkryłem, że była to główna siedziba osławionego Kościoła Scjentologicznego. Podobno wiele lat temu kościół kupił około 200 akrów w centrum miasta, w tym ten reprezentacyjny budynek, który niegdyś był kultowym hotelem. Catherine skojarzyło się to z mormońskim kampusem w Salt Lake City i głośno zastanawiała się, czy organizują tam zwiedzanie.
Catherine w naszym motelu w Clearwater-nad nią widać okna naszego pokoju-super lokacja!

Do miejsca noclegu trafiliśmy dość łatwo, choć Catherine zaczęła się niepokoić, gdy instrukcje do zamka szyfrowego VRBO wciąż nie nadchodziły. Cudownym zrządzeniem losu — dokładnie w chwili, gdy zaparkowaliśmy — kod i instrukcje pojawiły się na jej telefonie. Był to motel 629 Bay Motel, [629 Bay Motel, 629 Bay Esplanade, Clearwater Beach, FL 33767, USA (27°16'14.2"N 82°31'34.3"W / 27.270611, -82.526194)]. Byliśmy z zakwaterowania bardzo zadowoleni. Nasz pokój (nr 5B) miał okna wychodzące na zatokę oraz tarasowy pomost wyposażony w duży stół, krzesła i dwa leżaki. Motel oferował darmowe Wi-Fi, które stało się moim jedynym łącznikiem ze światem, ponieważ mój telefon komórkowy nie działał w Stanach Zjednoczonych. Był to stary motel w stylu „starej Florydy” — czysty, jasny, z białym wnętrzem i w pełni wystarczającą kuchnią, co pozwoliło nam zaoszczędzić fortunę na jedzeniu na mieście. Unosił się tam delikatny zapach stęchlizny (najpewniej efekt dawnych powodzi po huraganach połączonych z florydzką wilgocią), więc otworzyliśmy okna i pozwoliliśmy świeżemu powietrzu zrobić swoje. Za 5 nocy zapłaciliśmy około 650 dolarów.

W jednej minucie są na skuterach...
Siedząc na pomoście, zauważyłem grupę ludzi na skuterach wodnych po drugiej stronie niewielkiej zatoki. Działali z wypożyczalni Idle Speed Watersports Jet Ski Rentals & Tours. Przez chwilę rozważałem dołączenie do jednej z ich wycieczek, ale mój entuzjazm był umiarkowany — a cena dość wysoka. 
...a w drugiej minucie w wodzie! Jak to się stało???
Kilka godzin później zobaczyłem tę samą grupę wracającą i nagle jeden ze skuterów… wywrócił się! Do dziś nie mam pojęcia, jak im się to udało, zwłaszcza zaledwie kilka metrów od pomostu. Przypomniało mi to historię, którą kiedyś widziałem w telewizji — o nastolatce, która w jakiś niewytłumaczalny sposób przewróciła swój samochód… na własnym podjeździe przed domem. Była strasznie zawstydzona, a nikt nie potrafił zrozumieć, jak tego dokonała.
Przepiękne miejsce do spożywania posiłków!
Popołudnie było pochmurne i stosunkowo chłodne. Pojechaliśmy do Aldi’s na ostatnie większe zakupy — uzupełniając zapasy koszmarnie drogiego czerwonego wina Winking Owl oraz naszych niezawodnych dań do mikrofalówki. Wieczór był spokojny, podobnie jak noc. Spaliśmy dobrze i bez żadnych zakłóceń.

Poniedziałek, 22 kwietnia 2024 roku

Wietrzny poranek, motelowe historie, przypadkowy przystanek na drzemkę, anty-turystyczne Tarpon Springs.

