środa, 16 grudnia 2015

BIWAKOWANIE W PARKU LONG POINT PROVINCIAL PARK W ONTARIO ORAZ WYCIECZKI SAMOCHODOWO-ROWEROWE DO POBLISKICH OKOLIC, 18-23 MAJA 2015 ROKU








Long Point i okolice
W ubiegłym roku (2014) przejeżdżaliśmy blisko parku Long Point i na krótko do niego wpadliśmy. Okazał się niezmiernie przyjemny i postanowiliśmy w przyszłym roku wybrać się tam na biwak. I rzeczywiście, rok później ponownie do niego zawitaliśmy, tym razem na prawie tydzień.
 
Trujący bluszcz (Poison Ivy)
Pomimo że w lato park jest zazwyczaj pełen turystów, ostatni dzień długiego weekendu (święto królowej Wiktorii-Victoria Day) 18 maja 2015 r. był idealnym momentem przybycia do parku, jako że większość biwakowiczów właśnie powracała do domu. Po kilkudziesięciu minutach jazdy po parkowych drogach wybraliśmy piaszczyste miejsce biwakowe, w zagłębieniu chroniącym nas od wiatru, kilkadziesiąt metrów od jeziora Erie. Miejsce biwakowe znajdujące się naprzeciwko naszego było cały czas wolne i mieliśmy całkowita prywatność. Dookoła rosło dużo trujących bluszczy (Poison Ivy), toteż musieliśmy uważać, aby przypadkiem ich nie dotknąć, bo konsekwencje zetknięcia się z tą rośliną mogą okazać się niezmiernie nieprzyjemne. Miejsce na ognisko było umieszczone w centralnym punkcie biwaku; niestety, ale było pełne popiołu—szkoda, że pracownicy parku go nie usunęli na początku sezonu. Nieopodal znajdował się kran z wodą oraz toaleta, codziennie skrupulatnie utrzymywana w idealnym stanie przez pracowników parku.
 
Nasze miejsce biwakowe w parku Long Point Provincial Park
Podczas naszego pobytu pogoda była słoneczno-pochmurna oraz dość mocno wiał wiatr. Na szczęście ani razu nie padało. Każdego ranka siedzieliśmy na grzbiecie piaszczystych wydm koła naszego miejsca, skąd mogliśmy obserwować plaże, jezioro i wsłuchiwać się szum rozbijających się na brzegu fali; w nocy błyskały światła na przeciwnym, południowym brzegu jeziora Erie, w Stanach Zjednoczonych. Od czasu do czasu pojawiały się na horyzoncie potężne frachtowce.


Wieczorami robiło się zimno i oboje tuliliśmy się przy ognisku. Drzewo sprzedawane przez park było świetne. Jak się później okazało, w nocy temperatura spadało kilka stopni poniżej zera. Catherine nawet założyła puchową kurtkę i zimową czapkę, co śmiesznie wyglądało, bo gdy przybyliśmy do parku, pogoda była typowo letnia. Chociaż wiatr był irytujący, to miał dobre strony: cały czas mogliśmy słyszeć kojący szum fal jak też nie zauważyliśmy nawet jednego komara czy też innych latających owadów, co było wspaniałe! Natomiast widzieliśmy dużo ptaków red-winged blackbirds (Epoletnik krasnoskrzydły), bardzo ciekawskich, często siadały na stole i z zainteresowaniem egzaminowały pozostawione na nim rzeczy. Również zauważyliśmy kilka efemerycznych małych ptaszków golden finch (zięba). Tu i tam pojawiała się wiewióreczka ziemna (chipmunk), pręgowiec amerykański, ale nie była zainteresowana ani nami, ani naszym jedzeniem. Jednej nocy odwiedził nas szop pracz (raccoon), dobrał się do zawieszonego na drzewie worka ze śmieciami i je porozrzucał.
 
W Long Point Bird Observatory
Ponieważ przywieźliśmy ze sobą rowery—właśnie kupiłem nowy mountain bike—kilkakrotnie wybraliśmy się na przejażdżki, jak też wjechaliśmy do starej części biwakowej parku, która nie była jeszcze otwarta. W lokalnej gazecie przeczytaliśmy, że są propozycje, aby miasto/powiat wykupiły tą część od parku i udostępniły ją do dziennego użytku turystów. Gdy Catherine wspomniała to pracownikowi parku, otrzymała odpowiedź, że „z pewnością tak się nie stanie”, bo park niedawno przeprowadził wiele prac remontowych w tej części i podłączył prąd do 35 miejsc biwakowych.
 
Wydmy i jeziora Erie, parę metrów koło naszego miejsca biwakowego
Również udaliśmy się do Obserwatorium Ptaków, gdzie mogliśmy przypatrywać się jak jego pracownicy (i woluntariusze) obrączkowali ptaki i mieliśmy okazję przyjrzeć się z bliska wielu różnym ptakom. Było to niezmiernie fascynujące, gdy pracownicy ważyli, mierzyli, identyfikowali i obrączkowali złapane ptaki, a potem je wypuszczali na wolność.
 
Port Rowan
Najbliższe miasteczko, Port Rowan, posiadało kilka ciekawych sklepów, dobry sklep z artykułami używanymi (thrift shop), stary ‘sklep żelazny (hardware store), przerobiony na sklep z antykami, restauracje i lodziarnie, sklep LCBO (z alkoholami) oraz wypełniony po sufit różnorakim towarem sklep dolarowy. Budka informacyjna na głównej ulicy posiadała wiele informacji i broszur turystycznych na temat miejscowych atrakcji oraz tras rowerowych w powiecie Norfolk County.
 
Mapa szlaku Lynn Valley Trail
Prawie codziennie udawaliśmy się samochodem na różne trasy rowerowe (trails) i przez kilka godzin jeździliśmy po nich na rowerach: Lynn Valley Trail (od miasta Simcoe do Port Dover), Waterford Heritage Trail i Delhi Rail Trail. Owe szlaki rowerowe znajdowały się na miejscu starych dróg kolejowych i ciągnęły się wśród lasów, obszarów trawiastych, pól farmerskich i często łączyły się z innymi szlakami rowerowymi. Stare mosty kolejowe zostały przysposobione do użytku rowerowo-pieszego i prawie nie trzeba było jeździć po drogach publicznych. Uwielbialiśmy ten rodzaj wypoczynku!
 
Kiedyś tędy biegła kolej, obecnie jest to szlak rowerowy i dla pieszych
Wpadliśmy też do miasteczka Delhi, znanego jako „Serce Regionu Tytoniowego”; to tu właśnie uprawia się praktycznie 100% kanadyjskiego tytoniu. W Delhi osiedliło się bardzo dużo emigrantów z różnych krajów i jest to niezmiernie wielokulturowe miasteczko. Przejeżdżając przez nie, widzieliśmy polski, niemiecki, belgijski i holenderski dom kultury, a powiedziano nam, iż w przeszłości istniały tez portugalski i włoski.
 
Dom Związku Polaków w Kanadzie w Delhi, Ontario
Natomiast miasteczko Port Dover roiło się od turystów i motocyklistów—od 1981 r. corocznie odbywał się w nim słynny rajd motocyklistów w piątek, 13-tego dnia miesiąca i chociaż nie był to piątek, wszędzie widzieliśmy potężne motocykle.
 
