piątek, 31 sierpnia 2012

Na Kanu po Rzece Key River i Zatoce Georgian Bay w Ontario--Sierpien 2012 r. (Część Pierwsza Podróży)

Więcej zdjęć z tej wycieczki: http://www.flickr.com/photos/jack_1962/sets/72157631846244728/

Blog po angielsku/in English: http://ontario-nature.blogspot.ca/2012/08/canoeing-on-key-river-and-georgian-bay.html

[23 grudnia 2019 roku: Od lipca do października 2018 roku w okolicach French River szalał ogromny pożar lasu, zwany „Parry Sound 33”, spalając 11 tysięcy akrów lasu. Cała okolica przyległą do miejsca biwakowego nr 912, na którym biwakowaliśmy, została spalona i w roku 2019 nie wolno było biwakować na tych miejscach. Najprawdopodobniej też spłonął mały ‘cottage’ (domek letniskowy), znajdujący się vis-a-vis naszego miejsca. Może za parę lat uda mi się tam popłynąć i naocznie zobaczyć skutki tego pożaru].



Są na świecie miejsca tak specjalne i niecodzienne, że niezależnie od częstości ich odwiedzania zawsze chce się do nich wracać.  Dla mnie takimi miejscami są park French River (French River Provincial Park) oraz obszary wokoło wyspy Philip Edward Island na zatoce Georgian Bay w Ontario.  W sierpniu 2012 r. spędziłem dwa tygodnie, pływając na kanu w obu tych okolicach — i z przyjemnością odwiedziłbym je ponownie! 

Niniejszy blog obejmuje pierwszy etap naszej podróży (na rzece Key River, na zatoce Georgian Bay i w parku French River Provincial Park), a w następnym blogu opisałem drugi etap podróży, jaki odbyliśmy w pobliżu wyspy Philip Edward Island (http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/2012/08/na-kanu-na-zatoce-georgian-bay-kolo.html). 

Nie pamiętam, ile razy odwiedziłem park French River od mojej pierwszej wizyty w 1995 r., ale prawdopodobnie nie mniej niż dziesięć.  Jest to bardzo rozległy park i pewnie wiele tygodni, a może i miesięcy, zajęłoby swobodne zwiedzenie całego tego obszaru, rozciągającego się od jeziora Nipissing (Lake Nipissing) do zatoki Georgian Bay, i powiosłowanie na kanu po znajdujących się w jego granicach rzekach, ogromnej liczbie ich odnóg, dopływów i ujść oraz przepłynięcie wokoło niezliczonych i gęsto rozsianych skalnych wysepek i skał.  Dlatego też pomimo moich wielokrotnych wizyt nadal jest sporo miejsc, gdzie nie udało mi się dotrzeć.  Rzeka Key River, stanowiąca naturalną południową granicę parku, była do tej pory jednym z nich.  Rzeka zaczyna się około 3 kilometrów na wschód od szosy nr 69 i stanowi świetną drogę wodną, pozwalającą dostać się szybko i prosto do zatoki Georgian Bay.  Ponieważ nigdy przedtem nie odwiedziłem części parku znajdującej się nad zatoką Georgian Bay koło ujścia rzeki Key River, miała być to dla mnie i dla Catherine wycieczka w nieznane nam tereny.


Key River and French River Park, Ontario,
Canada
Trasa z Toronto do Key River Marina i Killarney
W poniedziałek 13 sierpnia 2012 r. wyjechaliśmy wczesnym rankiem z Toronto, spodziewając się przybyć do przystani (Key River Marina) przed południem.  Jechało się bezproblemowo i dotarliśmy na czas.  Zapłaciwszy z góry za parking na następne 6 dni, przenieśliśmy nasz dobytek z samochodu do kanu (jak zwykle jego ilość, wypełniająca po brzegi kanu, przyciągnęła uwagę znajdujących się wokoło ludzi) i wypłynęliśmy po dwunastej w południe.

Co jakiś czas widzieliśmy przepływające łodzie motorowe — na brzegach rzeki, u jej ujścia, jak też na brzegach i wysepkach zatoki Georgian Bay jest dużo domków letniskowych (cottages) i rzeką zwykle płynie sporo różnych łodzi motorowych — spodziewaliśmy się, że ruch na rzece będzie o wiele większy, ale ogólnie na całej długości naszej trasy widzieliśmy może ponad 10 łodzi.

Canoeing on the Key
River and Georgian Bay, Ontario, Canada, August, 2012
Key River Marina-gotowi do rozpoczęcia podróży!
Mniej więcej po 20 minutach pozostawiliśmy za sobą most drogowy i ruchliwą drogę.  Po południowej stronie rzeki rozciągał się rezerwat indiański (Henvey Inlet First Nation).  Znajdował się tam tylko jeden domek, zapewne należący do jednego z mieszkańców rezerwatu.  Natomiast na północnym brzegu rzeki zaczynał się park French River Provincial Park, niemniej jednak stało tam kilka domków na prywatnych działkach.  Jako że koryto rzeki Key River znajduje się w linii uskoku tektonicznego, nie ma ona praktycznie żadnych zakrętów i prowadzi prosto do zatoki Georgian Bay.  Oba jej brzegi są niezmiernie malownicze i skaliste, z tym że brzeg północny jest wyraźnie wyższy i bardziej skalisty, co prawdopodobnie jest wynikiem różnorodnych procesów geologicznych.  Często żałuję, że tak mało orientuję się w zagadnieniach geologii, ponieważ te obszary (będące częścią tarczy kanadyjskiej, zajmującej ponad połowę powierzchni Kanady) posiadają wiele niezwykłych formacji geologicznych — oprócz prekambryjskich skał mających ponad 570 milionów lat wszędzie widoczne są efekty działalności okresów lodowcowych.


Zlodowacenia przyczyniły się do utworzenia dorzeczy, kotlin, niecek i koryt wielu tak bardzo obecnie malowniczych rzek i jezior.  W wyniku tych przeobrażeń glacjalnych powstał bardzo charakterystyczny krajobraz, w którym dominują wygładzone skały, częściowo pokryte cienką warstwą ziemi, a częściowo obnażone.  Chociaż ogólnie tereny te nie nadają się dla rolnictwa (w przeszłości powstało na nich wiele farm, ale zdecydowana większość z nich, po ogromnych wysiłkach i syzyfowej pracy farmerów, została porzucona), to jednak zaczęły przyciągać rzesze turystów, myśliwych, wędkarzy i artystów.  To właśnie tutaj w latach dwudziestych XX wieku kilku kanadyjskich malarzy, zainspirowanych niepowtarzalnym pięknem krajobrazów i dzikiej, surowej przyrody, utworzyło słynną Grupę Siedmiu.  Ich oryginalny styl przestał naśladować przyjęte ówcześnie normy i stworzył bardziej niezależną, narodową szkołę twórców kanadyjskich.  Obecnie ich obrazy są wystawiane w reprezentacyjnych galeriach i osiągają rekordowe ceny na aukcjach.

Key River and French
River Park, Ontario, Canada
Wypłynęliśmy na kanu z Key River Marina, rzeką Key River dopłynęliśmy do zatoki Georgian Bay
 i następnie skierowaliśmy się ku północy i na pięknym miejscu nr. 912
 rozłożyliśmy się biwakiem na następne parę dni
Nad rzeką Key River znajduje się jedno oficjalne miejsce biwakowe, ale jego położenia mogliśmy się domyśleć jedynie dzięki mojemu GPS, bo nigdzie nie było oznaczone (normalnie do drzew przybija się małe, czerwone znaki — w parku wolno biwakować tylko w ustalonych miejscach).  W połowie trasy zatrzymaliśmy się na lunch i po następnych dwóch godzinach wiosłowania zaczęły się pojawiać budynki i cottages po obydwu brzegach rzeki (w tym miejscu nie należały już ani do parku, ani do rezerwatu indiańskiego).  Najprawdopodobniej mogliśmy rozbić się na południowym brzegu rzeki, będącym ziemią królewską (crown land), ale zamierzaliśmy biwakować nad zatoką Georgian Bay.  Przed godziną czwartą po południu dotarliśmy do ujścia rzeki Key River, gdzie zabudowania tworzyły małą osadę.  Jakby nie było, przybyliśmy do dawnego miasteczka Key Harbour (Port nad rzeką Key)!


Canoeing on the Key
River and Georgian Bay, Ontario, Canada, August, 2012
Pozostałości potężnego doku oraz ruiny elektrowni

W 2009 i 2010 r. odbyliśmy wycieczki kanu po rzece Pickerel River (znajdującej się w parku French River Provincial Park) i dotarliśmy do mostu, gdzie stało kilka domków(pisałem o tym w moim blogu, http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/2010/08/pickerel-river-canoeing-july-august.html).  To właśnie była Pickerel River, swego czasu mała, ale prężna osada, posiadająca sklepy i stację kolejową, a obecnie kolejne wymarłe miasteczko, dostępne jedynie drogą wodną, w lecie zamieszkiwane przez turystów, w zimie praktycznie opustoszałe.  Przejeżdżające pociągi już dawno przestały się w nim zatrzymywać!  Około 2,5 km na południe od tej osady znajduje się malutka kolonia Key Junction (junction w tym wypadku oznacza „węzeł kolejowy”), od wielu lat niezamieszkała.  To właśnie tam została wybudowana w 1908 r. bocznica kolejowa i przeprowadzono nową linię kolejową prowadzącą z Key Junction do Key Harbour!  Niebawem w Key Harbour wybudowano port (od którego właśnie wzięło nazwę miasteczko) z ponad 300-metrowym potężnym dokiem, który był w stanie obsłużyć kilka linii kolejowych.


Przez prawie dziesięć lat ruda z nowo odkrytych złóż koło miasta Sudbury była transportowana koleją poprzez Key Junction do portu w Key Harbour, a następnie załadowywana na jeziorowe frachtowce i przewożona drogą wodną do USA.  Niestety, nowe, większe frachtowce miały problemy z nawigacją w porcie Key River i rudę zaczęto transportować do innego portu, Depot Harbor (znajdującego się też nad zatoką Georgian Bay, blisko miasta Perry Sound, notabene, miasteczko Depot Harbor w 1979 r. zasiliło szeregi wymarłych miast).  Niemniej jednak port nad Key River pozostawał w użyciu przez następne 20 lat, służąc głównie do transportu węgla, który przywożono na statkach z USA; węgiel ładowano do wagonów i transportowano drogą kolejową — był on przeważnie używany do napędzania silników parowych.  Około 1938 r. transporty węgla bardzo zmalały, jako że coraz więcej silników stosowało olej napędowy.  Przez kolejne dwie dekady port nad Key River wykorzystywano głównie do transportu ryb i przewozu pasażerów, ale jego upadek był nieunikniony i ostatecznie nastąpił na początku lat sześćdziesiątych XX wieku, gdy linia kolejowa prowadząca z Key Junction do Key Harbour została zamknięta; tory wkrótce usunięto i byłą trasę kolejową stopniowo wchłonęły otaczające lasy.

Canoeing on the Key River and Georgian Bay,
Ontario, Canada, August, 2012
Key Harbour Lodge u ujścia rzeki Key River do zatoki Georgian Bay
Dopłynąwszy do ośrodka Key River Lodge, gdzie można przenocować, kupić artykuły wędkarskie i żywność, wypożyczyć łodzie oraz nabyć pozwolenia na biwakowanie w parku, zacumowaliśmy kanu, po czym udałem się do głównego budynku.  Właściciel powiedział, że dawna linia kolejowa (która przebiegała kilka metrów za budynkiem ośrodka) obecnie jest zarośnięta i ledwie widoczna (chociaż jej przebieg można jeszcze zobaczyć na mapach satelitarnych Google), a on sam czasem korzystał z niej w czasie polowania na niedźwiedzie.  W pobliżu były ruiny elektrowni, a z wody nadal wystawały potężne, choć już gnijące drewniane podpory, na których swego czasu opierał się kolosalny, długi i masywny dok służący pociągom i statkom.  Aż nie chce się wierzyć, że sto lat temu wrzało tu życie, a ten zdewastowany obecnie dok stanowił centrum aktywności transportowej!