Nasz motel w Clearwater
Wstaliśmy bardzo wcześnie. Było wietrznie i zanosiło się na deszcz. Catherine ćwiczyła Tai Chi jogę, a potem poszła sprawdzić plażę, podczas gdy ja zagłębiłem się w lekturze „Wall Street Journal”. Do połowy popołudnia kręciliśmy się wokół motelu i mieliśmy okazję porozmawiać z managerem obiektu — bardzo sympatyczną blondynką, rodowitą Florydianką. Opowiedziała nam, że kiedyś sama zatrzymała się w tym motelu jako gość — dokładnie w naszym pokoju — a później zaprzyjaźniła się z właścicielką (podobno polskiego pochodzenia), co ostatecznie doprowadziło do zatrudnienia jej na tym stanowisku. Wspomniała też, że znalezienie personelu sprzątającego jest niezwykle trudne — co wcale nas nie zdziwiło.
Widok z naszego motelu w Clearwater
Catherine poprosiła o blender, który późnym popołudniem pojawił się w zaplombowanym kartonie z Walmart, niczym dar od jakiejś dobroczynnej wróżki handlowej.
Nasz Bay Motel w Clearwater i Toyota RAV4
W końcu ruszyliśmy w kierunku Tarpon Springs, zatrzymując się po drodze w Dunedin — miejscu, gdzie Toronto Blue Jays odbywają wiosenne treningi. Catherine spacerowała po nabrzeżu, a ja kręciłem się w pobliżu. Po ponownym ruszeniu w drogę Catherine zrobiła się senna, więc zanim dotarliśmy do Tarpon Springs, zjechaliśmy na teren St. Petersburg College, zaparkowaliśmy w cieniu i ucięliśmy sobie w pełni godną, godzinną drzemkę.

Gdy wreszcie dotarliśmy do Tarpon Springs, okazało się, że wygląda ono jak przesadnie drogi i nadmiernie turystyczny port z silnymi greckimi wpływami oraz absurdalnie drogim parkingiem. Pojechaliśmy więc dalej i w końcu trafiliśmy do znacznie bardziej autentycznej, robotniczej części miasta — z antycznie wyglądającymi łodziami, sieciami rybackimi i wyraźnym poczuciem prawdziwego życia. Zauważyłem restaurację Tiki Bar z pustym parkingiem i z nadzieją zjechaliśmy na teren obiektu. Niestety restauracja była zamknięta w poniedziałki, ale na zewnątrz stał rząd krzeseł z widokiem na spokojny kanał wodny. Posiedzieliśmy tam przez chwilę, a Catherine nawiązała rozmowę z interesującą kobietą, która dziesięć lat wcześniej przeprowadziła się z Filadelfii na Florydę. Pracowała jako dekoratorka tortów i kupiła apartament przy Sunset Beach.

W końcu wróciliśmy do pokoju na późny zachód słońca, kieliszek wina i kolację na tarasie. Później wieczorem głośna grupa zajęła „nasze” miejsce, ale około północy ktoś poprosił ich o ciszę — i natychmiast się wynieśli. Porządek został przywrócony.

Wtorek, 23 kwietnia 2024 roku

Przejażdżka Jolly Trolley, leniwe popołudnie, ślady huraganu, idealny zachód słońca.

Zachód słońca w naszym motelu w Clearwater
Dzień rozpoczął się jasno i słonecznie. Zeszliśmy na główną ulicę — Mandalay Boulevard — i wsiedliśmy do trolejbusu, który kursował jedynie do Island Parkway i z powrotem. Było to bardzo przyjemne, a na pokładzie było niewiele osób. Był to Jolly Trolley i, co zabawne, przejeżdżał dosłownie dwa metry od naszego motelu — i naszego samochodu. Mimo to postanowiliśmy wysiąść na Main Street i wrócić pieszo, wyłącznie dla samej przyjemności spaceru.
Clearwater
Po smacznym lunchu na tarasie ucięliśmy sobie drzemkę, potem wypiliśmy kawę w pokoju i ruszyliśmy samochodem na południe, mijając St. Pete Beach w kierunku Pass-a-Grille. Po drodze przejeżdżaliśmy przez liczne nadmorskie miejscowości i obok imponującej liczby rezydencji przy samej plaży. Zatrzymaliśmy się na Sunset Beach, by przejść się po kładce, tylko po to, by odkryć, że była zamknięta z powodu zniszczeń spowodowanych ubiegłorocznym huraganem. Porozmawialiśmy tam z dwiema kobietami; jedna z nich pochodziła z Ontario i studiowała w Glendon College w Toronto — części uniwersytetu York University, znanej z francuskojęzycznego profilu.
Clearwater
Wróciliśmy tą samą trasą, zatrzymując się na chwilę w Dollar Tree (trudno nie wstąpić to tego sklepu), i dotarliśmy z powrotem do motelu dokładnie na czas idealnego zachodu słońca. Oczywiście był to moment na kieliszek wina i sesję zdjęciową. Zwieńczyliśmy dzień pyszną, sycącą kolacją — kończąc kolejny naprawdę udany dzień na Florydzie.