Port Dover
W drodze do domu zatrzymaliśmy się przy elektrowni Nanticoke Generating Station, największej elektrowni węglowej w Ameryce Północnej, o mocy osiągalnej 4 tysiące MW. Już z daleka zobaczyliśmy dwa wysokie kominy i masę linii transmisyjnych… a poza tym, to praktycznie nie było żywej duszy! Nie wiedzieliśmy, że elektrownia została zamknięta w 2011 roku z powodu zanieczyszczenia środowiska, jednakże nadal była utrzymywana w stanie gotowości, jako że możliwe jest, iż w przyszłości zostanie uruchomiona i będą używane alternatywne rodzaje paliwa. Gdy dojechaliśmy do głównej bramy, z budki strażniczej wyszła samotna strażniczka i rozmawialiśmy z nią ponad 10 minut o elektrowni i jej potencjalnym ponownym otwarciu. Jako że ona pracowała tam przez kilkadziesiąt lat, świetnie się orientowała w temacie—ale co szczególnie zwróciło naszą uwagę, to jej niezwykle ujmująca i unikalna osobowość, byliśmy pewni, że z powodzeniem mogłaby być aktorką lub przynajmniej pracować w public relations!
 
Nanticoke Generating Station (Elektrownia Węglowa) na jeziorze Erie
Ogólnie był to niezmiernie udany wyjazd, mieliśmy świetne miejsce kempingowe, dobrą pogodę, dużo przejechaliśmy na rowerach i już teraz planujemy podobny wypad w maju następnego roku!




piątek, 11 grudnia 2015

DWA TYGODNIE W SANTA LUCIA NA KUBIE: HOTEL CARACOL, WYCIECZKA DO WIOSKI LA BOCA ORAZ TRZY DNI W MIEŚCIE CAMAGÜEY—PAŹDZIERNIK/LISTOPAD 2014 ROKU




Na przełomie listopada i grudnia 2013 roku spędziliśmy dwa tygodnie w hotelu Club Amigo Caracol i postanowiliśmy się do niego powtórnie wybrać, też na dwa tygodnie. Rezerwacje zrobiliśmy 2 miesiące naprzód, a 2 tygodnie przed wyjazdem wysłaliśmy e-mail do hotelu, prosząc o pokój na pierwszym piętrze, w sekcji ‘500’.
Key West, Florida, z lotu ptaka
Jako że kubańskie linie lotnicze Air Cubana pozwalają zabrać prawie 50 kg bagażu na osobę, nie musieliśmy się przejmować, że nasze walizki będą za ciężkie. Z powodu ataku terrorystycznego, jaki miał miejsce dwa dni przedtem w Ottawie, na lotnisku znacznie zwiększono środki bezpieczeństwa i zauważyliśmy żołnierzy uzbrojonych w karabiny maszynowe. Stojąc w kolejce, zobaczyliśmy… Daniela, którego spotkaliśmy dwa lata temu w restauracji Braulio! Odlot z Toronto nastąpił 24 października 2014 r. (samolot Airbus 320) i podczas lotu wpatrywałem się w przepięknie wyglądające rzeki, jeziora i pola, a nawet udało mi się zauważyć drogę prowadzącą do Key West na Florydzie! Po 3 i pół godzinie lotu wylądowaliśmy w Camagüey. Już czekały na nas autobusy i szybko zarezerwowałem najlepsze miejsca, ale nie udało mi się wymienić pieniędzy na lotnisku z powodu sporej kolejki. Zapadł zmrok i jechaliśmy po pustych i wąskich drogach, bez problemu docierając do hotelu.

Pokój w hotelu

Otrzymaliśmy pokój nr 514 (dwa lata temu mieliśmy nr. 510), który okazał się prawie tak dobry jak poprzedni, nawet obsługiwała go ta sama pokojówka, Marta i bardzo dokładnie o niego dbała. Pogadaliśmy z jednym z pracowników zajmujących się terenem i codziennie rano za 1-2 peso przynosił nam 2 świeżo zerwane orzechy kokosowe; były przepyszne! Jednego dnia, gdy mocno padało, woda dostała się przez nieszczelne okno i zalała nasz pokój. Ponieważ woda była podgrzewana przez umieszczone na dachu ogniwa słoneczne, czasem mieliśmy w bród gorącej wody, a czasem była letnia, co mi nie przeszkadzało. 
Nasz pokój nr 514 na pierwszym piętrze
Klimatyzacja działała na medal i niekiedy ją włączaliśmy, preferując jednak spać przy otwartych oknach—pewnie z tego powodu w pokoju pojawiło się parę zwierzątek—znaleźliśmy małego kraba i jaszczurkę i oba ostrożnie usunęliśmy z pokoju. Ogólnie było wietrznie i z tego powodu nie widzieliśmy w pokoju żadnych komarów. Mała lodówka chłodziła nasze przysmaki i napoje, ale słabo. Poprzedniego roku mogliśmy oglądać kanadyjski kanał CTV z Toronto—w tym roku CCTV był jedynym dostępnym angielskojęzycznym kanałem (stacja chińska, w języku angielskim) i bardzo jej nie lubiłem. Chociaż oboje nie oglądamy i nie mamy w naszych domach telewizji, byliśmy trochę rozczarowani niemożliwością oglądania kanadyjskich wiadomości. Z tego powodu dopiero po kilku dniach od wyborów municypalnych w Toronto dowiedzieliśmy się od nowo przybyłych turystów, kto został burmistrzem Toronto i Mississauga (John Tory i Bonnie Crombie—z tą ostatnią, pochodzenia polskiego, chodziłem w tych samym latach na studia magisterskie).

Plaża

Podczas naszych dwóch tygodni pobytu, mieliśmy przynajmniej 3 dni deszczowe, bardzo wietrzne i pochmurne, ale pozostałe były na tyle słoneczne, że mogliśmy spędzić sporo czasu na plaży. Z powodu długiej rafy koralowej, położonej kilka kilometrów od brzegu, było możliwe pływać w oceanie nawet w czasie sporych wiatrów, jako że rafa stanowiła świetne naturalne zabezpieczenie od wiatrów. Codziennie traktor zbierał wodorosty z plaży i dzięki temu plaża była całkiem czysta. Z okna naszego hotelowego pokoju widać było łódkę zaklinowaną na skałach rafy. Według kilku Kubańczyków, była tam już od grudnia 2013 r., gdy grupa haitańskich uciekinierów, starających się uciec do USA, wylądowała koło brzegów Kuby. Rząd Haiti miał jakoby przybyć i zabrać tą łódkę, ale nie sądzę, aby się z tym kwapił. Sporo strażników patrolowało plażę i czuliśmy się zawsze niezmiernie bezpiecznie.
Kubańczycy na plaży
Od czasu do czasu po plaży przechodzili Kubańczycy, oferujący na sprzedaż kapelusze, muszelki, biżuterię i rzeźby z drzewa. Następnego dnia po przylocie podszedł do nas Kubańczyk i zaprowadził do swojego stoika, gdzie sprzedawał rzeźby z drzewa. Powiedział, że musi płacić 12 peso i 10% od utargu dla rządku.

-- W jaki sposób rząd wie, ile zarabiasz? –zapytałem się go.

-- Jakiś czas temu przysłano tu inspektora rządowego, obserwował mnie przez 7 dni i notował, co sprzedałem i ile zarobiłem – powiedział. – Dlatego gdy mam takie kontrolę, to modlę się, aby jak najmniej wtedy sprzedać.

Takie kontrole muszą być niezmiernie kosztowne!