Canoeing on the Key
River and Georgian Bay, Ontario, Canada, August, 2012
Po lewej stronie podpory, na których opierał się potężny dok -- a przed nami otwarte wody zatoki Georgian Bay!
Szkoda, że nie mieliśmy czasu na zwiedzenie tego ciekawego miejsca.  Wypłynąwszy z ujścia rzeki, znaleźliśmy się na otwartych wodach nigdy nieprzewidywalnej zatoki Georgian Bay.  Płynąc do tej pory po rzece Key River, czuliśmy wiejący wiatr, ale nie stanowił on dla nas żadnego problemu.  Obecnie ten sam wiatr, chociaż generalnie umiarkowany, zaczął dawać się nam we znaki — raptownie musieliśmy zmagać się z falami, które były wystarczająco wysokie, aby rozbujać kanu.  Początkowo miałem zamiar płynąć w kierunku zachodnim lub północno-zachodnim, minąć północny brzeg wyspy Dead Island i zacząć się rozglądać za jakimś dobrym miejscem biwakowym w jednej z wielu zatoczek (albo nawet zatrzymać się na miejscu biwakowym na wyspie Finger Island, gdzie nasza grupa biwakowała we wrześniu 2008 r., co opisałem w moim blogu, http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/2010/06/in-polish-french-river-canoeing.html).  Jednakże ta trasa wymagałaby przepłynięcia po praktycznie otwartych wodach, co wystawiałoby nasze kanu na wiatr i wysokie fale, bez możliwości schronienia się przy brzegu czy też na wyspie.  Wkrótce zdałem sobie sprawę, że im dalej posuwamy się na zachód, tym burzliwsze stają się fale.  Niedaleko nas płynęła motorówka z grupą wędkarzy, którzy spoglądali na nas z ciekawością; prawdopodobnie zakładali się, jak długo uda się nam przetrwać bez wywrotki!  Nie pozostawało nic innego, jak porzucić tę trasę.


Wykonaliśmy gwałtowny zakręt na północ i popłynęliśmy w stronę wyspy Dokis Island, zatoki Sand Bay i rzeki Pickerel River.  Po prawej stronie zostawiliśmy wyspę Germain Island, wpłynęliśmy na zatokę Whistler Bay, minęliśmy północny cypel wyspy Puddick Island i osiągnęliśmy początek zatoki Sand Bay, po czym skierowaliśmy się nią na północ.  Niektóre z wysp w tej okolicy — szczególnie dość duża Dokis Island — były albo częściowo prywatne (tu i tam widać było domki letniskowe), albo należały do Korony i można było na nich bezpłatnie biwakować.  Zatoka Sand Bay okazała się malownicza, posiadała kilka długich, skalistych wysp oraz skaliste wybrzeża.  Po jakichś 30 minutach zaczęliśmy szukać miejsca biwakowego nr 912, jedynego w tej okolicy.  Po pewnym czasie dostrzegliśmy miejsce, które świetnie nadawało się na obozowisko.  Rzeczywiście, GPS pokazywał, że właśnie tutaj znajduje się oficjalny biwak, mimo to nie widać było żadnego urzędowego znaku.  Wpłynąwszy w malowniczą zatoczkę, wyszliśmy na brzeg.


[23 grudnia 2019 roku: od lipca do października 2018 roku w okolicach French River szalał ogromny pożar lasu, zwany „Parry Sound 33”, spalając 11 tysięcy akrów lasu. Cała okolica przyległą do miejsca biwakowego nr 912, na którym biwakowaliśmy, została spalona i w roku 2019 nie wolno było biwakować na tych miejscach. Najprawdopodobniej też spłonął mały ‘cottage’ (domek letniskowy), znajdujący się vis-a-vis naszego miejsca. Może za parę lat uda mi się tam popłynąć i naocznie zobaczyć skutki tego pożaru].



Canoeing on the Key River and Georgian Bay,
Ontario, Canada, August, 2012
Nasze malownicze miejsce biwakowe nr. 912 na zatoce Sand Bay
Chociaż nie znaleźliśmy żadnego znaku, byliśmy pewni, że to właśnie teren obozowiska.  Tu i tam widać było kilka zrobionych z kamieni miejsc na ognisko — niestety, dookoła leżało sporo porozbijanego szkła [głównie z butelek po piwie — następnego dnia znalazłem w wodzie (!) odtłuczone dno butelki po piwie, z wystającym na sztorc ostrym kawałkiem szkła] i mnóstwo niedopałków.  Kilka prymitywnie skleconych mebli okazało się niezmiernie użytecznych i wygodnych — Catherine bardzo polubiła stolik wykonany ze starego grilla.  W pobliżu była też latryna z prawdziwym siedzeniem od sedesu — jednak znajdowała się absolutnie za blisko centrum naszego biwaku i dlatego nie nadawała się do użytku.  Samo miejsce biwakowe było położone na długim, skalistym półwyspie; z jednej strony mieliśmy widok na zatokę Sand Bay, mniejszą zatoczkę i ciekawe połacie odkrytych skał, a z drugiej strony rozciągała się mała skalista zatoczka, częściowo wyschnięta — poziom wody tego lata był bardzo niski, ponieważ przez wiele tygodni nie padał deszcz.  Catherine wielce podobało się nasze miejsce, a szczególnie mała, skalista zatoczka po drugiej stronie biwaku, gdzie często wypoczywała na komfortowym rozkładanym plastikowym krześle, które ktoś zostawił.  Wszędzie widzieliśmy krzewy jagodowe, ale zostały one dokumentnie spalone przez słońce, liście miały pomarszczone i brązowe i nie miały jagód.  Na przeciwległym brzegu Sand Bay stał samotny, zielony domek letniskowy, niezamieszkały podczas naszego pobytu.  Wkrótce rozbiłem namiot, Catherine wyładowała nasz ekwipunek z kanu i rozłożyła koło ogniska rzeczy kuchenne.  Byliśmy zmęczeni — jakby nie było, tego dnia przejechaliśmy ponad 300 km i wiosłowaliśmy 21 kilometrów.  Byłem spragniony, więc wypiłem dwie puszki zimnego piwa; jego smak był niepowtarzalny!  Później wybrałem się na ryby i wędkowałem w małej zatoczce koło naszego biwaku.  Dwie beczki, w których trzymaliśmy piwo, wino i jedzenie, powiesiliśmy na drzewie, zabezpieczając je bardziej przed szopami praczami niż niedźwiedziami.  Dookoła było dość drewna i gdy tylko się ściemniło, rozpaliliśmy ognisko, rzuciliśmy na grilla parę steków i, zmęczeni, stosunkowo wcześnie poszliśmy spać.


Georgian Bay jest ogromną zatoką na jeziorze Huron, o powierzchni ponad 15 000 km kwadratowych (5800 mil kwadratowych) — dla porównania powierzchnia jeziora Ontario wynosi 18 960 km kwadratowych — i często jest nazywana Szóstym Wielkim Jeziorem.
Pierwszymi Europejczykami nad Georgian Bay byli Étienne Brûlé, który prawdopodobnie przybył tam w 1610 r. i spędził kilka lat pośród Indian, oraz słynny podróżnik Samuel de Champlain, który w 1615 r. dotarł znad jeziora Nipissing Lake rzeką French River.  Champlain jako pierwszy sporządził mapę tych terenów, nazywając zatokę „La Mer Douce” (spokojne morze).

Brûlé nie prowadził żadnych pamiętników, Champlain zaś pozostawił po sobie sprawozdania z wypraw.  Po opuszczeniu jeziora Nipissing Champlain skierował się na południe, ku zatoce Georgian Bay. W taki sposób opisał tę część podróży:


Samuel de
Champlain
Tak podobno wyglądał Samuel de Champlain

Po dwudniowym wypoczynku z wodzem plemienia Nipissings wsiedliśmy do naszych kanu i wpłynęliśmy na rzekę wypływającą z tego jeziora [rzeka French River].  Przepłynęliśmy jakieś trzydzieści pięć lig [jedna liga wynosiła od około 3,25 km do 4,68 km] i pokonaliśmy kilka małych wodospadów, bądź lądem, bądź wodą, aż wreszcie osiągnęliśmy jezioro Attigouautan [zatoka Georgian Bay/jezioro Huron].  Wszystkie te tereny są jeszcze mniej atrakcyjne niż poprzednie, jako że widziałem wzdłuż brzegów tej rzeki tylko dziesięć akrów gruntów rolnych, reszta była skalista i bardzo pagórkowata.  Jest prawdą, że w pobliżu jeziora Attigouautan znaleźliśmy trochę kukurydzy, ale bardzo niewielkie ilości.  W tym miejscu towarzyszący nam dzikusi [tubylcy, tzn. Indianie] zaczęli zbierać kabaczki [squash], które były dla nas względnie do przyjęcia, bo nasze zapasy zaczynały się wyczerpywać z powodu złego nimi zarządzania przez dzikusów, którzy początkowo jedli je z takim apetytem, iż wreszcie mało co z nich zostało, pomimo że spożywaliśmy jeden posiłek dziennie.  Jednakże, o czym nadmieniłem poprzednio, nie narzekaliśmy na brak jagód i poziomek; inaczej znaleźlibyśmy się w poważnych tarapatach.

Champlain w tych okolicach również spotkał wielu Indian:


Napotkaliśmy trzystu mężczyzn z plemienia nazwanego przez nas „Cheveux Relevés” [ta znamienna nazwa została nadana z powodu ich stylu przyozdabiania włosów], jako że ich włosy były bardzo długie i skrupulatnie uczesane i bez porównania lepiej ozdobione niż włosy naszych „courtiers” pomimo ich różnych wyszukanych ozdób.  Ów styl nadaje im wygląd przystojności.  Nie noszą też bryczesów, a ich ciała są zaróżowione, o różnorodnych kształtach w różnych miejscach.  Malują twarze na różne kolory, ich nosy są przekłute i uszy ozdobione koralami.  Wychodząc z domu, zabierają ze sobą maczugę.  Odwiedziłem ich i, zapoznawszy się z nimi bliżej, zawarłem przyjaźń.  Podarowałem ich wodzowi topór; był nim tak zachwycony i zadowolony, jakbym mu dał jakiś drogi prezent.  Nawiązawszy z nim rozmowę, zapytałem go o rozmiary jego krainy, na co narysował mi szkic węglem na korze drzewa.  Wyjaśnił mi, iż przybył w to miejsce w celu suszenia owoców zwanych „blués” [jagody], które służą jako pożywienie w zimie i gdy nic innego nie można znaleźć.



Gdy dwa dni później Champlain kontynuował swoją wyprawę w kierunku południowym wzdłuż brzegów zatoki Georgian Bay, wspomniał również o licznych wysepkach i imponującej ilości ryb:

Następnego dnia rozstaliśmy się i podążaliśmy naszą trasą, wzdłuż brzegów jeziora Attigouautan [zatoka Georgian Bay/jezioro Huron], które posiada ogromną liczbę wysp.  Zrobiliśmy około czterdziestu pięciu lig, cały czas posuwając się wzdłuż brzegu jeziora.  Jezioro jest ogromne, ze wschodu na zachód ma długość prawie czterystu lig i szerokość pięćdziesięciu lig [w rzeczywistości zatoka Georgian Bay ma długość 220 km (140 mil) i szerokość 100 km (62 mile), natomiast długość jeziora Huron wynosi 332 km (206 mil), a jego szerokość 295 km (183 mil)] i z powodu jego ogromnych rozległości nazwałem je „Mer Douce” [spokojne morze].  Jezioro obfituje w różne rodzaje bardzo dobrych ryb — takich, jakie są u nas, i takich, jakich nie ma — ale głównie w pstrągi, które są niesamowicie ogromne, widziałem okazy długie na cztery i pół stopy [jedna stopa wynosi 30,48 cm], a najmniejsze miały dwie i pół stopy.  Występują również szczupaki takich samych rozmiarów i pewien gatunek jesiotra — ogromna ryba o wybornym smaku.  Kraina granicząca z jeziorem jest częściowo pagórkowata, jak na jego północnej stronie, i częściowo płaska, zamieszkała przez dzikusów i słabo zalesiona, m.in. przez dęby.  Przepłynąwszy przez zatokę, stanowiącą jedną z granic jeziora [była to zatoka Matchedash Bay w powiecie Simcoe w Centralnym Ontario; jest to ostatnie śródlądowe przedłużenie zatoki Severn Sound, położonej w południowej części zatoki Georgian Bay], popłynęliśmy jakieś siedem lig i pierwszego sierpnia [1615 r.] dotarliśmy do krainy Attigouautan do wioski zwanej Otoéacha.

The Canadian
Martyrs
Męczennicy Kanadyjscy

Jedenaście lat później (w lipcu 1626 r.) jezuita ks. Jean de Brébeuf wyruszył z Quebecu i, przepłynąwszy 800 mil, dotarł na tereny plemienia Huronów.  Obrał on tę samą drogę co Champlain i dotarł przez jezioro Nipissing i rzekę French River do zatoki Georgian Bay, na której brzegach założył misję dla Huronów.  W 1649 r. zginął tam śmiercią męczeńską, zamordowany w okrutny sposób przez Irokezów.  W 1930 r. został kanonizowany wraz z siedmioma innymi misjonarzami, obecnie znanymi jako „męczennicy kanadyjscy”. 