Środa, 24 kwietnia 2024 roku

Delfin podczas śniadania, epicka przejażdżka trolejbusem (z niezamierzonym zwiedzaniem), strefa scjentologii w Clearwater, ślub na plaży o zachodzie słońca i wino na pomoście 🍷

Kolejny piękny dzień w apartamencie Bay Motel, numer 5B. Siedząc na pomoście przed naszym pokojem i delektując się spokojnym porankiem, zostaliśmy nagrodzeni niespodziewaną wizytą delfina, który leniwie przepływał przez zatokę. Chwilę później dołączyły do nas dwie inne gościnie motelu — młode kobiety pochodzące z Libanu, obecnie mieszkające w Waszyngtonie. Kiedy wspomniałem o naszych podróżach na Kubę, natychmiast powiedziały, że odwiedzenie tego kraju jest wysoko na ich liście marzeń. Rozwinęła się żywa, dziesięciominutowa rozmowa o podróżach, historii i samej wyspie, po której wręczyłem im swoją wizytówkę z linkami do moich licznych kubańskich blogów.Następnie ruszyliśmy na przystanek, by złapać trolejbus jadący w kierunku południowych plaż — który, jak na złość (a raczej na szczęście), nadjechał dokładnie w chwili, gdy dotarliśmy na miejsce. Wskoczyliśmy do środka i rozpoczęliśmy przejażdżkę, która okazała się ponad dwugodzinną przygodą. Ten trolejbus różnił się od pozostałych: okien nie dało się otworzyć, układ siedzeń był nietypowy — z podwyższoną częścią z tyłu — a na końcu znajdowały się tylne drzwi wyjściowe.

Myślałem, że piraci występują tylko u wybrzeży Somalii. Najwyraźniej jednak nie — ten piracki statek czaił się blisko plaży, czekając na przypływ, by nagle zaatakować plażowiczów i ograbić ich z kosztowności. Dlatego cały czas miałem ten statek na oku!

Trasa była dość myląca. Najpierw pojechaliśmy na północ, potem zawróciliśmy, następnie ruszyliśmy w stronę Pier 60 i niemal tą samą drogą, którą dzień wcześniej pokonaliśmy samochodem. Później trolejbus wykonał kolejny nawrót przy St. Pete Beach, kierując się z powrotem na północ, co oznaczało, że w ogóle nie dotarliśmy do Pass-a-Grille — urokliwej miejscowości na samym końcu mierzei. Catherine była przekonana, że wracamy w stronę Mandalay Drive, lecz zamiast tego skręciliśmy w kierunku miasta Clearwater i zatrzymaliśmy się na dość obskurnym dworcu autobusowym — dokładnie naprzeciw ogromnego kompleksu scjentologicznego (27°57'48.1"N 82°47'57.3"W / 27.963361, -82.799250).

Budynek Kościoła Sajentologii
Catherine odważnie skorzystała z tamtejszej toalety publicznej, po czym ogłosiła, że było to najgorsze WC, z jakim zetknęła się od czasów mieszkania w Europie — a to wyróżnienie nie jest przyznawane pochopnie. Czekając, obserwowałem nieustanny strumień niemal identycznie wyglądających osób, przypominających stewardesy linii lotniczych, podchodzących do budynku scjentologii. Po kilkusekundowym, milczącym oczekiwaniu przed wejściem każda z nich była wpuszczana do środka.