Udało mi się kupić dwie ciekawe rzeźby zrobione w jednym kawałku drzewa; sprzedawca (Alexander) z chęcią zaakceptował, jako część zapłaty, koszulkę oraz mój plecak, jakkolwiek cały czas intensywnie wpatrywał się w mój zegarek firmy Coleman, bardzo go chcąc ode mnie otrzymać! Spotkaliśmy też ‘słynnego’ George'a, który rozmawia po angielsku i francusku, zawsze był gotowy pośredniczyć w zaaranżowaniu różnych usług dla turystów—nawet nam pomógł wykonać parę telefonów na swojej komórce w celu znalezienia prywatnej kwatery, casa particular, w mieście Camagüey i potem zabrał się z nami taksówką do Camagüey. Również daliśmy mu masę kanadyjskich, amerykańskich i brytyjskich magazynów i gazet.
Porzucona łódź haitańska, która osiadła na rafach vis-a-vis naszego hotelu

Poprzedniego roku widzieliśmy przynajmniej 50 kitesurferów, którzy nie tylko panoszyli się na plaży, ale też zawładnęli miejscami do pływania wzdłuż plaży, powodując, że pływanie stało się ryzykowne i nieprzyjemne. W tym roku było wiele ostrzegających znaków na plaży, wskazujących, że są one ‘plażami nie dla kitesurferów’. Zresztą natknęliśmy się jedynie na kilku z nich; przynajmniej raz umyślnie szybko surfowali w zakazanych miejscach, parę metrów od brzegu, przy okazji głośno coś wykrzykując.

Jedzenie

Jak zwykle, jedzenie było dobre i dużo (chociaż dość powtarzające się) i zawsze byłem w stanie wybrać coś bardzo smacznego. Zazwyczaj nie chodziliśmy na lunch, co najwyżej odwiedzaliśmy bar (El Velero) przekąsić hamburger, pieczoną rybę, frytki i popić zimnym piwem. Mieliśmy prawo iść na kolację do pobliskiego hotelu, Gran Club Santa Lucia i zrobiliśmy to dwa razy. Podczas gdy jadalnia w hotelu Gran miała lepszy wystrój i była bardziej wyszukana, wybór potraw był, co ciekawe, gorszy i ograniczony. Drugi hotel, „Club Amigo Mayanabo” był zamknięty podczas pierwszego tygodnia naszego pobytu; gdy go otworzono, również udało się nam spożyć w nim jeden obiad. W restauracji było bardzo mało osób, ale za to jedzenie smaczne i trochę odmienne od tego w naszym hotelu. Również dwukrotnie poszliśmy do restauracji a ‘la carte; pierwszy raz kolacja była bardzo dobra, drugi raz (była to tzw. kolacja dla powracających gości) wybór w bufecie okazał się niezmiernie limitowany i poniżej przeciętnej.
Catherine uwielbiała deserty!
Jednego wieczoru hotel obchodził swoją 35-tą rocznicę, stoły i krzesła były nakryte białymi obrusami i na zewnątrz ustawiono grill (pieczony świniak!). Catherine nie mogła nadziwić się różnorodnej selekcji i ilości jedzenia. A propos: w roku 2013 koło restauracji wałęsało się 13 kotów; w tym roku nie widzieliśmy więcej niż 3—podobno przeniosły się (czy też były przeniesione) do innych hoteli, ale jakoś trudno było nam w to uwierzyć i żartowaliśmy, że powędrowały do kociego nieba…
Celebracje 35-tej rocznicy powstania hotelu
Poza paroma drinkami ‘mojito’ i zimnym piwem, nie piliśmy żadnych napoi w bezpłatnych barach. Warto ze sobą zabrać większy kubek (‘bubba mug’), bo te barowe są małe i nietrwałe. Na weekendy ośrodek roił się od Kubańczyków; niektórzy z nich zatrzymywali się na jedną lub dwie noce, inni jedynie przybywali na jeden dzień. Mówiono, że większość z nich przyjeżdża z niedalekich miejscowości.

Sklep hotelowy i kantor wymiany walut

Po wylądowaniu, chciałem wymienić pieniądze na lotnisku, ale z powodu dość dużej kolejki zrezygnowałem z tego. Można było też wymienić pieniądze w hotelu, ale dwukrotnie poszliśmy do centrum handlowego pomiędzy hotelami Club Amigo Caracol i Gran (Cadeca at Centro Commercial Santa Lucia). Wystarczyła jedynie kopia paszportu, aby wymienić pieniądze, ale dla zaliczkowych wypłat z kart kredytowych wymagany był oryginalny paszport. W hotelowym lobby znajdowało się małe pomieszczenie z komputerami i Internetem, ale nigdy z niego nie korzystaliśmy. W hotelowym sklepiku (tienda) można było kupić rum, alkohole, piwo i wiele innych produktów i pamiątek.
Lobby Bar
W ośrodku były przynajmniej dwa publiczne telefony: jeden w barze w lobby, drugi w bloku ‘400’, parę metrów od naszego pokoju. Za 10 kubańskich peso (Moneda National-około 40 centów kanadyjskich), kupiliśmy kartę telefoniczną, która świetnie działała! Karty sprzedawano w biurze kompanii telefonicznej, znajdującym się przy stacji benzynowej, na północ od hotelu (koło wysokiej wierzy telekomunikacyjnej). Wielokrotnie używaliśmy telefonu, dzwoniąc do różnych casa particulares w Camagüey, w ten sposób zrobiliśmy rezerwację naszej casa.

Rozrywki

Jakoś nigdy nie mieliśmy chęci na obejrzenie conocnych programów rozrywkowych, ani też nie braliśmy udziału w żadnych innych programach (np. bingo). Ale z naszego pokoju mogliśmy co noc (jak też i w czasie dnia) słyszeć głośną, okropną muzykę—i zazwyczaj NIE była to tradycyjna muzyka kubańska, którą tak bardzo lubię—naprawdę szkoda! Bardzo często programy dzienne były tak hałaśliwe, że nawet nie było przyjemności siedzenie w barze w hotelowym lobby. Gdy pewnego razu telefonowaliśmy z telefonu w lobby, praktycznie nie byliśmy w stanie prowadzić konstruktywnej konwersacji z powodu tych wrzasków.
Widok z okna hotelowego

Rowery i wycieczki rowerowe z hotelu

Hotel miał do dyspozycji turystów około 10 rowerów i pierwsza godzina używania była bezpłatna. Niestety, ale większość z nich była w kiepskim stanie i wymagała prostych zabiegów konserwacyjnych i małych napraw, np. brakowało powietrza lub niektóre śrubki były niedokręcone. Teresa, zajmująca się wypożyczeniem rowerów, powiedziała nam, że ktoś z pobliskiej wsi miał się rowerami zajmować i je naprawiać, ale jakoś nigdy tego nie robił… Rowery wypożyczyliśmy wielokrotnie i jeździliśmy do wsi Tararaco lub w stronę stacji benzynowej. W Tararaco poszliśmy do restauracji „Organic Restaurant and Gardens.”
Na rowerze w wiosce Tararaco, koło budki Braulio z sokami

Restauracja „Organic Restaurant and Gardens”

Gdy po raz pierwszy byliśmy w tej restauracji prawie rok temu, nadal była w budowie i bardzo chcieliśmy ją odwiedzić już wykończoną. Przez rok nastąpiły duże zmiany! Restauracja były wykończona w dobrym stylu i właśnie otwierała się na sezon turystyczny. Wystrój był prosty i nieskomplikowany. Braulio, jej właściciel, poczęstował nas przesmacznym zielonym alkalizującym sokiem, a następnie wypiliśmy świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy, który mi niezmiernie smakował! Kilka dni potem poszliśmy na wyśmienity lunch, składający się ze specjalnie gotowanego ryżu, różnej zieleniny i owocowo-warzywnych soków—nie tylko wszystko było niezmiernie apetyczne, ale również BARDZO ZDROWE! 
W restauracji Braulio