Edwin John Dove Pratt (1882–1964), jeden z czołowych poetów kanadyjskich pierwszej połowy XX wieku, napisał epopeję pt. Brébeuf and his Brethren („Brébeuf i jego Bracia”), opisującą podróż misyjną Jeana de Brébeuf i jego siedmiu towarzyszy jezuitów (męczenników kanadyjskich) na tereny plemienia Huronów, założenie przez nich misji Sainte-Marie-among-the-Hurons i ich śmierć męczeńską z rąk Irokezów.



Poniżej przytaczam kilkanaście wersetów tego eposu, dotyczących pierwszej podróży Jeana de Brébeuf na tamtejsze tereny:

Tak więc flotylla wyruszyła — tą samą trasą
Którą Champlain i Le Caron jedenaście lat
Wcześniej płynęli… 


[…] 


Ku niebieskim wodom jeziora Nipissing,
A potem na południe sto wijących się mil
Przez rzekę French River do brzegów Huronów.
Wspomnienia tej wyprawy miał Brébeuf
Doświadczyć wiele jeszcze razy:
Skały, katarakty i portaże,
Poranione stopy przez ostre kamienie, błoto
I fetor, głazy, kłody i plątanina narośli,
Oczekiwanie na chłodne noce po letnich upałach,
A gdy składał się do snu na swym skalnym łożu — komary
Tak zawzięcie kąsające, że wątpił, czy kiedykolwiek nastanie dzień.
Trzydzieści dni płynęli do zatoki Georgian Bay…

Canoeing on the Key
River and Georgian Bay, Ontario, Canada, August, 2012
Nasze ulubione miejsce na biwaku, nad małą, skalistą zatoczką

Następnego dnia pogoda była niewyraźna, trochę wiało i do późnego wieczora wypoczywaliśmy na naszym miejscu, czytając książki i gazety.  Po południu pojawiły się trzy motorówki, z których na pobliską skałę wysiadło parę osób.  Po kilku godzinach odpłynęły.  Pod wieczór wyruszyliśmy na przejażdżkę kanu.  Według mapy północna część zatoki Sand Bay zwęża się i wpada do niej mała rzeczka, prowadząca do bagnistych rozlewisk znajdujących się koło bocznej linii kolejowej odchodzącej od Key Junction (a raczej pozostałe po niej koryto).


Canoeing on the Key
River and Georgian Bay, Ontario, Canada, August, 2012
Grzechotnik "Eastern Massasauga Rattlesnake", jedyny jadowity wąż w Ontario

Chcieliśmy sprawdzić, czy można byłoby tam dopłynąć, ale na końcu zatoki była tama bobrów i nie mieliśmy chęci przenosić przez nią kanu.  Wpadliśmy jeszcze do przytulnej zatoczki tuż na północ od naszego miejsca biwakowego, zrobiłem kilka zdjęć i powróciliśmy.  Wieczorem znowu parę razy zarzuciłem wędkę, ale nic nie złowiłem.  Kiedy szukałem odpowiedniego podparcia dla wędki, trafiłem na częściowo zanurzony w wodzie kamień.  Podniosłem go i nagle moim oczom ukazało się coś o niezmiernie ciekawym kształcie i oryginalnych kolorach.

Był to bardzo mały, zwinięty grzechotnik (Eastern Massasauga Rattlesnake), jedyny jadowity wąż występujący w Ontario.  Jest on rzadko spotykany i wcześniej udało mi się go zobaczyć dwukrotnie.  Wąż cały czas pozostawał zwinięty i grzechotał swoją grzechotką, a raczej poruszał ogonem, nie wydając żadnego dźwięku.  Najprawdopodobniej był to bardzo młody osobnik i jeszcze nie zrzucił z siebie skóry (nie liniał) — zwykle grzechotka składa się z kilku segmentów, które uderzając jeden o drugi, wydają specyficzny dźwięk.  Segmenty grzechotki tworzą się po każdym zrzuceniu skóry, toteż dopóki wąż nie wytworzy przynajmniej dwóch segmentów grzechotki, nie jest w stanie wydać żadnego dźwięku.  Po jakimś czasie wąż zaczął powoli pełzać po skale, gdzie zrobiłem mu parę zdjęć, a następnie ostrożnie włożyłem go do papierowego kubka po kawie i przeniosłem paręnaście metrów dalej od naszego biwaku.  Gdy znajdował się w kubku, mogliśmy wreszcie usłyszeć grzechotanie, gdyż wibrujący czubek jego ogona dotykał papierowych ścianek i wywoływał drgania.  Wydawać się może, iż młode jadowite węże nie są takie niebezpieczne jak dorosłe osobniki.  Jest całkiem odwrotnie.  Otóż gdy dorosłe jadowite węże kąsają, często nie wpuszczają swojej ofierze trującego jadu lub wpuszczają małą jego ilość, ponieważ potrafią kontrolować jego objętość.  Natomiast małe węże nie posiadają jeszcze takiej umiejętności i w przypadku ukąszenia mogą nieumyślnie wstrzyknąć bardzo dużą ilość jadu.



Canoeing on the Key
River and Georgian Bay, Ontario, Canada, August, 2012
Grzechotnik "Eastern Massasauga Rattlesnake"

Według prognozy pogody dla wodniaków 15 sierpnia 2012 r. miało być słonecznie i bezwietrznie, toteż postanowiliśmy się wybrać na bardziej otwarte wody zatoki Georgian Bay.


W tym momencie chciałbym cofnąć się w czasie o ponad 170 lat…

Anna B.
Jameson
Anna Brownell Jameson (1794-1860)

Jedną z osób, które przepłynęły przez te tereny na kanu, była Anna Brownell Jameson (1794–1860), brytyjska pisarka.  Właśnie w 1836 r. przybyła do Kanady (zwanej wtedy Kanadą Górną) do męża, który otrzymał wysoką posadę w tutejszym sądzie.  Przez cały następny rok podróżowała po Ontario, odwiedzając takie miejsca jak Niagara, Hamilton, Woodstock, London, Detroit, wyspa Mackinaw Island, odbyła też podróż, głównie na kanu, z miejscowości Sault Ste. Marie do Toronto, podczas której zatrzymała się m.in. na wyspie Manitoulin, przepłynęła przez kanał Killarney oraz płynęła wzdłuż brzegów zatoki Georgian Bay, na południe od wyspy Philip Edward Island i koło ujścia rzeki French River.  Podczas swych rozległych podróży, jak sama pisze: została rzucona w miejsca i w sytuacje dotychczas nieopisane przez żadnego podróżnika, jak też mogła bezpośrednio obserwować życie Indian w taki sposób, w jaki do tej pory nie miała okazji tego doświadczyć żadna cywilizowana i wytworna europejska kobieta. Rezultatem tych podróży była wydana w Anglii książka pt. Winter Studies and Summer Rambles in Canada, która bardzo ciekawie opisuje odwiedzone przez nią miejsca, jak też napotkanych ludzi, miejscowe tradycje i ogólny styl życia w tamtym okresie; do dzisiaj jest ona wielokrotnie cytowana w publikacjach dotyczących tamtego okresu historii Kanady.


Płynąc po zatoce Georgian Bay nieopodal ujścia French River, pisała:

Przepłynęliśmy w odległości kilku mil od ujścia Rivière des Français [Rzeki Francuskiej, French River], najważniejszej ze wszystkich rzek wpadających do jeziora Huron.  Rzeka ta stanowi północno-południową drogę wodną dla handlarzy z Montrealu; najpopularniejsza trasa prowadzi rzeką Ottawą, przez jezioro Nipissing i na południe rzeką Francuską do jeziora Huron, jak też przez Sault-Ste-Marie do Jeziora Górnego (Superior).  I upewnijcie się, czy macie przed sobą mapę w czasie podróży.


Ostatnie zdanie: I upewnijcie się, czy macie przed sobą mapę w czasie podróży, jest być może bardziej aktualne dzisiaj niż w pierwszej połowie XIX wieku, bo większość z nas nie potrafi kierować się gwiazdami, Księżycem czy Słońcem, aby znaleźć właściwą drogę.  Nawet doświadczeni wodniacy, zaopatrzeni w mapy i kompasy, często gubią się pośród niezliczonych zatoczek, wysp, wysepek i skał, które, w zależności od poziomu wody, mogą się ze sobą łączyć i zlewać w jedną całość, tworząc nowe, masywne wyspy, nienaniesione na żadne mapy, lub znikać pod powierzchnią wody, myląc nieostrożnych wodniaków i podstępnie zapraszając ich łodzie, aby się następnie roztrzaskały na podwodnych skałach.  Dlatego też mój odbiornik GPS stał się jedną z najważniejszych rzeczy, jakie ze sobą zabieram na takie wyprawy (ba, mam nawet dwa zapasowe!), i nie mogę sobie wyobrazić odbywania tego rodzaju wycieczek bez takiego urządzenia (chociaż jeszcze nie tak dawno jakoś dawałem sobie radę, używając jedynie mapy i kompasu!).


Sketches by Anna B.
Jameson
Szkic namalowany przez Annę B. Jameson "Kanu na Jeziorze Huron"

Zostawiwszy za sobą ujście French River Anna Brownell Jameson opisywała swoją dalszą podróż i mijaną okolicę:

Minąwszy przylądek i rzekę, ponownie natknęliśmy się na grupę cudownych wysp elizejskich, wijących się pomiędzy skałami i listowiem kanałów, oraz na pola wodnych lilii.  Przepływając przez piękny kanał, miałam okazję zobaczyć, w jaki sposób będący w podróży Indianin komunikuje się z przyjaciółmi.  Otóż umieszczał gałąź w taki sposób, że wystawała ponad wodę i była z daleka widoczna: na jej końcu, w szczelinę był włożony kawałek kory brzozowej, na której widniały jakieś hieroglificzne znaki narysowane czerwoną ochrą, których nie mogliśmy zrozumieć — myślę, że jedna z figur przedstawiała rybę.


Być może pisząc o „wyspach elizejskich”, autorka miała na myśli Bustard Islands (Wyspy Dropie), chociaż w tej okolicy jest bez liku pięknych wysp i wszystkie zasługują na takie idylliczne określenie.  Chociaż Indianie nie używają już opisanego przez autorkę systemu komunikacyjnego, to sądzę, że poza tym te tereny nie zmieniły się tak bardzo od jej wizyty w 1837 roku — i szczerze ufam, że pozostaną niezmienione co najmniej przez kolejne 170 lat.



Canoeing on the Key
River and Georgian Bay, Ontario, Canada, August, 2012
Prawdopodobnie lata temu była to chałupa rybacka

Następnie popłynęliśmy na południe i zatrzymaliśmy się przy wschodnim ujściu (Eastern Outlet), gdzie na brzegach rozsianych było kilka domków.  Catherine wyszła na ląd i weszła do jednego z nich — prawdopodobnie była to kiedyś chałupa rybacka, obecnie przerobiona na bardzo prosty domek letniskowy.  Nieopodal znajdował się stary wiatrak.

Muszę dodać, że często takie domki mają niezamknięte drzwi na wypadek, gdyby jakiś zagubiony kajakarz czy kanuista potrzebował schronienia — nieraz nawet do drzwi była przyklejona notatka z prośbą, aby nie robić żadnych szkód.  Kilka lat temu spotkałem w Temagami wędkarza, który opowiadał mi, jak niegdyś złapała go nagle burza i chociaż miał motorówkę, nie był w stanie popłynąć z powrotem, był więc zmuszony spędzić dwie noce w takim domku letniskowym.  Następnie płynęliśmy na południe pomiędzy wyspą Dokis Island po naszej lewej stronie i sporą wyspą bez nazwy po prawej.



Canoeing on the Key
River and Georgian Bay, Ontario, Canada, August, 2012
Można się łatwo zgubić pośród tych skał lub w nie uderzyć, bo wiele z nich znajduje się pod wodą
Jak poprzednio wspominałem, większa część wyspy Dokis Island stanowi „ziemię Korony” (należy do rządu federalnego Kanady) i widzieliśmy na niej sporo świetnych miejsc na biwak.  Nagle Catherine wskazała ręką w kierunku wyspy Dokis Island — po jej brzegu spacerował czarny niedźwiedź, a w kilka sekund później spostrzegliśmy małe niedźwiedziątko drepczące za matką!  Podpłynęliśmy bliżej brzegu, ale oba niedźwiedzie zniknęły i nawet nie byliśmy w stanie zrobić im zdjęcia.