Kierowca autobusu wyjaśnił Catherine, że Kościół Scjentologiczny wykupił większość nieruchomości w centrum Clearwater, w tym wiele dawnych lokali handlowych, które dziś funkcjonują jako atrapy witryn bez jakiejkolwiek realnej działalności. Wskazał również imponującą flotę tzw. „flag buses”, służących do transportu członków kościoła, oraz zabytkowy Harrison Hotel, w którym — jak się twierdzi — zatrzymują się scjentologiczni dostojnicy.

Catherine obserwuje zachód słońca na plaży w Clearwater
Następnie przejechaliśmy z powrotem przez groblę i Catherine była przekonana, że wracamy na nasz pierwotny przystanek. Ku jej rosnącemu niedowierzaniu przejechaliśmy jednak przez rondo i ruszyliśmy na południe — z powrotem w stronę St. Pete Beach. W tym momencie poprosiła kierowcę, by wysadził nas przy Pier 60. Stamtąd wróciliśmy pieszo do naszego pokoju, w pełnym upale dnia, docierając na miejsce dopiero około 14:00.
Zazwyczaj na plaży pojawia się wiele osób, aby obserwować przepiękne zachody słońca
Po powrocie zjedliśmy szybki lunch, zakończony Margaritą i natychmiast zasnęliśmy, budząc się dopiero około 16:30. Po tej niezbędnej regeneracji ruszyliśmy na plażę, oddaloną zaledwie o pięć minut spaceru. Rozstawiliśmy nasze „znalezione” krzesła i parasol, a w nagrodę otrzymaliśmy absolutnie zachwycający zachód słońca, z pirackim statkiem i żaglówką zarysowanymi na tle nieba. Byliśmy również świadkami ślubu na plaży oraz bardzo entuzjastycznej — i głośnej — sesji zdjęciowej pewnej rodziny.

Gdy słońce zanurzyło się w wodach Zatoki Meksykańskiej, zapadł mrok i — podobnie jak większość plażowiczów — wróciliśmy do naszego stołu na pomoście. Tam delektowaliśmy się kieliszkiem wina i kolacją. Ja pozostałem na zewnątrz aż do około 22:30, po czym w końcu wycofałem się do środka, ponieważ wieczorne powietrze wyraźnie się ochłodziło.

Czwartek, 25 kwietnia 2024 roku

Wschód słońca nad pomostem, delfiny, wężowe ptaki z bliska, uliczny teatr przy Pier 60 i nasz ostatni florydzki zachód słońca.

Catherine obudziła się o 6:30 rano, by podziwiać niesamowity wschód słońca. Stała na pomoście z kawą w ręku, ciesząc się spokojną chwilą, gdy niebo nad zatoką powoli zmieniało kolory. Początkowo planowaliśmy pojechać nadbrzeżnym trolejbusem do Tarpon Springs, wysiąść tam i zjeść grecki lunch przy porcie, ale wszystko wydawało się zbyt skomplikowane — zwłaszcza spacer na przystanek na grobli. Ostatecznie zdecydowaliśmy się spędzić nasz ostatni pełny dzień, po prostu delektując się pomostem i najbliższą okolicą.

Catherine wykonywała swoje ćwiczenia, podczas gdy ja prowadziłem rozmowę wideo na żywo z Krzysztofem, moim przyjacielem z Polski. W trakcie rozmowy nagle zauważyłem przepływającego delfina. Krzysztof również go zobaczył — przez kamerę — co uczyniło to międzynarodowym, dość surrealistycznym spotkaniem z dziką przyrodą. Szybko zawołałem Catherine, która także zdążyła zobaczyć delfina sunącego wzdłuż krawędzi pomostu. Oprócz tego zaobserwowałem kilka wężówek amerykańskich (Anhinga anhinga), zwanych czasem „ptakami-wężami”.