Kupiliśmy dużą butelkę soku z Morwy Indyjskiej (Noni), który miał zapach przypominający nieświeży ser, ale był bardzo smaczny. Szkoda, że nie mogliśmy codziennie stołować się u niego! Restauracja też sprzedawała soki z owoców mango, papai, ananasów, bananów, trzciny cukrowej i tamaryn jak też napoje alkalizujące, kubańskie koktajle, pyłek pszczeli i miód. Niemniej jednak Braulio skarżył się na problemy z pracownikami, którzy po prostu nie chcieli ciężko pracować i odeszli. Również pojawiło się dwóch turystów (jeden cierpiał na cukrzycę), którym pomagał. Spotkaliśmy też Daniela, który niedaleko mieszkał.
Lunch w restauracji "Organic Restaurant and Gardens" wraz z Braulio
Nieopodal restauracji, w wiosce Tararaco (gdzie znajdowała się restauracja), stała budka należąca do Braulio, gdzie sprzedawano soki. Byliśmy zaskoczeni, widząc kilkanaście Kubańczyków stojących w kolejce po zakup szklanki świeżo wyciśniętego soku. Tym razem wypiliśmy kilka szklanek soku z trzciny cukrowej i mogliśmy przypatrzyć się, jak był wyciskany—nota bene, maszyna do jego wyciskania była zaprojektowana i zbudowana przez Braulio. Na ścianach budki znajdowało się w języku angielskim wiele informacji na temat zdrowia i zdrowego odżywiania się.
Budka z sokami należąca do Braulio w wiosce Tararaco
Przy restauracji znajdował się imponujący ogród, z którego pochodziło wiele serwowanych w restauracji potraw i soków. Przechadzka po ogrodzie była niezwykle ciekawym, niezapomnianym i edukacyjnym przeżyciem! Natknęliśmy się na wiele znanych nam, jak też jeszcze więcej egzotycznych i nieznanych roślin, owoców i ziół: drzewa bananowe uginające się pod ciężarem bananów, morwy indyjskie, orzechy kokosowe, oregano, aloes, mięte, cytryny, pomarańcze i wiele innych, których nazwy zapomniałem. Również można było zobaczyć kilka gryzoni na gałęziach drzew oraz różne jaszczurki (Braulio sprowadził je specjalnie do ogrodu), jak też pawia i leniwego konika, niecierpliwie oczekującego na poczęstunek. Byliśmy zadziwienie, jak bardzo się ten ogród rozwinął od naszej ostatniej wizyty!
Imponujący ogród koło restaracji
Zazwyczaj gdy piszę sprawozdanie na temat restauracji, prawie kompletnie pomijam właściciela, ale w tym przypadku byłoby niemożliwe oddać autentyczny obraz tego establishmentu bez napisania o Braulio, który świetnie umiał angielski. Powiedział nam, że w wieku dwudziestu kilku lat wyleczył się samemu z raka i od tamtego czasu był niezwykle zapalonym zwolennikiem zdrowego, naturalnego i organicznego jedzenia. Całym sercem wierzył, że jedząc surowe owoce i warzywa oraz pijąc alkalizujące soki nie tylko bylibyśmy zdrowi, ale moglibyśmy pokonać raka i inne dolegliwości medyczne—mówił, że sam jest bardzo zdrowy i ostatnim razem był u lekarza dawno temu. Dokładnie wsłuchiwał się w to, co mu mówiono i starał się znajdować rozwiązania na różne dolegliwości, dzieląc się swoją rozległą wiedzą o zdrowym jedzeniu i stylu życia. Rozmowa z nim przypominała rozmowę z dobrym i troskliwym lekarzem naturopatii lub dietetykiem, próbującym zmienić nasze życie i naprowadzić je na właściwe tory. Bardzo pragnął pomóc ludziom cierpiącym na raka i inne zwyrodnieniowe choroby swoimi organicznymi sokami, bo namiętnie wierzył, że mogą oni odzyskać zdrowie. Dlatego zastanawiał się nad otwarciem w przyszłości specjalnego centrum zdrowia, gdzie mógłby zrealizować swoje marzenia.
Braulio przy swojej budce z naturalnymi sokami w wiosce Tararaco
Byliśmy niezmiernie zadowoleni, że jego restauracja prosperowała. Niestety, ale większość kubańskich restauracji serwuje jedzenie typu amerykańskiego, które nie jest zbyt zdrowe. Dobrze więc było natrafić na restaurację posiadającą zdrowe i pożywne potrawy, zawierające składniki z lokalnie uprawianych produktów.

Nota bene, niedawno dowiedziałem się, że restauracja Braulio była tymczasowo zamknięta na początku 2015 roku z powodu problemów finansowych…

La Boca

Poprzedniego roku pojechaliśmy dorożką do wioski La Boca, około 9 km odo hotelu. Było tak gorąco, że zamiast wylegiwać się na plaży, przechadzaliśmy się po starym, koralowym wybrzeżu, gdzie stały domy mieszkańców wioski. Okazali się oni bardzo mili i często zapraszali nas do swoich domów. Dlatego postanowiliśmy odwiedzić tą wioskę i w tym roku.
W drodze do La Boca

W ciągu ponad pół godziny jazdy dorożką dotarliśmy do La Boca (dorożkarz nazywał się Jose, a jego koń Napoleon). Kubańczycy powiedzieli nam, że Rosjanie planowali wybudować w niej dwa luksusowe hotele i przemieścić mieszkańców La Boca. Mam nadzieję, że te hotele będą lepsze od tych notorycznie nieestetycznych hoteli zbudowanych na Kubie przez Sowietów w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX w. (np. Hotele Mayanabo, Tropicoco w Hawanie czy też ‘baraki’ w hotelu Club Amigo Guardalavaca) i że lokalni mieszkańcy otrzymają należytą kompensację. Już na miejscu spytaliśmy się mieszkańców, czy coś więcej o tym wiedzą—ogólnie mówili, że są takie plany, ale nie byli pewni, czy i kiedy te hotele będą wybudowane. Zgadzam się, że La Boca jest biedną wioską, ale też wierzę, iż jej mieszkańcy mimo wszystko prowadzą raczej spokojne i bezstresowe życie; poza tym, ich niezmiernie skromne domostwa znajdują się na pierwszorzędnym terenie i przez to muszą być warte fortunę!
La Boca
Na początku udaliśmy się do restauracji na plaży, gdzie wypiłem zimne piwo, a następnie powoli przeszliśmy się wzdłuż plaży, na której było rozrzuconych masę muszli i kości rybich. W 2013 r. zrobiłem mieszkańcom wiele zdjęć i przywiozłem je ze sobą (chciałem im je wysłać, ale do La Boca nie dochodziła poczta!). Okazało się, że większość z osób na zdjęciach nie było w wiosce—dziewczynka (Carla) z unikalnym szczeniakiem-albinosem uczęszczała do szkoły w Nuevitas, gdzie mieszkała przez cały tydzień (przynajmniej miałem okazję pobawić się z pieskiem!), inny facet wyjechał do Miami. Toteż zostawiłem zdjęcia z ich znajomymi i rodzinami i bardzo się z nich cieszyli!
Warsztat haczyków na ryby
Przed jednym z domków starszy mężczyzna miał swój warsztat, gdzie wyrabiał z metalowego drutu haczyki rybackie z zadziorami. Było też kilka casa particulares, kwater prywatnych i chcieliśmy zajrzeć do jednej z nich, ale była zamknięta. Jedna kobieta sprzedawała różne pamiątki; kupiłem od niej ciekawy różaniec, a Catherine unikalny naszyjnik z pazura kraba. Po niedługim czasie pojawił się nasz dorożkarz i pokłusowaliśmy do hotelu.