Podążaliśmy nadal na południe, wzdłuż brzegu bezimiennej wyspy.  Według mapy na moim GPS (i papierowej mapy parku) niedaleko miał znajdować się przesmyk przecinający wyspę — zaoszczędziłby on nam trochę wiosłowania.
Wpłynęliśmy do małej zatoczki, ale szybko stała się ona tak płytka, że musieliśmy wysiąść z kanu i przeciągać je przez płycizny.  Podczas gdy Catherine udała się na zwiady, ja brodząc w wodzie, znalazłem stare, zardzewiałe ostrze siekiery.  Może była używana ponad sto lat temu przez któregoś z wielu w tej okolicy drwali… a może niedawno została wyrzucona przez właściciela pobliskiego domku?  Ponieważ niemożliwością było dalej płynąć, zawróciliśmy, minęliśmy zacumowaną żaglówkę, przepłynęliśmy pomiędzy dwiema wysepkami i wkrótce przybyliśmy do północnego koniuszka sławnej (lub niesławnej) Dead Island (Wyspy Zmarłych)…

Canoeing on the Key
River and Georgian Bay, Ontario, Canada, August, 2012
Wszędzie skały...

Tradycyjnie indiańskie plemię Ojibwa (Odżibwejowie) chowało tu swoich zmarłych, zawijając ich w korę brzozową lub futra, czasem wraz z niektórymi rzeczami stanowiącymi ich dobytek i umieszczając ich na drzewach lub pod kopcami utworzonymi z dużych kamieni i głazów (jedną z przyczyn takiego rodzaju pochówku było to, że nie można było kopać grobów, bowiem cały obszar jest zbudowany z podłoża skalnego).


Na Cross Island (Wyspa Krzyża) w północnej części French River znajdują się groby misjonarzy; mimo że władze parku nie były skłonne ujawnić ich dokładnej lokacji, pokazano mi fotografie podobnych grobów.  Składały się one z kamieni ułożonych na kształt człowieka.  Takich miejsc jest dość dużo na brzegach French River, co wydaje się logiczne — z pewnością większość pochowanych w ten sposób stanowiły ofiary utonięć, które były niestety powszechne, bo, o dziwo, osoby podróżujące regularnie kanu nie potrafiły pływać — i mówiono mi, że do tej pory można te miejsca rozpoznać, jeżeli umie się ich odpowiednio szukać.  W każdym razie ustronia, gdzie Indianie chowali swoich zmarłych, są dla nich święte — i Wyspa Zmarłych (Dead Island) stanowi jeden z takich zakątków.

Sketches by Anna B.
Jameson
"Kobieta Indiańska" -- szkic Anny B. Jameson

W 1893 r. w Chicago odbyła się wystawa światowa, zbiegająca się z obchodami 400-lecia przybycia Krzysztofa Kolumba do Nowego Świata w 1492 r.  Podczas 6 miesięcy jej trwania obejrzało ją ponad 27 milionów ludzi.  Wielkość i rozmach, z jakim ją zorganizowano, o nieba przekroczył wszystkie poprzednie tego rodzaju wystawy.  Była ona tak ważnym wydarzeniem w historii Chicago, że honoruje ją jedna z gwiazd na fladze miejskiej.  Podczas ekspozycji zaprezentowano mnóstwo atrakcji handlowych (zwłaszcza związanych z energią elektryczną i oświetleniem), jednak po raz pierwszy częścią wystawy były osobne pawilony prezentujące bardziej przyziemne atrakcje rozrywkowe.  Jedną z nich były zmumifikowane szczątki Indian północnoamerykańskich.  Co ciekawe, mniej więcej w tym samym czasie takie właśnie szczątki zniknęły z wyspy Dead Island.  Do dzisiaj Indianie starają się odzyskać przynajmniej niektóre z nich.


Key River and French River Park, Ontario,
Canada
Trasa naszej wycieczki z miejsca nr. 912 do wyspy Dead Island i z powrotem

Mimo że intensywnie przyglądałem się wyspie Dead Island (ma ona ponad 1 km długości, jest dość skalista i porośnięta roślinnością), nie zauważyłem niczego osobliwego.  O ile mi wiadomo, nie ma już na niej żadnych ludzkich szczątków…  Jedynie od czasu do czasu samotny kajakarz lub kanuista, który nieopatrznie bezcześci to święte miejsce w poszukiwaniu kempingu, nagle zostaje owładnięty osobliwym uczuciem lęku i grozy i szybko pierzcha do swojej łódki. Zawzięcie wiosłując, solennie przyrzeka sobie, że nigdy więcej jego stopa tam nie stanie…


Po opuszczeniu osady Killarney Anna Jameson skierowała się na południe. Przepływając niedaleko ujścia French River, tak opisała miejsca, gdzie Indianie chowali swoich zmarłych:

Tego dnia minęliśmy dwa indiańskie grobowce na zacienionej przez brzozy i sosny skale, wokół której szemrały lśniące wody.  Wyszłam na ląd, aby się im bliżej przyjrzeć.  Indianie nie są w stanie tutaj pochować swoich zmarłych, zakopując ich, jako że nie ma ilości ziemi wystarczającej do całkowitego zakopania ich szczątków, jakkolwiek układają ciało, dokładnie zawinięte w korę, na płaskiej skale, a następnie pokrywają je warstwą kamieni i skał.  To był grób kobiety i jej dziecka; fragmenty ozdób i innych rzeczy złożonych wraz z nimi były nadal dostrzegalne.

I nieco dalej autorka opisuje, jak przybiła do brzegów Island of Skulls (Wyspy Czaszek):

Dziś przybiliśmy do Island of Skulls, gdzie od wieków Huroni grzebali swoich zmarłych.  Niektóre czaszki i kości były rozproszone, jak też były porozrzucane kamienie i skały, które niegdyś ułożone w sterty je przykrywały.  Owo miejsce było niezwykle dzikie i opustoszałe; wznosiło się z brzegu w postaci kolejnych półek skalnych do znacznej wysokości.  Rosło na nim tu i tam kilka przywiędłych sosen, dookoła których kołowało kilka par jastrzębi, wydających z siebie przenikliwe wrzaski.  Wszyscy orzekliśmy, iż w żadnym wypadku nie zatrzymamy się na posiłek na tej ponurej wyspie, i ruszyliśmy w dalszą drogę.  Opłynęliśmy niezwykły przylądek wspomniany przez Henry’ego jako Pointe aux Grondines [Alexander Henry, handlarz futer, kupiec, handlowiec, oficer i pisarz, urodzony w sierpniu 1739 r., zmarł 4 kwietnia 1824 r. w Montrealu, przepłynął koło przylądka Pointe aux Grondines 31 sierpnia 1761 r.].  W tym miejscu zawsze jest duża fala i nieprzerwany dźwięk grzywaczy rozbijających się na skałach, skąd się wzięła jego nazwa [wyraz grondines bierze się z francuskiego czasownika gronder, znaczącego „bulgotać, przetoczyć, ryczeć”].  Dopiero co kilka lat temu handlarz płynący na kanu wraz z szesnastoma osobami rozbił się i wszyscy zginęli w tym miejscu.

Trudno mi powiedzieć, czy ta Island of Skulls (Wyspa Czaszek) to jest Dead Island (Wyspa Zmarłych) — autorka sugeruje, że po opuszczeniu Island of Skulls: opłynęliśmy niezwykły przylądek wspomniany przez Henry’ego jako Pointe aux Grondines.  Problem leży w tym, że Point Grondine jest położony zaraz na wschód od wyspy Philip Edward Island i zatoki Beaverstone Bay i stanowi część rezerwatu indiańskiego Point Grondine First Nation.  W 2010 r. z powodu bardzo wietrznej pogody byliśmy zmuszeni spędzić na brzegach tego rezerwatu noc.  Z kolei wyspa Dead Island jest położona około 27 km na południe od Point Grondine.  Ponieważ Anna Jameson podróżowała w kierunku południowym, powinna więc NAJPIERW minąć Point Grondine, a dopiero PÓŹNIEJ, po kilku godzinach wiosłowania dotrzeć do wyspy Dead Island — chyba że pomieszała się jej kolejność wydarzeń (co może się łatwo zdarzyć — wiem to z mojego własnego doświadczenia!).

Canoeing on the Key
River and Georgian Bay, Ontario, Canada, August, 2012
Płynąc z wyspy Dead Island do naszego biwaku

Nie muszę dodawać, że na wyspie Dead Island nie spotkało nas nic nadprzyrodzonego — zresztą nawet nie spożyliśmy na niej lunchu, jedynie leżeliśmy na ciepłej skale i wypoczywaliśmy, delektując się słoneczną pogodą.  Godzinę później pomału zaczęliśmy wiosłować z powrotem — było zbyt wietrznie, aby zahaczyć o bardzo malownicze wyspy Outer Foxes, położone na północnym zachodzie.  Przepłynęliśmy przez kanał Dead Island (zwykle używany przez większe łodzie motorowe i żaglowe — jest to oficjalny szlak nawigacyjny) i wpłynęliśmy do zatoki Genesee Bay. Również tym razem duża wyspa bez nazwy była po naszej prawej stronie, a my płynęliśmy szerokim kanałem.  Po jakimś czasie na środku kanału pojawiła się długa wysepka, dzieląca go na dwa pomniejsze przesmyki.  Nie byłem pewien, który z nich nadawał się do przepłynięcia, ale ten po lewej stronie wydawał się szerszy — prawdopodobnie dokonałem właściwego wyboru, bo drugi przesmyk z daleka wyglądał na bardzo zarośnięty.  Gdy tak sobie powoli wiosłowaliśmy, na niebie pojawiły się dość złowrogo wyglądające chmury — niektóre przypominały kalafiory, inne były ciemne i nie wróżyły nic dobrego.  Były dość daleko od nas, ale okolice, nad którymi się przesuwały, musiały być zlane deszczem, bo wyraźnie widać było padający z chmury deszcz, a niebawem Catherine zauważyła błyskawice.  Zatrzymaliśmy się w Eastern Outlet, koło wejścia do zatoki Sand Bay, parę metrów od tego wiatraka i starej rybackiej chaty.  Usiedliśmy na skałach i obserwowaliśmy niebo.  W razie burzy mogliśmy się schronić w chacie, ale na szczęście burza przeszła bokiem i po niecałych 30 minutach dopłynęliśmy do naszego biwaku.  Zarzuciłem parę razy wędkę i po kilku minutach złowiłem szczupaka, którego szybko oczyściłem i odfiletowałem, a Catherine przyrządziła z niego pyszną zupę rybną.


Następnego dnia z powodu silnego wiatru nie wybraliśmy się na żadną wycieczkę i spędziliśmy cały dzień, czytając książki i magazyny, jak też słuchaliśmy radia.  Siedząc w cieniu, mieliśmy przepiękny widok na długi, wąski, skalisty kanał po drugiej stronie naszego biwaku.  Wychodząc rano z namiotu, Catherine spostrzegła czerwonego lisa; oboje się na siebie spojrzeli i lis postanowił się oddalić, ale przedtem „okrasił” kilka naszych rzeczy zapachem przypominającym ten, jaki wydzielają skunksy (śmierdziele).  Pod wieczór poszedłem powędkować. Stojąc na przepięknych jałowych skałach, rzucałem błystkę do małej zatoczki przylegającej do naszego miejsca biwakowego.  Może po 3 minutach złapałem szczupaka.  Krzyknąłem do Catherine, aby przyniosła nóż filetowy, a zanim go przyniosła, znowu zarzuciłem i od razu złapałem następnego szczupaka!  W niecałe 20 minut obie ryby były sprawione i usmażyliśmy je na kolację.

Canoeing on the Key
River and Georgian Bay, Ontario, Canada, August, 2012
Te chmury nie wróżą nic dobrego!  Na szczęście burza i deszcze ominęły nasze miejsce biwakowe

Opływając przylądek Point Grondine, Anna Jameson w swojej książce wzmiankowała nazwisko Henry’ego, który wiele lat przedtem też opływał ten przylądek.  Ów podróżnik, Alexander Henry „Starszy” (1739–1824), był jednym z najważniejszych handlarzy futer w Kanadzie.  W latach 1763–64 mieszkał i polował z wodzem Wawatam z plemienia Ojibwa (Odżibwejów), który uznał Henry’ego za swojego brata.  Lata spędzone z Odżibwejami i kolejne wyprawy odkrywcze Henry opisał w książce pt. Podróże i przygody w Kanadzie i na terytoriach indiańskich w latach 1760–1776, opublikowanej w Nowym Jorku w 1809 r.