Słowo anhinga pochodzi od brazylijskiego terminu a'ñinga w języku Tupi i oznacza „diabelski ptak” lub „ptak-wąż”. Źródło tej nazwy staje się oczywiste, gdy ptaki pływają: ponad wodą wystaje jedynie ich szyja, co sprawia wrażenie węża gotowego do ataku. Dokładnie takie zachowanie miałem okazję zaobserwować.

Wężówki amerykańskie, anhingi — w przeciwieństwie do kaczek, rybołowów czy pelikanów, które pokrywają pióra olejem z gruczołu kuprowego — nie mają wodoodpornych piór. W rezultacie ich ciała nasiąkają wodą podczas nurkowania, a lotki są tylko nieznacznie mniej nasiąkliwe. To tłumaczy ich charakterystyczny zwyczaj wygrzewania się na słońcu z szeroko rozłożonymi skrzydłami. Gęste kości, mokre upierzenie i neutralna pływalność pozwalają im całkowicie zanurzać się podczas polowania pod wodą. Jednak anhingi nie są w stanie przelecieć żadnego znaczącego dystansu z mokrymi piórami; gdy próbują, intensywnie machają skrzydłami, „biegnąc” po powierzchni wody na krótkim odcinku — zwykle w celu ucieczki przed potencjalnym zagrożeniem.

Podobnie jak kormorany, często siadają na powalonych drzewach, pniach lub skałach w pobliżu brzegu, z rozpostartymi skrzydłami i piórami rozłożonymi półkoliście, odwrócone plecami do słońca. Taka postawa pomaga im wysuszyć pióra i nagrzać ciało. Ponieważ anhinga w tej pozycji przypomina samca indyka, zyskała potoczne nazwy „wodny indyk” lub „bagienny indyk” (Wikipedia).

Po drzemce ponownie udaliśmy się na pobliską plażę, tym razem już odpowiednio wyposażeni: krzesła plażowe, parasol i napoje. Było nieco chłodniej niż dzień wcześniej, ale zachód słońca był równie spektakularny. Catherine poszła w przeciwnym kierunku, ku Pier 60, gdzie natknęła się na tłum zgromadzony wokół ulicznego występu. Ludzie byli wyciągani z publiczności do udziału w pokazie breakdance’u. Wśród nich znalazł się młody sobowtór Elona Muska — co najmniej 35 lat młodszy — który niemal się nie uśmiechnął. Mimo stoickiego występu otrzymał certyfikat i banknot 20-dolarowy, który bardzo dokładnie obejrzał, upewniając się, że nie jest fałszywy.

Po raz kolejny zrobiliśmy zdjęcia sylwetek na tle znikającego słońca. Niedaleko młoda kobieta poprosiła, czy może pożyczyć mój kanadyjski kapelusz Tilley do swojej sesji zdjęciowej. Okazało się, że urodziła się w Massachusetts, ale jej matka była Polką i mieszkała w Warszawie — kolejny dowód na to, jak mały bywa świat.

Po zachodzie słońca, jak wszyscy, wróciliśmy do naszego motelu Bayview i szybko zasiedliśmy przy stole na pomoście, by delektować się kieliszkiem wina i naszą ostatnią kolacją na Florydzie. Wcześniej Catherine odprawiła nas przez telefon na lot Sun Country 1914, odlatujący następnego dnia o 12:40 do Minneapolis. Sprawdziła również czas dojazdu na lotnisko St. Petersburg/Clearwater (PIE) i zdecydowała, że spakujemy się rano i wyjedziemy o 9:30.

Piątek, 26 kwietnia 2024 roku

Wczesne pakowanie, sprawny wyjazd, początek transportu lotniczego, rozpoznanie kapelusza Tilley, wysłane pocztówki i głośny lot powrotny do rzeczywistości.