Rancho King

Jako że wykupiliśmy nasze wakacje przez kubańską firmę Hola Sun, nie tylko otrzymaliśmy lepszy pokój, ale też bezpłatną wycieczkę do Rancho King-rok temu też skorzystaliśmy z tej oferty. Powitało nas 5 kowboi na koniach, tych samych, co rok temu. Rodeo było całkiem pasjonujące i świetnie się wszyscy bawiliśmy. Lokalny przewodnik, dobrze mówiący po angielsku, wygłosił ciekawą, bogatą w informacje i humorystyczną prezentację na temat rancho i jego historii, ziół, roślin, trzciny cukrowej, rolnictwa, huraganów oraz mieszkańców i ich stylu życia. Przed Rewolucją Kubańską rancho było częścią ogromnego King Ranch z Teksasu, które zajmuje 3,340 km kwadratowych i jest jednym z największych ranch na świecie.
Rancho King, rodeo
Następnie udaliśmy się do wioski—a za nami szli jej mieszkańcy, mający nadzieję otrzymać jakieś prezenty. W 2013 r. zrobiłem niektórym z nich zdjęcia i ucieszyli się, gdy im je wręczyłem. Również udaliśmy się do małej szkoły, gdzie turyści dawali dzieciom przybory szkolne. Jakiś czas spędziliśmy w domu, gdzie Fidel Castro niegdyś się zatrzymał i mogliśmy wysłuchać następnej ciekawej opowieści oraz spróbować czarną kawę kubańską, owoce i sok z trzciny cukrowej. Na końcu uraczono nas lunchem, którego główna potrawa składała się z pieczonego nad ogniskiem na rożnie prosiaka.
Szkoła w wiosce koło Ranch King

WYCIECZKA DO CAMAGÜEY

Wynajętą taksówką pojechaliśmy na 3 dni do miasta Camagüey, gdzie zatrzymaliśmy się na 2 noce w casa particular, kwaterze prywatnej. Akurat zauważyliśmy przed hotelem zaparkowaną taksówkę—był to nowy samochód Hyundai Santa Fe, a jej kierowca nocował w hotelu. Zapłaciliśmy mu 60 peso (zwykle taka podróż wynosi 50 peso), bo samochód był bezpieczny i komfortowy—podczas gdy wiele innych taksówek to raczej starsze samochody, często bez pasów bezpieczeństwa. Gdy wyjeżdżaliśmy z hotelu, akurat zauważyliśmy stojącego George’a, czekającego na ‘okazję’ zabrania się do Camagüey i go podwieźliśmy. Okazał się pomocny, zadzwonił podczas jazdy do casa particular (Carmencita) na swoim telefonie komórkowym i objaśniał kierowcy, jak do niej dotrzeć—biorąc pod uwagę legendarnie kręte i zawiłe uliczki Camagüey, jazda w nim nie jest prosta. W czasie jazdy trochę porozmawialiśmy—powiedział, że na Kubie turysta to święta krowa, że Kubańczycy raczej zdecydowaliby się napaść na bank, niż na turystów! Od razu poczuliśmy się bezpieczniej! Ostatniego roku naszym kierowcą był Lazaro i próbowaliśmy go znaleźć, ale z kilku źródeł dowiedzieliśmy się, że nagle zmarł z powodu raka płuc.
Miasto Camaguey-widok z dachu hotelu Gran Hotel

Hostal Carmencita

Przeczytawszy dziesiątki opinii na temat kwater prywatnych, wybraliśmy kilka z nich i do nich zadzwoniliśmy i ostatecznie wybraliśmy Hostal Carmencita—odpowiadała nam jego centralna lokacja, na jednej z głównych ulic Camagüey, Agramonte (pomiędzy Calle Padre Ollao, zwaną też Pobre i Calle Allegria). Dzięki wskazówkom George’a, taksówkarz dowiózł nas bezpośrednio pod drzwi casa i jej właścicielka, Carmencita, już nas oczekiwała. Casa posiadała dwa pokoje do wynajęcia, ale ponieważ jeden z nich był w remoncie, byliśmy jedynymi w niej turystami. Okna naszego pokoju wychodziły na ruchliwą ulicę, mieliśmy prywatną łazienkę z prysznicem (i gorącą wodą), jak też małe, przytulne patio, które niezmiernie przypadło Catherine do gustu—spędzaliśmy na nim dużo czasu, popijając rum i kawę i podziwiając rozciągający się z niego widok na miasto. Z tego patio widzieliśmy też inna znaną casa particular, „Ivan & Lucy”, znajdującą się na następnej ulicy (do niej też na moment wstąpiliśmy).
Hostel Carmencina i przyległa cukiernia, do której zawsze stała kolejka kupujących

Nasz pokój posiadał klimatyzację, ale jedynie włączyliśmy wentylator, aby zneutralizować hałas dochodzący z ulicy—jednak mi on kompletnie nie przeszkadzał, dawno już hałas zaakceptowałem jako część mojego kubańskiego ‘experience.’ Również mieliśmy lodówkę i okazała się bardzo przydatna. Cena wynosiła 25 peso za noc.

Śniadania były jedynym posiłkiem, jaki spożywaliśmy w casa i były one serwowane w głównym pokoju, gdzie znajdował się balkon wychodzący na ulice Calle Agramonte.
Na tarasie w Carmencita Hostel

Carmencita
Ponieważ do casa przylegała bardzo pełna ruchu i klientów piekarnia, z patio mogliśmy obserwować, jak pracownicy piekarni robili arcysmaczne pączki i ciasteczka, a rozchodzący się z cukierni zapach wszędzie się roznosił. Rozmieniliśmy 1 peso (CUC) na 24 peso (Moneda National) i kupiliśmy kilka przepysznych ciasteczek z cukierni, płacąc zaledwie za każde po 1 peso (około 5 centów). Gdy wracaliśmy do casa, już z daleka mogliśmy zobaczyć jej lokację, bo zawsze przy cukierni stała mała kolejka.

Carmencita odnotowała informacje z naszych paszportów i niebawem opuściliśmy casa i udaliśmy się na zwiedzanie miasta; Carmencita wręczyła nam dwa klucze, do pokoju i do drzwi wejściowych, toteż mogliśmy swobodnie przychodzić i wychodzić o każdej porze. Po kilku minutach dotarliśmy do kościoła Iglesia de Nuestra Senora de la Soledad i do ulicy Calle Maceo, głównego pasażu handlowego miasta (jakieś 250 m od naszej casa). Przez następne dwa dni staraliśmy się zobaczyć jak najwięcej ciekawych zakątków miasta.
Nasz głuchoniemy 'znajomy', którego spotkaliśmy w ubiegłym roku
Ubiegłego roku spotkaliśmy dwie ‘interesujące’ osoby w Camagüey—Pedro, całkiem dobrze prosperującego głuchoniemego faceta, który posiadał zestaw karteczek w różnych językach, informujące o jego inwalidztwie i proszące o pomoc—jak też niezrównoważonego młodego człowieka, którego nawet zabraliśmy do restauracji i mu potem wysłaliśmy zdjęcia. Niewiarygodne, ale spotkaliśmy ich ponownie! Podczas gdy Pedro nie skojarzył nas (i nawet wyciągnął tą samą karteczkę z prośbą o jałmużnę), ten drugi od razu nas poznał koło Casino Campestre. Początkowo myśleliśmy, że razem pójdziemy do restauracji, ale bardzo szybko okazał się niezmiernie uciążliwy, nie odstępował nas na krok i coś wykrzykiwał—do tego stopnia, że w końcu Catherine zdecydowanie powiedziała, że jeżeli się od nas nie odczepi, to zawoła ‘policia’. Groźba poskutkowała i szybko zniknął.
Ta sama karteczka, co rok temu!