Alexander Henry
(1739-1824)
Alexander Henry "Starszy" (1739-1824)

Oto urywek opisu jego podróży z jeziora Nipissing, rzeką French River, do jeziora Huron i ku wyspie Manitoulin (niewykluczone, że przepłynął również przez kanał Killarney):


Południowe brzegi jeziora Nipisingue [jezioro Nipissing] są skaliste i słabo zalesione sosnami i świerkami które, jak uprzednio już nadmieniłem, są niskie.  Portaż La Chaudiere Franchise znajduje się w górnej części rzeki River des Francais [rzeka French River], w miejscu pierwszego spadku wody z poziomu jeziora Nipisingue ku jezioru Huron.  Zanim wody rzeki dotrą do jeziora Huron, muszą pokonać wiele niebezpiecznych bystrzy, stanowiących zagrożenie dla przemierzających tą trasę na kanu ludzi, aż wreszcie wlewają się do jeziora kilkoma odnogami, płynąc nimi niczym młynówką.  River des Francais ma długość 20 lig [jedna liga wynosiła od 3,25 km do około 4,68 km] i wiele wysepek jest rozrzuconych w jej korytach.  Brzegi rzeki stanowi jednolita skała.  Wśród portaży, do których kolejno przybywaliśmy, wymienić chciałbym Portage des Pins (czy też du Pin); de la Grande Faucille [Faucille oznacza „sierp” po francusku], de la Petite Faucille i du Sault du Recolet [Bystrze Rekolekcjonisty — tak zwane prawdopodobnie dzięki podobieństwu do Bystrza Rekolekcjonisty położonego pomiędzy wyspami Montreal i Jezus, tak nazwanego dla upamiętnienia śmierci zakonnika zakonu rekolekcjonistów lub franciszkanów, który tam się utopił – uwaga A. H.].
Niedaleko ujścia rzeki znajduje się łąka nazwana La Prairie des Francais, wyglądająca inaczej  niż przeważające tam skalne naleciałości; na tej właśnie łące rozłożyliśmy nasz obóz i zabraliśmy się do reperacji kanu.  Pokonawszy wszystkie portaże, pozostało jedynie przeprawić się przez morskie bałwany jeziora Huron, którego bezkresne wody rozciągały się przed nami, zlewając się z horyzontem niczym ocean.  Trzydziestego pierwszego sierpnia [1761 r.] wpłynęliśmy na jezioro, wysokie fale biły z południa i rozbijały się o liczne skały.  Początkowo ta sytuacja napełniła mnie trwogą, lecz kanu pędziło po wodzie i obawy mnie opuściły.  Przepłynęliśmy koło Point aux Grondines, zwanego tak z powodu ciągłego huku wody uderzającej o skały.  Wiele skał jest zatopionych; stają się one niebezpieczne, gdy wiatr, jak to właśnie miało miejsce, wieje od południa.  Płynąc, mijaliśmy wiele małych wysp, a raczej skał o różnej wielkości, bądź całkowicie gołych, bądź też skąpo zalesionych karłowatymi sosnami.

Do dzisiaj pamiętam zdradliwe fale, które smagały na pół zatopione skały w zatoce Beaverstone Bay (niedaleko przylądka Point Grondine), podczas gdy płynęliśmy kanu paręnaście metrów od nich.  W pewnym momencie jedna z fal mocno popchnęła kanu i przelała się przez nie, prawie je wywracając.


Canoeing on the Key
River and Georgian Bay, Ontario, Canada, August, 2012
Pakujemy się i opuszczamy nasze przepiękne miejsce

Ze względu na ciągle zmieniającą się pogodę nie wiedzieliśmy, czy powinniśmy zostać dłużej, czy też już wracać do przystani Key River Marina.  Siedemnastego sierpnia, w piątek, postanowiliśmy wrócić do przystani i albo spędzić noc w namiocie w parku Grundy Lake, albo w razie niepogody przenocować w motelu koło restauracji The Hungry Bear (pomysł Catherine).  Spakowaliśmy się, pożegnaliśmy nasze bardzo przytulne miejsce biwakowe i w południe byliśmy na wodzie.  Parę minut przed wyruszeniem zobaczyłem małego, brązowego węża.  Nie miałem ze sobą aparatu fotograficznego. Lekko szturchnąłem go gałązką, na którą od razu się rzucił, szeroko otwierając szczęki.  Nie znałem tego gatunku węży, ale po powrocie przewertowałem fotografie węży występujących w Ontario i prawdopodobnie był to Brownsnake Dekay (Storeria dekayi).


Canoeing on the Key
River and Georgian Bay, Ontario, Canada, August, 2012
Tu nam przyszło spędzić jedną noc -- miejsce było przepiękne!

Było dość wietrznie, ale z naszego biwaku sytuacja nie wyglądała tak źle. Gdy jednak zaczęliśmy wiosłować, szybko przekonaliśmy się, że wiatr był o wiele silniejszy, niż szacowaliśmy — i oczywiście, był to wiatr przeciwny!  Wiosłowaliśmy tak mocno, jak się dało, ale kanu poruszało się do przodu bardzo wolno; gdy staraliśmy się manewrować wśród wystających z wody skalnych raf, fale były tak burzliwe, że ledwie udało się nam odwiosłować od zdradliwych skał.  Wkrótce stało się jasne, że jeżeli wiosłowanie w stosunkowo osłoniętej zatoce Sand Bay jest tak trudne, to na otwartych wodach zatoki Georgian Bay nie będziemy w stanie długo utrzymać kanu na wodzie.


Canoeing on the Key
River and Georgian Bay, Ontario, Canada, August, 2012
Chociaż 'zapasowy' namiot był tani i mały, nie mieliśmy problemów w nim się przenocować

Z ledwością dotarliśmy do północnego koniuszka długiej wyspy, która przebiegała przez środek zatoki Sand Bay (leżała na południowy wschód od wyspy Humbum Island) i wpłynęliśmy do malutkiej zatoczki.  Niewielkie wzgórze na wyspie zapewniało nam świetną ochronę od wiejącego nieustannie wiatru.  Chociaż do naszego miejsca biwakowego było tylko 1,5 km, to przepłynięcie tego dystansu zajęło nam ponad 30 minut!  Na szczęście miejsce było bardzo przyjemne.  Wszedłem na wzgórze i obserwowałem fale na zatoce Sand Bay.  Na pobliskich wysepkach znajdowało się kilka domków letniskowych — wyglądało, że nie były w tym czasie zamieszkałe.  Tu i tam ujrzałem kilka zbudowanych palenisk na ogniska, ale niemożliwością byłoby ich używanie przy takim wietrze.  Ponieważ nie wyglądało na to, aby pogoda się poprawiała, postanowiliśmy zatrzymać się na noc i skorzystać z naszego niedużego, namiotu awaryjnego.


Choć zbudowałem malutkie, symboliczne ognisko z kilku kamieni, nie chciało się nam go rozpalać, lecz z przyjemnością wypiliśmy po lampce wina.  Bardzo wcześnie poszliśmy do namiotu — rzeczywiście był niewielki (najtańszy dla dwóch osób, jaki można było nabyć w Wal-Mart), nie mogłem nawet rozprostować w nim nóg, ale mimo wszystko, zmęczeni, bardzo dobrze spaliśmy.

Key River and French
River Park, Ontario, Canada
Krótka trasa z miejsca nr. 912 do zatoczki, gdzie spędziliśmy jedną noc

Ponieważ byliśmy zmuszeni zatrzymać się na noc na tej wysepce, raz jeszcze ogarnąłem wzrokiem otaczający mnie krajobraz wraz z ogromną liczbą skalnych wysepek, które stanowiły jego nieodłączną część.  Zastanawiałem się, czy te tereny wyglądały tak samo dwieście lub trzysta lat temu.


Z pewnością przemysł drzewny dokonał ogromnego spustoszenia, wycinając praktycznie wszystkie nadające się drzewa i często pozostawiając dosłownie pustynie — wokoło ciężko byłoby znaleźć choćby jedną sosnę mającą ponad 100 lat!  Z drugiej strony w zdumiewający sposób drzewa odrosły i pojawiły się prawie wszędzie tam, gdzie była nawet bardzo cienka warstwa ziemi i mocno przytwierdziły swoje korzenie do szczelin i pęknięć w skale. Być może lasy te nie są tak wysokie i gęste jak w przeszłości, ale i tak są imponujące!  A jeżeli chodzi o te skaliste wysepki i brzegi, to na szczęście pozostały one praktycznie niezmienione i czytając opisy podróżników wędrujących po tych terenach setki lat temu, nadal widzę ten sam krajobraz i tę samą topografię, jaką opisywali w swych dziennikach. Pozwolę sobie przytoczyć opis sporządzony przez jednego z takich podróżników, Alexandra Mackenziego.

Alexander
MacKenzie
Alexander Mackenzie (1764-1820)

W końcu osiemnastego wieku sir Alexander Mackenzie (1764–1820), szkocki podróżnik, przeprawił się przez tereny obecnej Kanady i w 1793 r. dotarł do Oceanu Spokojnego.  Była to pierwsza wyprawa ze wschodu na zachód w poprzek Ameryki Północnej (na północ od Meksyku) i poprzedziła wyprawę Lewisa i Clarka o 10 lat.  Poniżej cytuję fragment opisu podróży z jeziora Nipissing, rzeką French River do jeziora Huron i w kierunku Jeziora Górnego (Lake Superior) z jego książki pt. Voyages from Montreal Through the Continent of North America to the Frozen and Pacific Oceans in 1789 and 1793.


Sześć mil dalej leży jezioro Nepisingui [Nipissing], którego długość obliczana jest na dwanaście lig [jedna liga wynosiła od 3,25 km do około 4,68 km], jednakże w przypadku podróży kanu trasa jest trochę dłuższa.  Szerokość jeziora wynosi około piętnastu mil w najszerszej części i jest ono bardzo ubogacone skałami.  Okoliczni mieszkańcy to pozostałości kiedyś licznego, nawróconego [na chrześcijaństwo] plemienia zwanego Nepisinguis z nacji Algonquin.  Z jeziora wypływa Riviere des François [rzeka French River], jej wody spływają przez skały o znacznych wysokościach.  Rzeka French River jest bardzo nieregularna — i w szerokości, i w kształcie — i jest tak usiana wyspami, że płynąc nią, nie widzi się brzegów.  Płynięcie rzeką przez jej liczne kanały i odnogi — te zwykle używane przez kanu — jest utrudnione z powodu wielu portaży.  W kilku jej częściach znajdują się wąskie przesmyki lub kanały nie większe niż dwie szerokości kanu, gdzie woda mknie z ogromną szybkością.  Na całej długości rzeki French River prawie że nie widać odrobiny ziemi, jako że jej brzegi składają się z pagórków jednolitej skały.  Wybrzeże jeziora jest identyczne, acz położone niżej, a w oddali widnieją wyższe tereny.  Nasza trasa przebiega przez liczne wyspy ku północnemu zachodowi, do rzeki Tessalon.

Powyższy opis mógłby być używany przez wodniaków nawet obecnie, ponad 200 lat później!

Canoeing on the Key
River and Georgian Bay, Ontario, Canada, August, 2012
Nie ma to jak pływać na kanu rano i w bezwietrzną pogodę--woda jest dosłownie gładka jak lustro!

Wstaliśmy tuż po godzinie 5 rano i, jak się spodziewaliśmy, nie było w ogóle wiatru (praktycznie nigdy nie wiało w nocy i rano). W niecałą godzinę byliśmy gotowi wyruszyć w drogę!  Wracaliśmy tą samą trasą, którą przypłynęliśmy. Po półtorej godziny dotarliśmy do ośrodka Key River Lodge u ujścia rzeki Key River.  Catherine poszła do sklepu i kupiła cukierki; po doku kręciło się kilku zaspanych wędkarzy, którzy wsiadali do motorówek, by wyruszyć na połów ryb.  Droga powrotna po Key River odbyła się bez żadnych przygód — ba, w pewnym momencie nawet mieliśmy tylny wiatr, który nas lekko popychał!  O godzinie 10:30 rano dopłynęliśmy do przystani Key River Marina, szybko zapakowaliśmy do samochodu nasze rzeczy, przytwierdziliśmy kanu do dachu i drogą nr 69 pomknęliśmy w kierunku północnym.  Najpierw zatrzymaliśmy się w restauracji The Hungry Bear (Głodny Niedźwiadek), to nasz de rigeur przystanek za każdym razem, gdy jesteśmy w tej okolicy.  Wypiłem jedynie kawę i zjadłem kilka krakersów.  Zauważyliśmy, że ogromna kolorowa mapa rzeki French River przed restauracją została zastąpiona czarno-białą mapą, która nam się nie spodobała.