Wstaliśmy wcześnie, by posprzątać i spakować się przed wylotem o 12:40 z lotniska PIE (St. Petersburg/Clearwater). Był to kolejny piękny dzień na Florydzie, ale zbliżający się termin wymeldowania o 10:00 sprawił, że wyjechaliśmy już o 9:30. Droga na lotnisko była krótka i bezproblemowa, zwrot samochodu przebiegł szybko i sprawnie, a my z walizkami w rękach dotarliśmy do terminalu, czując sporą satysfakcję z doskonałego wyczucia czasu.

Wewnątrz międzynarodowego lotniska St. Petersburg–Clearwater natknąłem się na bardzo interesującą historyczną tablicę pamiątkową, upamiętniającą początek regularnego transportu lotniczego:

MIEJSCE NARODZIN REGULARNEGO TRANSPORTU LOTNICZEGO

Wszechobecny przemysł lotniczy, który dziś opasuje całą Ziemię, narodził się w hrabstwie Pinellas na Florydzie 1 stycznia 1914 roku, kiedy linia St. Petersburg–Tampa Airboat Line rozpoczęła regularne, rozkładowe przewozy pasażerskie i towarowe pomiędzy tymi miastami.

Tutaj, na terenie hrabstwa, Thomas W. Benoist, pionier budowy samolotów, po raz pierwszy udowodnił światu, że zdumiewający nowy wynalazek — maszyna latająca — może zostać wykorzystany dla dobra ludzkości.

Dedykowane 12 października 1957 roku przez hrabstwo Pinellas na Florydzie dla linii St. Petersburg–Tampa Airboat Line.
Thomas W. Benoist, konstruktor samolotów
Percival E. Fansler, dyrektor generalny
Antony Jannus, pilot
Jay Dee Smith, główny inżynier
A. C. Pheil, pierwszy pasażer
oraz
wszystkim liniom lotniczym świata

Podczas oczekiwania rozmawialiśmy z Amerykaninem, który natychmiast rozpoznał mój kanadyjski kapelusz Tilley — co po raz kolejny dowiodło, że dobry kapelusz to zarówno element stylu, jak i doskonały pretekst do rozmowy. Zrobił nam nawet zdjęcie. Potężny i po zęby uzbrojony szeryf hrabstwa Pinellas wskazał nam skrzynkę pocztową USPS, sprytnie ukrytą za zamkniętymi drzwiami, gdzie wysłałem moje pocztówki — dziwnie satysfakcjonujący, ostatni rytuał przed opuszczeniem Florydy.

Bez problemów dotarliśmy do bramki, a wkrótce potem znaleźliśmy się w powietrzu, lecąc z powrotem na lotnisko Minneapolis–Saint Paul. Lot trwał dokładnie trzy godziny i był tak głośny, że rozbolała mnie głowa — być może był to sposób, w jaki mój organizm protestował przeciwko końcowi wakacji. Po przylocie odebrał nas bus Southwest Prime Transportation i za 10 dolarów od osoby zostaliśmy dowiezieni prosto pod podjazd domu Catherine — z powrotem do deszczowej Minnesoty, co stanowiło dramatyczny, lecz bardzo wymowny kontrast wobec słońca, które właśnie zostawiliśmy za sobą.

Podsumowanie całej podróży

Ta florydzka wyprawa okazała się znacznie bogatsza i bardziej różnorodna, niż się spodziewaliśmy. To, co zaczęło się jako ucieczka w ciepło i świętowanie urodzin Catherine, stopniowo przerodziło się w podróż pełną spotkań z dziką przyrodą, spontanicznych rozmów, kulturowych osobliwości, historycznych niespodzianek i chwil cichej refleksji.

Sarasota zaoferowała nam idealną równowagę między naturą a komfortem: kanały i plaże, parki stanowe i targi farmerskie, zacienione ścieżki i palące słońce. Spacerowaliśmy wśród hiszpańskiego mchu i epifitów, obserwowaliśmy delfiny i anhingi oraz spotykaliśmy aligatory — zawsze z bezpiecznej odległości. Odkryliśmy, że dzika przyroda Florydy często pojawia się wtedy, gdy najmniej się jej spodziewasz — czasem tuż za oknem, czasem w trakcie rozmowy wideo z Europą, ale na szczęście nigdy w basenie.