Udaliśmy się też na stację kolejową i zrobiłem kilka zdjęć czekającym na pociąg Kubańczykom. Niedaleko znajdował się komisariat policji i chciałem zrobić zdjęcie napisu na chodniku przed wejściem do komisariatu, ale policjant stanowczo powiedział, abym tego nie robił.

Plaza del Carmen

Podobno niezbyt wielu turystów wybiera się w ten przepiękny zakątek Camagüey--rzeczywiście, poza nami nikogo więcej nie było. Kościół, Iglesia de Nuestra Seniora del Carmen, ma prawie 200 lat i nie tak dawno był odrestaurowany. Do niego przylega budynek byłego zakonu, obecnie mieszczą się w nim biura Miejskiego Historyka oraz szkoła. Kościół posiada dwie wieże—taki styl architektoniczny jest czymś niespotykanym nie tylko w Camagüey, ale też we wschodniej części Kuby. 
Plaza del Carmen
Na placu stoją rzędy odnowionych kolonialnych domów, otwarte są przynajmniej dwie restauracje oraz poustawiane różne rzeźby z brązu naturalnych rozmiarów autorstwa Martha Jimenez, której galeria i studio znajdują się na placu. Jedna z rzeźb przedstawia starszego faceta w czapce, siedzącego na ławeczce i czytającego gazetę. Gdy robiłem zdjęcia, pojawił się starszy mężczyzna i zaczął coś mi po hiszpańsku wyjaśniać, a następnie usiadł na ławeczce koło rzeźby faceta i zaczął też czytać gazetę... momentalnie zrozumiałem, o co chodzi: to właśnie on pozował Macie Jimenez, gdy wykonywała tą rzeźbę, a teraz kręci się po placu, czekając na turystów i chętnie im pozuje do zdjęć! Tak więc nie tylko go 'unieśmiertelniła', ale też pewnie zapewniła świetne źródło dochodu—ustawiony jest na całe życie! 
Catherine oraz facet, który pozował Marcie Jimenez to tej rzeźby
Gdy z nim rozmawiałem i robiłem zdjęcia, wyjaśnił mi, że to właśnie artystka Martha Jimenez stworzyła te rzeźby i wskazał na budynek, gdzie mieściło się jej studio i galeria. Musi być ona wszechstronnie uzdolnioną osobą—rzeźbiarką, malarką, grawerem, autorką ilustracji i ceramikiem; zdobyła ona wiele nagród i jej dzieła znajdują się w wielu prywatnych kolekcjach na całym świecie. Rzeczywiście, jej galeria posiadała ogromną ilość unikalnych kubańskich dzieł sztuki, świadczących o jej bardzo wszechstronnym artystycznym talencie.

Plaza San Juan de Dios

Plaza jest zwana również Plaza del Padre Olallo, na pamiątkę księdza José Olallo y Valdés (1820 – 1889), który opiekował się biednymi miasta Camagüey. Ów ksiądz został beatyfikowany przez papieża Benedykta XVI i ceremonia beatyfikacyjna miała miejsce w Camagüey i była sprawowana przez kardynała Jose Saraiva Martins; prezydent Kuby, Raul Castro, również w niej uczestniczył.
Plaza de San Juan de Dios
Jest to jeden z najbardziej malowniczych placów i perełka architektury kolonialnej, z rzędami odrestaurowanych budynków. Dominuje na niej kościół Iglesia de San Juan de Dios, ale był zamknięty. Na placu znajdowało się kilka punktów sprzedających pamiątki oraz dwie restauracje.
Plaza de San Juan de Dios

Iglesia de Nuestra Senora de la Merced

Iglesia de Nuestra Senora de la Merced
Usytuowana na Plaza de los Trabajadores (tzn. na Placu Robotników), jest to jeden z najbardziej wyróżniających się w mieście kościołów i swego czasu największy na Kubie. Jedna z parafianek próbowała nam wyjaśnić historię tego kościoła—w 1601 r. wybudowana była na tym miejscu kaplica i jakaś nadprzyrodzona figura wzniosła się z tego miejsca do nieba. 
Krypta
Obecny kościół został wybudowany w 1748 roku i dwukrotnie przebudowany w późniejszych latach, raz z powodu pożaru. Grób Pański (Santo Sepulcro) był odlany z 25 tysięcy srebrnych monet 250 lat temu. Na ścianach wiszą stare, ściemniałe ze starości obrazy. Pod głównym ołtarzem znajduje się krypta, gdzie mieści się małe muzeum z różnymi kościelnymi eksponatami, znalezionymi w kościele, jak też można zobaczyć kilka starych, zawalonych grobów z czaszkami i kośćmi. Do kościoła przylega klasztor z przepięknym ogrodem.
Krypta
Teatro Principal

Budynek Teatro Principal pochodzi z 1850 r. i był przebudowany w 1926 r. po niszczycielskim pożarze i obecnie jest to siedziba Baletu Camagüey. W czasie naszej wizyty budynek był zamknięty, ale w roku 2013 udało się nam przez parę minut oglądać ciekawy występ dzieciaków, których to rodzice stanowili przeważającą część audiencji.
Teatro Principal
Fernando Alonso (1914-2013), były mąż Alicia Alonso (ur. w 1920 r.), kubańskiej prima baleriny, po rozwodzie z nią i opuszczeniu Narodowego Baletu Kuby (Ballet Nacional de Cuba), prowadził balet w Camagüey do 1995 roku.

Iglesia de la Soledad

Położony przy skrzyżowaniu ulic Calle Republica i Calle Agramonte, kościół Iglesia de la Soledad, wzniesiony w 1776 r., znajdował się zaledwie 250 metrów od naszej casa particular i stanowił jedną z najbardziej charakterystycznych i rzucających się w oczy budowli w Camagüey. Ignacio Agramonte był w nim ochrzczony oraz brał w nim ślub. 
Iglesia de Soledad
W małej alejce za kościołem znajdowała się przyjemna restauracja, zjedliśmy w niej smaczny obiad. Po drugiej stronie ulicy znajdował się sklep spożywczo/alkoholowy, w którym zakupiliśmy rum, miód i krople ziołowe. Podczas ‘Okresu Specjalnego’ na Kubie, gdy środki farmaceutyczne nie były dostępne, zaczęto używać metody holistyczne i naturalne lekarstwa, które do dzisiaj są popularne.

Calle Maceo

Ulica Calle Maceo, główny pasaż handlowy miasta (zamknięta dla ruchu samochodowego), zaczyna się przy tym kościele. Na tym samym skrzyżowaniu znajdują się też hotele Santa Maria i Islazul. Przed kościołem było sporo rykszy rowerowych (bici taxi) i taksówek czekają na turystów. Tu i tam można zobaczyć stare szyny tramwajowe—nie mogę sobie wyobrazić, w jaki sposób tramwaje radziły sobie z manewrowaniem, a szczególnie skręcaniem, w tych wąskich i pokręconych uliczkach miasta! 
Calle Maceo z dachu hotelu Gran Hotel
Bardzo lubiliśmy spacerować Calle Maceo, jak też wstąpiliśmy do hotelu Gran Hotel Camagüey—windą wjechaliśmy na dach—widok był SPEKTAKULARNY!!! Zrobiłem wiele zdjęć i filmów wideo. Co ciekawe, odcinek Calle Agramonte pomiędzy Plaza de los Trabajadores i Calle Republica przypominał studio filmowe, były tam kilka kin, fotografii i plakatów filmowych oraz rekwizytów filmowych.