GEORGIAN BAY NEAR PHILIP
EDWARD ISLAND AND THE FOX ISLANDS, ONTARIO, CANADA.
Nowa mapa terenów rzeki French River koło restauracji The Hungry Bear

Pamiętam, że po raz pierwszy zobaczyłem tę oryginalną mapę w 1995 r., podczas mojej pierwszej wizyty nad French River i od tamtej pory zrobiłem przy niej wiele zdjęć.  Tym razem również zrobiliśmy kilka zdjęć z nową mapą w tle, ale to nie było to samo…  Ponieważ dwupasmowa droga nr 69 (przy której znajduje się restauracja) od lat stopniowo jest na różnych odcinkach powiększana i zastępowana komfortową, dwupasmową autostradą, niedługo odcinek przy restauracji Hungry Bear ma się stać boczną drogą, a nowy odcinek autostrady nie będzie przebiegać opodal restauracji.  Aby do niej dojechać, trzeba będzie korzystać z oddzielnego zjazdu.  Wiem, że wiele biznesów dawniej będących przy drodze szybko zamknięto, gdy wybudowano autostrady, bo większość kierowców przegapiała zjazdy albo po prostu nie miała chęci zjeżdżać z autostrady, a potem znowu na nią wjeżdżać.  Innymi słowy, zostały one dosłownie odcięte od swoich klientów i nie były w stanie dłużej działać.  Mam szczerą nadzieję, że ta restauracja, wraz z przyległym oryginalnym sklepem Trading Post i motelem, przetrwa te zmiany — jakkolwiek by było, od ponad 50 lat stanowi ona integralny element okolicy!


Po śniadaniu pojechaliśmy drogą nr 69 na północ, skręciliśmy w prawo i po paru minutach przybyliśmy do miasta Alban, gdzie udaliśmy się do sklepu LCBO (tzn. monopolu alkoholowego, którego właścicielem jest rząd Ontario), a potem poszliśmy do małego supermarketu o francuskiej nazwie Lemieux.  Zauważyłem, że rzeźnik i jego dwóch asystentów rozmawiali po francusku — na tych terenach mieszka bardzo dużo francuskojęzycznych osób, chociaż podobno mają problemy ze zrozumieniem języka francuskiego używanego w prowincji Quebec — a Francuzi z Francji z kolei mają problemy, i to podobno czasem duże, z dogadaniem się z mieszkańcami Quebecu, którzy jakoby używają wersji języka francuskiego stosowanej we Francji kilkaset lat temu.  Ponieważ tego języka nie znam i nigdy się go nie uczyłem (nie byłby zbyt użyteczny — w Toronto słyszy się chiński, hiszpański, portugalski, włoski, polski, ukraiński i dziesiątki innych, ale francuski jest rzadkością), trudno mi się na ten temat wypowiadać.

Kupiliśmy kilka steków, sałatę i z powrotem ruszyliśmy drogą nr 69 dalej na północ — naszym celem było biuro parku Killarney Provincial Park.  Gdy w zeszłym roku jechaliśmy do Killarney, po prostu z drogi nr 69 skręciliśmy w lewo na drogę nr 637 i po przejechaniu nią ok. 70 km dotarliśmy do parku.  Tym razem jechaliśmy po nowo wybudowanej, imponującej autostradzie, z której oddzielny zjazd prowadził do drogi nr 637.  Po niecałej godzinie przyjechaliśmy do biura parku, gdzie zapłaciliśmy za parking za następne 7 dni (około 100 $ — drogo!) i udaliśmy się do niedalekiego parkingu przy potoku Chikanishing River.  Pogoda nie była dobra, zanosiło się na deszcz, a do tego było wietrznie.  Ponieważ jednak była już 16:00, nie mieliśmy za dużo czasu, aby czekać na jej poprawę.  Przed nami wypłynęło kilku kajakarzy, ale zamierzali powrócić po paru godzinach.  Porozmawialiśmy też z przyjemnym jegomościem, który zrobił nam parę zdjęć (już wtedy zaczęło padać i nałożyliśmy ubrania przeciwdeszczowe).  O godzinie 16:30 zaczęliśmy płynąć rzeką Chikanishing River do zatoki Georgian Bay, rozpoczynając następny etap naszej wyprawy, o którym piszę w moim blogu: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/2012/08/na-kanu-na-zatoce-georgian-bay-kolo.html


poniedziałek, 30 lipca 2012

Pływanie na Kanu na Jeziorach Anima Nipissing Lake oraz Lake Temagami, Biwakowanie w Parku Finlayson Point, Ontario—Lipiec 2012 r.


Blog in English: http://ontario-nature.blogspot.ca/2012/07/canoeing-on-anima-nipissing-lake-and.html
Więcej zdjęć: http://www.flickr.com/photos/jack_1962/sets/72157631523724473/

Temagami, Ontario: Anima Nipissing and Temagami Lakes, Finlayson Point Provincial Park, July 03-14, 2012
Trasa Toronto-Temagami, około 450 km.
Gdyby spytać się mieszkańców Ontario, z czym kojarzy się im słowo „Temagami”, najprawdopodobniej usłyszelibyśmy takie odpowiedzi jak ‘Szara Sowa’, ‘kilkusetnie sosnowe lasy’, ‘liczne jeziora’, ‘kajakarstwo,’ ‘pływanie na kanu’, ‘portaże’, ‘wędkarstwo’, ‘biwakowanie’ i ‘dzika przyroda’. Rzeczywiście, jest to jeden z najbardziej znanych regionów w Ontario—nie tylko ze względu na legendarną postać Szarej Sowy (Grey Owl), który przybył w okolice Temagami w 1907 roku i rozsławił je na całym świecie, ale również dlatego, że sto lat później te tereny nadal pozostają stosunkowo dziewicze i pozwalają na uprawianie różnorakich form czynnego wypoczynku związanego z naturą, wodą i dziką przyrodą.

Temagami, Ontario: Anima Nipissing and Temagami Lakes, Finlayson Point Provincial Park, July 03-14, 2012
Dopływamy do naszego pierwszego biwaku na jeziorze Anima Nipissing


Po raz pierwszy zawitałem do Temagami w sierpniu 1995 roku, spędzając 3 dni na małej wysepce na Jeziorze Temagami (w ośrodku „Deep Water Lodge”) i od tamtej pory odwiedziłem Temagami co najmniej cztery razy, czasami zatrzymując się na kilka godzin w drodze na północ, czasami biwakując w parku Finlayson Point. Ponieważ Catherine nigdy przedtem nie miała okazji odwiedzić tej przepięknej okolicy, postanowiliśmy wybrać się tam na ponad tydzień, pływając na kanu i biwakując na tamtejszych jeziorach.

Temagami, Ontario: Anima Nipissing and Temagami Lakes, Finlayson Point Provincial Park, July 03-14, 2012
Przed sklepem/kawiarnią w miejscowości Temagami


Z Toronto wyjechaliśmy wcześnie rano 4 lipca 2012 roku i pomknęliśmy autostradą nr. 11 na północ. Ponieważ Temagami jest oddalone od Toronto o około 450 kilometrów, zajęło nam prawie 7 godzin, aby dotrzeć do celu—zawsze lubimy zatrzymywać się po drodze, zwłaszcza, gdy widzimy coś ciekawego. Planowaliśmy spędzić pierwszą noc w parku Finlayson Point, położonym na południe od miasteczka Temagami. Było mnóstwo dostępnych miejsc biwakowych i wybraliśmy miejsce nr. 33, nad wodą (tzn. nad jedną z wielu podłużnych zatoczek jeziora Temagami, która dochodziła do miasteczka). Po rozbiciu namiotu pojechaliśmy do miasta Temagami, zrobiliśmy drobne zakupy w lokalnym supermarkecie, wypiliśmy kawę, zaopatrzyliśmy się w zimne piwo i wieczorem przez jakiś czas przed zaśnięciem siedzieliśmy przy ognisku.

Temagami, Ontario: Anima Nipissing and Temagami Lakes, Finlayson Point Provincial Park, July 03-14, 2012
Nasz pierwszy biwak na małej wysepce na jeziorze Anima Nipissing
Następnego dnia spakowaliśmy się i pojechaliśmy na północ drogą nr. 11. Przejechawszy 40 km skręciliśmy w lewo w boczną drogą, która doprowadziła nas do jeziora Anima Nipissing, na którym zamierzaliśmy pływając na kanu spędzić kilka następnych dni. Chociaż kilkakrotnie pytaliśmy się miejscowych mieszkańców, a nawet kilku Indian, nigdy nie dowiedzieliśmy się znaczenia nazwy jeziora „Anima Nipissing”. Chociaż to jezioro nie jest tak popularne jak wiele innych jezior w okolicy, wybraliśmy go, bo nie trzeba robić żadnych portaży i jest wystarczająco duże, aby na nim popływać przez kilka dni—jak też nie musieliśmy tym razem płaci ani za parking, ani za biwakowanie, jako że większość tamtejszych terenów nadal należy do korony, tzn. do rządu federalnego i rezydenci Kanady mają prawo na nim bezpłatnie biwakować. Na skalistych brzegach tego jeziora znajduje się kilka indiańskich rysunków naskalnych (piktogramy) i bardzo chciałem je zobaczyć. Podczas gdy rozładowywaliśmy samochód, na brzeg przyjechała ciężarówka; po paru minutach pojawiła się łódź motorowa, dopłynęła do doku i zabrała przywiezioną przez samochód kuchenkę. Jak więc widać, osobom mieszkającym dookoła jeziora robienie zakupów nie nastręcza zbyt wielu problemów! Po załadowaniu na łódkę pieca wyszedł z łodzi przyjemny facet, jak się okazało, był właścicielem ośrodka położonego w północnej części jeziora. Akurat miałem pod ręką mapę jeziora i pokazał nam, gdzie znajdują się najlepsze miejsca biwakowe—a my powiedzieliśmy, że może wpadniemy na piwo do jego ośrodka. Niedługo potem wsiedliśmy do kanu i byliśmy na wodzie. Niestety, było wietrznie, słonecznie i gorąco i do tego musieliśmy wiosłować pod wiatr (ot, nasze zezowate szczęście, prawie zawsze mamy przeciwny wiatr!). Skierowaliśmy się na południe, minęliśmy Twin Islands (Wyspy Bliźniacze), potem The Narrows (Zwęża) i wpłynęliśmy do jednej z zatok, Windy Arm (Wietrzna Odnoga), aby zobaczyć, czy są tam jakieś miejsca biwakowe. Chociaż na mapie zaznaczono miejsca biwakowe, to nie jest obowiązkowe jedynie na nich biwakować (chociaż warto—pomijając wgląd na ochronę środowiska, zwykle one mają miejsce na ognisko, wydzielone miejsca na namioty i czasem prymitywne ‘meble’ kempingowe, sklecone przez wodniaków). Według mapy, na północnym brzegu zatoki miało się znajdować miejsce biwakowe, ale nie byliśmy go w stanie zlokalizować. W końcu ujrzeliśmy małą skalistą wysepkę, nadającą się świetnie na kemping. Opłynęliśmy ją i wyszliśmy z kanu. Miejsce było całkiem miłe, ale widok z niego roztaczał się na kilka domków letniskowych położonych kilkaset metrów od nas na przeciwnym brzegu zatoki, jak też na większej wysepce bliżej nas był samotny domek. Ponieważ było upalnie i wilgotno, położyliśmy się w cieniu na gorących skałach wyspy, aby trochę wypocząć. Z powodu upalnej pogody i wiejącego wiatru Catherine nie bardzo kwapiła się dalej wiosłować w celu znalezienia lepszego miejsca. W pewnym momencie pojawiła się motorówka i prowadzący ją mężczyzna powiedział nam, że zaraz za zakrętem jest bardzo dobre miejsce biwakowe, ale w końcu postanowiliśmy pozostać na tej wysepce. Jak zwykle, rozbiłem namiot, a Catherine wypakowała kanu i przygotowała obozową kuchnię.