Clearwater nadało podróży zupełnie inny rytm: poranki nad zatoką, przejażdżki trolejbusem, długie zachody słońca nad Zatoką Meksykańską i osobliwą atmosferę miasta po cichu przekształcanego przez obecność scjentologii. Motel Bayview, z pomostem, zachodami słońca i otwartą wodą, stał się miejscem w pierwszym rzędzie do obserwowania codziennego życia zatoki — skuterów wodnych, delfinów, sesji ślubnych i powoli sunących łodzi.

Przez całą podróż równie mocno zapadały w pamięć drobne ludzkie interakcje, co same krajobrazy: krótkie rozmowy z nieznajomymi, wspólne obserwacje, nieoczekiwana życzliwość i delikatna świadomość, że podróżowanie często polega bardziej na słuchaniu niż na patrzeniu. Niezależnie od tego, czy był to rybak wyciągający rekina, kierowca autobusu tłumaczący osobliwości Clearwater, czy ktoś, kto rozpoznał znoszony kapelusz — te chwile spinały kolejne dni w spójną całość.

Ostatecznie ta podróż nie była tylko o florydzkich plażach czy słońcu, lecz o zwolnieniu tempa, obserwowaniu i cieszeniu się przywilejem czasu — czasu na spacery, czytanie, rozmowy, pływanie i zwykłe siedzenie nad wodą, gdy słońce co wieczór zmieniało jej kolor. Ta podróż była absolutnie warta zachodu.

Jeśli chodzi o koszty, wydaliśmy co najmniej 2300 dolarów na noclegi, ponad 700 dolarów na wynajem samochodu, 100 dolarów na paliwo i opłaty drogowe, ponad 500 dolarów na bilety lotnicze (wraz z bagażem rejestrowanym) oraz co najmniej 700 dolarów na jedzenie (choć zgodziliśmy się, że posiadanie kuchni w obu miejscach pozwoliło nam zaoszczędzić sporo pieniędzy — w przeciwnym razie musielibyśmy jeść na mieście kilka razy dziennie). Łącznie cała podróż kosztowała nas około 4000 dolarów amerykańskich, czyli 2000 dolarów na osobę. Nic dziwnego, że Catherine powiedziała, iż bardzo pokochała tę wyprawę, choć jednocześnie uznała, że Kuba była znacznie lepszą okazją. I z tym w pełni się zgadzam.

Również zrobiłem szybki, 2 minutowy film na temat Florydy:


_______________________________________________________________

* Stoję na brzegu morza

Stoję na brzegu morza. Statek obok mnie
rozpościera białe żagle na wietrze i wyrusza
ku błękitnemu oceanowi. Jest obrazem piękna i siły.
Stoję i patrzę, aż w końcu staje się zaledwie punktem,
białą chmurką tam, gdzie morze i niebo łączą się ze sobą.

Wtedy ktoś stojący obok mówi: „Oto zniknął”.

Zniknął — dokąd?

Zniknął z mojego pola widzenia. To wszystko.
Jest tak samo wielki w masztach, kadłubie i rei,
jak wtedy, gdy opuszczał mój brzeg.
I wciąż jest tak samo zdolny nieść swój żywy ładunek
do portu, który jest mu przeznaczony.

To we mnie się pomniejszył — nie w nim.
I właśnie w tej chwili, gdy ktoś mówi: „Oto zniknął”,
inne oczy wypatrują jego nadejścia, a inne głosy
gotowe są podjąć radosny okrzyk: „Oto nadchodzi!”

I tym właśnie jest śmierć…

_______________________________________________________________

THIS BLOG IS ALSO AVAILABLE IN THE ENGLISH LANGUAGE/TEN BLOG JEST RÓWNIEŻ W JĘZYKU ANGIELSKIM

WIĘCEJ ZDJĘĆ Z TEJ WYCIECZKI