Catedral de Seniora de la Candelaria

Ta trzystuletnia katedra była odnowiona przed wizytą Papieża Jana Pawła II w 1998 r. i jest ona poświęcona Najświętszej Marii Pannie Candelaria, patronce miasta. Szczyt katedry jest uwieńczony figurą Chrystusa. W 1530 r. w miejscu, gdzie wznosi się katedra, wybudowano kaplicę. I warto też wspiąć się krętymi schodkami na wieżę kościoła za jedyne 1 peso, widok jest niezwykły!
Plaza Agramonte, pomnik Agramonte i Catedral de Seniora de la Candelaria
Godzinę przed wymeldowaniem się z casa (w południe) szybko udaliśmy się po raz ostatni na zwiedzanie miasta; w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się koło kościoła Iglesia de la Soledad i podeszliśmy do czekającej taksówki; samochód był marki Skoda, nie miał ani klimatyzacji, ani pasów bezpieczeństwa, ale nie mieliśmy specjalnie wyboru, szybko ustaliliśmy cenę na 50 peso i poprosiliśmy kierowcę, aby po nas przyjechał o godzinie 12:30. Był bardzo punktualny i okazał się dobrym kierowcą—przybyliśmy do hotelu w Santa Lucia w rekordowym czasie.
Plaza de los Trabajadores (Plac Robotników)
Ponieważ powrotny samolot do Toronto odlatywał o godzinie 08:55 rano, musieliśmy być w hotelowym lobby już o godzinie 05:00 rano, a autobus na lotnisko odjeżdżał o godzinie 05:30. Drogi były puste i szybko dotarliśmy do lotniska. Sklepy na lotnisku były już otwarte i mogliśmy dokonać w ostatniej chwili zakupów. Niebawem z Hawany przyleciał samolot (Airbus 320, wynajęty od Europejskiej firmy), szybko do niego wsiedliśmy i po niecałych 4 godzinach wylądowaliśmy w zimnej Kanadzie.

Kuba się zmienia: żegnaj Che, witaj kolorowy delfinie!

Ostatnia, ale nie mniej ważna ciekawostka: Kuba się z pewnością zmienia i niektórzy Kubańczycy, zajmujący się działalnością biznesową, żartobliwie mówili, że obecnie są 'kapitalistami' i z dużym lekceważeniem i ironią odnosili się do socjalistycznych czy też komunistycznych ideałów, na których jakoby nadal opiera się system polityczny Kuby. 
W 2013 roku na cementowej płycie widniał wizerunek Che Guevara
Chciałbym tutaj przytoczyć przykład, który świetnie odzwierciedla nową rzeczywistość: będąc w listopadzie 2013 r. w Santa Lucia na Kubie, zobaczyłem słynny wizerunek surowo wyglądającego Che Guevara namalowany na cementowej płycie, koło drogi prowadzącej do ośrodka Marlin Nautical Centre. Od razu zrobiłem kilka zdjęci i nawet jedno z nich wybrałem jako 'okładkę' albumu zdjęć z Kuby na stronie Flickr. Podczas naszej obecnej wizyty zawitałem w to samo miejsce i miałem nadzieję ponownie sfotografować ów wizerunek. Ku mojemu dużemu zdziwieniu, podobizna Che została zamalowana i na jej miejsce namalowano uśmiechniętego delfina w kolorowej czapce z daszkiem, reklamującego ośrodek Marlin Nautica Centre...
W 2014 roku wizerunek Che było zamalowany i zastąpił go uśmiechnięty delfin!
To była nasza 8 podróż na Kubę w ostatnich 6 latach i po raz pierwszy udaliśmy się powtórnie do tego samego ośrodka. Przyjemnie było ponownie spotkać Kubańczyków, z którymi zawarliśmy znajomość poprzedniego roku i raz jeszcze odwiedzić te same miejsca. Ogólnie byliśmy z wycieczki bardzo zadowoleni i jedynie rozczarowała nas trochę pogoda, ale z pewnością nie ostudziła naszego entuzjazmu!



wtorek, 3 listopada 2015

THE MASSASAUGA PROVINCIAL PARK, ONTARIO: BIWAKOWANIE I SPOTKANIE Z GRZECHOTNIKIEM, WRZESIEŃ 2014 R.

Nasza trasa w/g GPS w parku Massasauga
Park Massasauga z pewnością jest jednym z ulubionych miejsc, do których często powracam i na początku września 2014 r. wybrałem się do niego po raz szósty. Pogoda była nadal letnia i nie zapowiadano opadów deszczu. Dojechaliśmy do Pete Access Point, gdzie znajdował się niewielki budynek biurowy parku, jak też wypożyczalnia kanu i rozległy parking. Od razu poinformowano nas o bardzo aktywnych niedźwiedziach buszujących w parku i uczulono, aby zawsze wieszać na gałęziach drzew nasze jedzenie, co zresztą i tak zamierzaliśmy robić. Było trochę wietrznie, ale jako że większość naszej trasy wiodła przez osłonięte od wiatru kanały, nie stanowił on dla nas dużego problemu. Zabrało nam prawie 4 godziny, aby dotrzeć do miejsca biwakowego—tym razem zarezerwowaliśmy miejsce nr. 601, na małej zatoce Jenner Bay. Mój kolega, jako kanuista raczej nowicjusz, był dość zmęczony wiosłowaniem i odetchnął z ulgą, gdy wreszcie dopłynęliśmy do biwaku.
Miejsce biwakowe nr 601 na zatoce Jenner Bay

Miejsce to odwiedziłem wraz z Catherine kilka lat temu; położone w bardzo specyficznym, a wręcz magicznym lesie, było dosyć mroczne… jak też było w nim coś upiornego i niesamowitego—wówczas oboje to czuliśmy i nawet żartowaliśmy, że byłoby idealne do nakręcenia taniego krwawego horroru. Na brzegu znajdowała się niewielka plaża, gdzie ustawiono parkową ławę oraz palenisko. Ponieważ zawsze biwakowałem na skalistych brzegach czy też wysepkach, często rozbijając namiot bezpośrednio na gołych skałach, tym razem z przyjemnością namioty ustawiliśmy w lesie, kilkanaście metrów od brzegu. Sądzę, że drugi powód, dla którego wybrałem to właśnie miejsce miał też inne podłoże—po prostu chciałem przekonać się, czy owe uczucie grozy, jakiego doznaliśmy kilka lat temu, urzeczywistni się czymś konkretnym i złowrogim… podobnie, jak to ma (przynajmniej na filmach) miejsce w domach nawiedzonych przez duchy (a w naszym przypadku, na nawiedzonych biwakach). Na zatoce Jenner Bay znajdowały się jeszcze dwa inne miejsca biwakowe (w czasie naszego pobytu nikt na nich nie przebywał), ale obydwa były o wiele gorsze od naszego. Po rozbiciu namiotów znaleźliśmy idealne gałęzie, na których powiesiliśmy beczkę z jedzeniem oraz plastikową lodówkę.
Widok z naszego miejsca na zatokę Jenner Bay

Tu i tam widniało kilka głębokich zagłębień, najprawdopodobniej utworzonych przez człowieka—przypominały trochę okopy, jakich masę spotykałem w polskich lasach. Gdy po powrocie spytałem się strażnika, czy może znał ich pochodzenie, powiedział, że dziesiątki lat temu w parku prowadzono różnoraką działalność (wyrąb drzewa, rybołówstwo) i jest bardzo możliwe, że w tym miejscu stały zabudowania. Wgłębienia przypominały masowe groby, które, po rozpadnięciu się zakopanych w nich ciał, zapadły się… jednakże nie próbowałem przeprowadzać żadnych amatorskich badań archeologicznych.
Ryba catfish (sum) nie wygłąda może zachęcająco, ale za to smakuje wybornie!