Temagami, Ontario: Anima Nipissing and Temagami Lakes, Finlayson Point Provincial Park, July 03-14, 2012
Na biwaku na wysepce na jeziorze Anima Nipissing
Pod wieczór popłynęliśmy na zachód zatoki—tu i tam było kilka domków, od czasu do czasu mijała nas motorówka. Okolica była bardzo malownicza, ale nie zauważyliśmy lepszego miejsca na biwak niż to, na którym się zatrzymaliśmy. Catherine bardzo podobały się strome wzgórza, wychodzące prawie bezpośrednio z jeziora, przypominało jej to krajobraz z pocztówek z Wietnamu lub Chin.

Temagami, Ontario: Anima Nipissing and Temagami Lakes, Finlayson Point Provincial Park, July 03-14, 2012
Widok z naszego 'wyspowego' biwaku na jeziorze Anima Nipissing
Na skalistym brzegu wyspy zbudowałem małe miejsce na ognisko, zebrałem drzewo i rozpaliłem ognisko. Ponieważ nadal było wietrznie, starałem się, aby było ono jak najmniejsze—poza tym przez ostatnie dni nie spadła ani jedna kropla deszczu i wszystko dookoła było suche i spalone słońcem i o pożar lasu byłoby nietrudno.

TTemagami, Ontario: Anima Nipissing and Temagami Lakes, Finlayson Point Provincial Park, July 03-14, 2012
Parugodzinna wycieczka do jeziora McLean.  Znowu wiał silny wiatr...
Szóstego lipca 2012 r. popłynęliśmy na południe, minęliśmy położony na stromej skale biwak koło Whitewater Lake (Jeziora Białej Wody), a następnie przez wąskie przejście wpłynęliśmy na jezioro McLean. W kanale spotkaliśmy miejscowego wędkarza, który uważnie manewrował swoją motorówką, omijając płycizny i konary drzew zatopione w kanale. Porozmawialiśmy z nim o wędkarstwie, biwakowaniu, pływaniu na kanu i zmieniającym się poziomie wody w jeziorach. Ponieważ ściemniało się, zaczęliśmy wiosłować z powrotem—jak zwykle, pod wiatr! Chociaż wiosłowaliśmy bardzo mocno, nasza szybkość wynosiła zaledwie 4 kilometry na godzinę, posuwaliśmy się bardzo wolno, chociaż kanu nie było obciążone żadnym dodatkowym sprzętem. Ze zdjęć pamiętałem, że jeden z indiańskich piktogramów znajdował się na skale na tym właśnie brzegu, ale nie udało się nam go zobaczyć, zresztą chcieliśmy jak najszybciej dopłynąć do naszego miejsca. Tym razem mieliśmy bardzo małe ognisko, rzuciliśmy kilka steków na grilla i jak tylko się upiekły, dokładnie zalałem całe palenisko dużą ilością wody.

Temagami, Ontario: Anima Nipissing and Temagami Lakes, Finlayson Point Provincial Park, July 03-14, 2012
Przesmyk prowadzący do jeziora McLean


Następnego dnia, 7 lipca 2012 r. było tak wietrznie, że nigdzie nie popłynęliśmy i cały dzień przebywaliśmy na naszej wyspie, czytając różne magazyny—kanadyjski „MacLean’s”, amerykański „Bloomberg Business Week” i mój ulubiony, brytyjski „The Economist”. Wieczorem wiatr był nadal tak silny, że nie chciałem ryzykować z rozpalaniem ogniska. Prognoza pogody zapowiadała wiatry na kilka nadchodzących dni, tak więc podjęliśmy decyzję o skróceniu tej części naszej podróży i następnego dnia postanowiliśmy powrócić do parku Finlayson Point.

Temagami, Ontario: Anima Nipissing and Temagami Lakes, Finlayson Point Provincial Park, July 03-14, 2012
Nasza powrotna trasa do samochodu.  Chociaż wyruszyliśmy rano, już wiał silny wiatr
W niedzielę 8 lipca 2012 r wstaliśmy bardzo wcześnie, spakowaliśmy się i już przed godziną 7:00 byliśmy na wodzie. Zamierzałem trzymać się blisko brzegu, gdzie były naskalne piktogramy, lecz niebawem wiatr się znacznie wzmógł i postanowiliśmy skierować się prosto do parkingu, aby najszybciej do niego dotrzeć. Gdy przepłynęliśmy przez The Narrows, zaczęło jeszcze mocniej wiać i musieliśmy nie tylko zmagać się z przeciwnym wiatrem (do czego już przywykliśmy), ale również z dość wysokimi i burzliwymi falami. Zmordowani, dotarliśmy do parkingu o godzinie 9:30 i po godzinie pakowania naszych rzeczy do samochodu opuściliśmy to miejsce. Ponieważ miasto Latchford leżało kilka kilometrów na północ od nas, wpadliśmy do niego. Zaparkowałem samochód w pobliżu Stacji Filtracji Wody, koło imponującego mostu drogowego. W pewnym miejscu w asfaltowej drodze były widoczne stare tory kolejowe, ale nie mogłem domyśleć się, dokąd kiedyś prowadziły. Po niecałej godzinie udaliśmy się do parku Finlayson Point.

Temagami, Ontario: Anima Nipissing and Temagami Lakes, Finlayson Point Provincial Park, July 03-14, 2012
Miejsce nr. 33 w parku Finlayson Point Provincial Park w Temagami.  Jego dużą zaletą
był dostęp do jeziora
Jako że miejsce kempingowe nr. 33 było wolne, rozbiliśmy się na nim. Owszem, były w parku ciekawsze miejsca, ale ponieważ znajdowało się ono zaledwie kilka metrów od jeziora, mogliśmy nasze kanu spuścić na wodę bezpośrednio z naszego miejsca, jak też wieczorem siedzieć na jego brzegu i obserwować przepływające łodzie oraz lądujące i startujące samoloty. Również w biurze parkowym poinformowano nas, że kilku turystów widziało włóczącego się po parku małego, czarnego niedźwiadka—za biurem parku zastawiono na niego pułapkę, ogromną metalową klatkę z przynętą w postaci jedzenia (posiadającą koła, aby można było złapanego niedźwiadka szybko przewieźć w inne miejsce). Chociaż kilka dalszych osób widziało w parku wędrującego niedźwiadka, nie złapano go podczas naszego pobytu w parku.

Temagami, Ontario: Anima Nipissing and Temagami Lakes, Finlayson Point Provincial Park, July 03-14, 2012
Piękna, ponad stuletnia stacja kolejowa w Temagami.  Chociaż już od dawna nie jest używana
przez pasażerów, nadal jednak zatrzymują się tutaj pociągi
Prawie w każdym sklepie w rejonie Temagami wisiało zdjęcie zaginionego Daniela Trask. Przybywszy samochodem do Temagami 3 listopada 2011 roku, zrobił zakupy i zaparkował samochód na Red Squirrel Road (drodze Czerwonej Wiewiórki) koło Obozu Wanapitei na zatoce Ferguson—i był to ostatni raz, gdy go widziano. W maju 2012 r. jego kurtka i spodnie znaleziono na jeziorze Diamond Lake. Miejscowi, z którymi rozmawialiśmy powiedzieli, że na początku listopada 2011 r. było już tam tak chłodno, że niskie temperatury były największym wrogiem turystów.

Temagami, Ontario: Anima Nipissing and Temagami Lakes, Finlayson Point Provincial Park, July 03-14, 2012
Trzydziestometrowa wieża przeciwpożarowa w Temagami.  Rozciąga się z niej
wspaniały widok na cała okolicę
W ciągu następnych kilku dni parokrotnie odwiedziliśmy miasteczko Temagami. Znajdował się w nim bardzo malowniczy Dworzec Kolejowy (wybudowany w 1907 r.), obecnie sklepik z prezentami. Co ciekawe, nadal codziennie kursuje pociąg pasażerski pomiędzy Toronto i Cochrane, zatrzymując się też w Temagami, chociaż od lat krążą pogłoski o jego zlikwidowaniu. Dlatego też Temagami jest jednym z niewielu miejsc turystycznych, do których jest łatwo dojechać pociągiem—wystarczy z niego wysiąść, przejść kilkadziesiąt metrów przez drogę nr. 11, dojść do wypożyczalni sprzętu wodnego, wypożyczyć kanu lub kajak (lub nawet wynająć samolot lądujący na wodzie) i rozpocząć swoją podróż po dziewiczych terenach Temagami! Catherine często chodziła do lokalnej biblioteki, znajdującej się w nowoczesnym budynku (w którym również mieści się Centrum Informacji Turystycznej i kilka urzędów), aby sprawdzać pocztę email. W pobliżu znajdowała się wypożyczalnia sprzętu turystycznego oraz linie lotnicze „Lakeland Airways”, których to startujący i lądujący z wody samolot jest w stanie zabrać na pokład kilka osób wraz z ich wyposażeniem i kanu do dowolnego jeziora w krainie Temagami. Dalej znajdował się komisariat Ontaryjskiej Policji Prowincjonalnej (OPP-Ontario Provincial Police, odpowiedzialnej za patrolowanie głównych autostrad oraz wielu mniejszych miast, powiatów i gmin, nieposiadających swoich własnych służb policyjnych), przed którym stało parę samochodów policyjnych oraz łódź policyjna, jak też dalej były się dwie wypożyczalnie łodzi mieszkalnych, ‘houseboats’. Jedna z wypożyczalni posiadała łodzie mogące pomieścić do 12 osób, druga, Leisure Island Houseboats (http://www.leisureislandhouseboats.com/ ) wynajmowała mniejsze łodzie (na maksymalnie 6 osób) i ceny były o prawie połowę niższe. Odwiedziliśmy to miejsce i oprowadzono nas po jednej z takich łodzi: posiadała ona stolik, fotele, łóżka, ubikację, kuchnię z palnikami, kuchenkę mikrofalową, grill, ogrzewanie, oświetlenie, baterię, radio nadawczo-odbiorcze, butle z propanem, silnik, kilka zapasowych baków benzyny… cóż za wspaniały sposób spędzenia wakacji, zwłaszcza pod koniec września lub w październiku, gdy jest zbyt zimno na kemping!

Temagami, Ontario: Anima Nipissing and Temagami Lakes, Finlayson Point Provincial Park, July 03-14, 2012
Widok ze wzgórza Góry Karibu na miasto Temagami
Kolejną atrakcją, z daleka zresztą widoczną, jest 30-to metrowa Wieża Przeciwpożarowa „Temagami Fire Tower”, znajdująca się na Caribou Mountain (Górze Karibu) i można na nią wejść za niewielką opłatą. Rozciąga się z niej przepiękny widok na cały obszar Temagami. Chociaż nie weszliśmy na nią, to widok z Góry Karibu też był wspaniały! Nota bene, ta wieża została zbudowania nie tak dawno—oryginalna wieża miała jedynie 14 metrów wysokości, wykonana była z drewnianych belek i po raz ostatni używano jej do obserwacji pożarów w latach siedemdziesiątych XX wieku— od tamtego czasu zastąpiły ją samoloty i helikoptery.

Temagami, Ontario: Anima Nipissing and Temagami Lakes, Finlayson Point Provincial Park, July 03-14, 2012
Catherine koło 'lotniska' lokalnych linii lotniczych "Lakeland Airways".  Jeżeli jest woda, to
wszędzie można się tym samolotem dostac!
Naprzeciwko supermarketu znajdował się sklep stolarski i jego właściciel robił różnorakie meble, idealnie nadające się do domków letniskowych i ogrodów. Ponieważ z ledwością udało się nam upchnąć w samochodzie nasze rzeczy, nie byliśmy w stanie zakupić od niego żadnego mebla, ale za to kupiliśmy odpadki drewna na ognisko—było to aromatyczne drzewo cedrowe.

Temagami, Ontario: Anima Nipissing and Temagami Lakes, Finlayson Point Provincial Park, July 03-14, 2012
Nasze drugie miejsce biwakowe w parku Finlayson Point w Temagami.  Większośc czasu
spędzaliśmy siedząc na tej skale, czytając książki, pijąc zimne piwo i obserwując
przepływające łodzie.  Z powodu zakazu palenia ognisk ani razu nie mogliśmy na
nim delektowac się płomieniami ogniska.
Wiele razy pływaliśmy na kanu po jeziorze Temagami (wyruszając bezpośrednio z naszego miejsca biwakowego w parku), kilka razy dopłynęliśmy do ‘centrum’ Temagami, gdzie wstąpiliśmy do kawiarni na kawę. Raz popłynęliśmy w kierunku bardziej otwartych wód jeziora Temagami, opływając wyspę O’Connor. Po kilku dniach biwakowania na miejscu nr. 33 Catherine ‘odkryła’, że inne świetne miejsce było wolne i szybko się tam przenieśliśmy, spędzając na nim ostatnie kilka dni. Było ono również położone kilka metrów od jeziora, ale ponieważ brzeg jeziora stanowiła potężna stroma skała, nie można było z niego wodować kanu. Skała była za to idealna jako miejsce służące do obserwowania przepływających łodzi i delektowania się zimnym piwem lub czerwonym winem! Uiściwszy w parku drobną opłatę za cumowanie kanu, otrzymaliśmy osobny dok i tam trzymaliśmy kanu. Na skale znajdowały się wyryte nazwiska i daty, nie tak dawno wykonane—zastanawiałem się, czy były one zrobione przez turystów, czy też być może ta część parku stanowiła niedawno prywatną własność i dopiero później została włączona do parku. Niedaleko naszego miejsca znajdowała się tablica pamiątkowa o następującej treści:

Grey Owl (Szara Sowa), 1989—1938.
 