Zatoczka Jenner Bay była całkiem prywatna, jednak przez dwie noce zakotwiczyła się w niej średniej wielkości łódź motorowa oraz parę razy wpływały małe motorówki z wędkarzami.
Krzysztof z naszą kolacją

Codziennie wypływaliśmy na kanu wędkować na zatoce Jenner Bay oraz na jeziorze Huron; drugiego dnia złapałem dużego, 7-8 kilogramowego suma (cat fish), którego usmażyliśmy na patelni i z rozkoszą zjedliśmy, był wyborny! Później jeszcze złapaliśmy dwa szczupaki, obydwa na naszej zatoce i również trafiły na patelnie.

Co ciekawe, poziom wody w jeziorze nieustannie się zmieniał; jednego dnia woda dochodziła do paleniska, a następnego cofała się o przynajmniej jeden metr. Jedzenie skrupulatnie wieszaliśmy wysoko na gałęziach drzew i nigdy żadne stworzenie nie starało się do niego dobrać; jedynie w nocy widzieliśmy, jak przy ognisku biegały zabawne myszki. Kilka razy zauważyliśmy kolibry, które żywiły się nektarem kwiatów rosnących na brzegu.

Kilka dni po przyjeździe powiosłowaliśmy do wyspy Frying Pan Island, gdzie wstąpiliśmy do małego sklepiku (również posiadał napoje alkoholowe), uzupełniliśmy zapasy piwa i lodu i następnie skierowaliśmy się ku słynnej restauracji Henry’s Restaurant, znajdującej się w innej części tejże wyspy. Gdy się do niej zbliżaliśmy, byłem zdziwiony, że jej doki, przy których normalnie było zacumowanych kilkadziesiąt ogromnych łodzi, motorówek, żaglówek i nawet samolotów, tym razem świeciły pustką. Domyśliłem się, że restauracja zakończyła swoją sezonową działalność po święcie „Dnia Pracy” (2 września 2014 r.), kilka dni przed naszym przybyciem! Zawiedzeni—bo szykowaliśmy się na smażoną rybę—zatrzymaliśmy się przy dokach należących do Sans Souci and Copperhead Association i wreszcie mogłem zapoznać się z napisami znajdującymi się na ustawionych tam obeliskach (w poprzednich latach zawsze widziałem je z daleka i nigdy nie mieliśmy czasu się tam zatrzymać). Jedna z tablic poświęcona była słynnemu podróżnikowi Samuel de Champlain, który płynął w tej okolicy 399 lat temu (w 1615 r.):

Samuel de Champlain
na
Kanu
1615 r.

„Jeżeli o mnie chodzi, to zawsze trudzę się
Aby przygotować drogę dla tych
Co po mnie są gotowi nią podążać”.

Prowincja Ontario
Stowarzyszenie Zatoki Georgian Bay
1948

Po krótkim wypoczynku udaliśmy się z powrotem na nasze miejsce, otworzyliśmy puszkę pysznego, zimnego piwa i obserwowaliśmy wschodzący księżyc, który właśnie osiągnął pełnię.

Przedostatniego dnia wieczorem, gdy siedziałem na brzegu zatoki, pochłonięty czytaniem czasopism, nagle zauważyłem koło kanu zwiniętego węza; niewątpliwie, był to grzechotnik (Eastern Massasauga Rattlesnake), jedyny jadowity wąż w Ontario, od którego zresztą wywodzi się nazwa parku. Od razu zawołałem Krzysztofa i sięgnąłem po aparat fotograficzny. Krzysztof początkowo sądził, że zrobiłem mu dowcip i umieściłem sztucznego węża, aby go przestraszyć, bo wąż pozostawał przez długi czas w kompletnym bezruchu—ale po kilku minutach zaczął powoli pełznąć, potrząsając ogonem zakończonym grzechotką. 
Grzechotnik "The Easter Massasauga Rattlesnake" na naszym biwaku

Grzechotka składała się z 9 obrączek. Nie jest tak łatwo spotkać grzechotnika w Ontario—to był piąty raz, gdy maiłem okazję zobaczyć taki okaz na wolności—i z pewnością był to największy grzechotnik, jakiego widziałem: miał prawie metr długości, był bardzo gruby i w odróżnieniu od poprzednich, kompletnie się nas nie bał i nie próbował uciec, jak to zwykle one robią. Bez pardonu posuwał się ku nam, przeszedł przez palenisko i powoli zniknął w krzakach. Wiedząc, że grzechotniki zwykle polują w nocy, cierpliwie wyczekując przechodzących gryzoni, staliśmy się niezmiernie ostrożni, gdy spacerowaliśmy w lesie, szczególnie wieczorami i w nocy. Chociaż od lat sześćdziesiątych XX w. nie było w Ontario ofiar śmiertelnych spowodowanych ukąszeniem grzechotnika, nie zamierzaliśmy ryzykować (nota bene, szpital w niedalekim mieście Parry Sound posiada surowicę).
Koliber

Gdy ostatniego dnia opuściliśmy nasze miejsce i skierowaliśmy się ku Pete’s Place, mój GPS firmy Garmin nagle przestał wskazywać właściwą lokację i pomimo kilku prób, nie udało mi się go naprawić. Na szczęście posiadałem ze sobą zapasowy. Bez wątpienia, poradzilibyśmy sobie ze znalezieniem drogi powrotnej bez używania tego urządzenia, ale było o wiele wygodniej płynąc z jego pomocą. Dość mocno wiało i musieliśmy szczególnie mocno wiosłować na dość wzburzonej zatoce Woods Bay, ale gdy wpłynęliśmy w zatokę Blacktone Harbour, wiatr ucichł.

Wdaliśmy się w rozmowę z pracownikami parku i powiedzieli nam, że codziennie biwakujący w nim turyści informowali o niedźwiedziach, odwiedzających ich miejsca biwakowe, ale akurat działo się to nie w tej części parku, w której biwakowaliśmy. Na szczęście, niedźwiedzie były jedynie zainteresowane jedzeniem, nie ludźmi, jednak mogę sobie tylko wyobrazić, jak przerażające i nieprzyjemne musiały być takie spotkania z niedźwiedziami, bo sam doświadczyłem ich w przeszłości.
Przy ognisku

Nic strasznego ani nadprzyrodzonego nie wydarzyło się podczas naszego pobytu na tym miejscu, jednakże rok później Krzysztof powiedział, że rzeczywiście, było na nim coś nieprzyjemnego i przyprawiającego o gęsią skórkę i do tej pory to uczucie go nie opuszczało.

Ogólnie była to fajna wyprawa: park był prawie kompletnie pusty, prawie że nie widzieliśmy przepływających motorówek, sezon komarów prawie dobiegł końca, jak też nadal utrzymywała się dobra pogoda. Mieliśmy nadzieję złowić więcej ryb, lecz cóż, nie zawsze można mieć wszystko, co się pragnie! W każdym razie z przyjemnością odwiedziłbym ten park w następnym roku.