Mieszkając za młodu w Anglii, Archibald Belaney był zafascynowany przyrodą i opowieściami północnoamerykańskich Indian. W wieku siedemnastu lat przybył do Kanady i wkrótce zamieszkał pośród Indian plemienia Ojibwa na Bear Island (Wyspie Niedźwiedziej). Przyjmując indiańskie obyczaje i stroje, pracował jako drwal, strażnik leśny i traper w północno-wschodniej części prowincji Ontario. W latach dwudziestych XX wieku Belaney z niepokojem obserwował, jak przemysł drzewny, wędkarze i myśliwi ograbiali północne puszcze, zagrażając przetrwaniu autochtonicznej kultury indiańskiej. Przyjąwszy imię Grey Owl, Szara Sowa (Wa-Sha-Asin Quon), skierował swoje wysiłki na rzecz ochrony przyrody, występując o uznanie ‘naturalnego braterstwa pomiędzy człowiekiem i zwierzętami’. Szara Sowa zyskał międzynarodową sławę, jako pisarz i ceniony prelegent.

Temagami, Ontario: Anima Nipissing and Temagami Lakes, Finlayson Point Provincial Park, July 03-14, 2012
Na wyspie Bear Island (Wyspa Niedźwiedzia), koło kościoła
katolickiego.  W ręku trzymam kupioną w studiu artystycznym.
Jest to malunek Hugh McKenzie, którego styl podobny
jest to tego stosowanego przez Benjamina Chee Chee
Temagami, Ontario: Anima Nipissing and Temagami Lakes, Finlayson Point Provincial Park, July 03-14, 2012
Na jeziorze Lake Temagami, płyniemy od Temagami Access Road, koło wypy Temagami
Island do Bear Island (Wyspa Niedźwiedzia)
Dziesiątego lipca 2012 r. pojechaliśmy boczną drogą (Temagami Access Road) do jeziora Temagami. Na końcu drogi znajdował się ogromny parking gdzie właściciele domków letniskowych oraz turyści zostawiają samochody i motorówkami dopływają do celu. Ponieważ wiele samochodów ciągnie za sobą przyczepy z łodziami, droga była niesamowicie pożłobiona koleinami. Gdy w 1997 r. o północy jechałem tą właśnie drogą, miałem wrażenie, że od samochodu odpadną wszystkie koła—i tym razem nie jechało się na niej o wiele lepiej. Zaparkowaliśmy samochód i zwodowawszy kanu, popłynęliśmy dookoła ogromnej wyspy Temagami, na której zauważyliśmy kilka miejsc biwakowych, a następnie dopłynęliśmy do Bear Island (Wyspy Niedźwiedziej), drugiej co do wielkości wyspy w na jeziorze Temagami.

Wyspa ta należy do indiańskiego rezerwatu (Anishaabe-Ojibwe), mieszkał na niej Szara Sowa, jak też tutaj urodził się i tworzył znany artysta indiański Benjamin Chee Chee. Uwielbiam jego niezmiernie oryginalne malunki ptaków i zwierząt, namalowane w bardzo prostym i zarazem znakomitym stylu. Niestety, miał on skomplikowane życie i ostatecznie popełnił samobójstwo. Najpierw dobiliśmy do doku i poszliśmy do studia artystycznego Hugh McKenzie, znanego indiańskiego artysty. W środku spotkaliśmy Marty, także artystę, który powiedział nam, że w tym studio kiedyś tworzył Benjamin Chee Chee. Następnie poszliśmy do pobliskiego kościoła katolickiego Św. Urszuli—niestety, był zamknięty i nie udało mi się ustalić, czy nadal celebruje się w nim msze święte. Wróciliśmy do kanu i popłynęliśmy to głównego doku, usytuowanego vis-a-vis sklepu/poczty. Nieopodal była historyczna tablica z następującym napisem:

Temagami, Ontario: Anima Nipissing and Temagami Lakes, Finlayson Point Provincial Park, July 03-14, 2012
Tablica historyczna na Bear Island (Wyspie Niedźwiedziej)
Faktoria (Placówka Handlowa ) Temagami, 1834.

Pierwsza faktoria Kompanii Zatoki Hudsona (Hudson’s Bay Company) na jeziorze Timagami powstała na południowym brzegu wyspy Timagami w 1834 roku i była pod zarządem Głównego Handlarza Richard Hardisty, teścia Lorda Strathcona. Była to w zasadzie pomniejsza placówka znajdującej się na jeziorze Timiskaming w Ottawie większej siedziby Kompanii. Temagami (pierwotnie zwana Timagami) nie stanowiła dużego centrum handlowego i w początkowym okresie była kilka razy porzucana. Niemniej jednak w następstwie pojawienia się konkurencyjnych handlarzy, Kompania została skłoniona do ponownego otwarcia faktorii. W 1870 roku faktoria została przeniesiona na to miejsca na Wyspie Niedźwiedziej.
Temagami, Ontario: Anima Nipissing and Temagami Lakes, Finlayson Point Provincial Park, July 03-14, 2012
Ośrodek "Loon Lodge"na jeziorze Temagami, gdzie wpadliśmy na frytki
Kilka metrów dalej stał pomnik poświęcony osobom biorącym udział w obu wojnach światowych. W sklepie kupiliśmy lody i wdaliśmy się w ciekawą rozmowę ze sprzedawczynią, która była również przedstawicielką poczty i sanitariuszką. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w ośrodku Loon Lodge, gdzie zafundowaliśmy sobie porcję frytek. Naprzeciwko ośrodka zauważyłem na jednej z wysp ośrodek „Deep Water Lodge”, gdzie spędziłem parę dni w sierpniu 1997 roku.
Temagami, Ontario: Anima Nipissing and Temagami Lakes, Finlayson Point Provincial Park, July 03-14, 2012
Nasze trasy na kanu na jeziorze Temagami koło parku Finlayson Point
Jadąc z powrotem po drodze „Temagami Access Road”, zatrzymaliśmy się na wysypisku śmieci, znajdującym się zaraz przy drodze. Chociaż było zamknięte, bez trudu weszliśmy na nie przez barierkę—i od razu zauważyliśmy kilka czarnych niedźwiadków, buszujących wśród worków ze śmieciami! Gdy wraz z Catherine przyglądaliśmy się im, pojawił się jeszcze jeden niedźwiadek i stojąc pomiędzy nami i samochodem, ciekawie się nam przyglądał, ale szybko odszedł do lasu. Gdy byliśmy już w samochodzie, zauważyliśmy jeszcze jednego niedźwiedzia, który cały czas siedział za drzewami obserwując nas, dosłownie kilka metrów od nas.

TTemagami, Ontario: Anima Nipissing and Temagami Lakes, Finlayson Point Provincial Park, July 03-14, 2012
Pływanie na kanu po rzece Marten koło parku Marten River Provincial Park
Następnego dnia (11 lipca 2012 r.) pojechaliśmy drogą nr. 11 na południe, do parku Marten River. Jedną z atrakcji parku jest replika dziewiętnastowiecznego „Logging Camp”, obozu drwali (krótki film pt. „Zimowy Obóz” był robiony właśnie w tym miejscu). Obozy drwali były niewątpliwie niezmiernie specyficznymi miejscami i odegrały bardzo ważną rolę w historii Kanady, gdy przemysł drzewny stanowił jedną z podstaw ekonomii. Mam nadzieję, że w przyszłości uda mi się napisać więcej na ten bardzo ciekawy temat w osobnym blogu. Również tu i tam mogliśmy podziwiać imponujące, wysokie, stare sosny, które jakimś cudem nie zostały powalone przez siekiery drwali. Przespacerowawszy się wśród budynków obozowych, dojechaliśmy do Marten River, zwodowaliśmy kanu… i wkrótce wiosłowaliśmy pod silnie wiejący wiatr! Wiatr był na tyle mocny, że z ledwością posuwaliśmy się naprzód i w pewnym momencie byliśmy zmuszeni zatrzymać się w małej zatoczce i odpocząć, a nawet rozważaliśmy zawrócić. Niemniej jednak jakoś udało się nam przepłynąć następne paręset metrów, skręciliśmy 180 stopni w lewo dookoła półwyspu i znaleźliśmy się na względnie osłoniętym kawałku rzeki. Przepłynęliśmy pod mostem (droga nr. 11)—gdzieniegdzie widać było domki letniskowe oraz pływające w szuwarach ptaki i majestatyczne Niebieskie Czaple (Blue Heron), bardzo zresztą popularne. Już z wiatrem, (ale łagodnym) dopłynęliśmy do samochodu, mijając wiele łodzi wędkarskich. Ostatniego dnia, 14 lipca 2012 r., wstałem o godzinie 5:00 rano, obudziłem zaspaną Catherine i następne dwie godziny spędziliśmy pływając na kanu na jeziorze Temagami. Powierzchnia jeziora była tak gładka, że przypominała lustro, jedynie nasze kanu, bezszelestnie poruszając się po pustym jeziorze, zostawiało na sobą nieznaczny ślad torowy (kilwater). W niektórych zatoczkach unosiły się poranne mgły, a w bagnistych i zarośniętych zaciszach można było zobaczyć baraszkujące stada kaczek, gęsi i innego ptactwa wodnego.

Temagami, Ontario: Anima Nipissing and Temagami Lakes, Finlayson Point Provincial Park, July 03-14, 2012
Catherine kołe jednego z domków letniskowych na jeziorze Temagami
Ogólnie park Finlayson Point stanowi dobrą bazę wypadową po krainie Temagami, jak też można w nim znaleźć całkiem ustronne miejsca biwakowe. Z parkiem tym zawsze kojarzyć mi się będą trzy hałaśliwe rzeczy: przede wszystkim jezioro koło naszych miejsc biwakowych również stanowiło pas dla startów i lądowań samolotów—hałas wytwarzany szczególnie przy starcie był ogłuszający! Po drugie, jako że większość przejazdów kolejowych nie jest strzeżonych, za każdym razem, gdy przez Temagami przejeżdżał pociąg, rozlegały się liczne świdrujące w uszach gwizdy, bez względu na porę dnia lub nocy. Po trzecie, w tym regionie droga nr. 11 jest główną północno-południową arterią transportowo-komunikacyjną, po której jeździ bardzo dużo ogromnych ciężarówek (ciągników siodłowych), często z przyczepami i których odgłosy (szczególnie, gdy używały biegów do hamowania) świetnie słyszeliśmy z naszego miejsca kempingowego w dzień i w nocy.

Temagami, Ontario: Anima Nipissing and Temagami Lakes, Finlayson Point Provincial Park, July 03-14, 2012
Nasze nowe miejsce w parku Finlayson Point w Temagami, posiadające imponującą
skałę nad jeziorem, na której uwielbialiśmy spędzac czas
Co więcej, podczas całej naszej wycieczki nie spadła ani jedna kropla deszczu, cały czas było gorącu i parnie. Tego samego dnia, gdy przenieśliśmy się na nowe miejsce w parku Finlayson Point, kupiliśmy kilka wieprzowych steków i mieliśmy zamiar je upiec na grillu na ognisku. Po południu, gdy siedzieliśmy sobie na nadbrzeżnej skale koło naszego biwaku, pojawił się strażnik parkowy i poinformował, że właśnie został wprowadzony zakaz palenia wszelkich ognisk na całym terenie Temagami i oczywiście obejmował tereny parku. W rezultacie przez pozostałe dwie noce nie mogliśmy rozpalić ogniska i musieliśmy smażyć steki na patelni. Nota bene, zakaz ten obowiązywał przez kilka następnych tygodni.

Temagami, Ontario: Anima Nipissing and Temagami Lakes, Finlayson Point Provincial Park, July 03-14, 2012
Oryginalny sklepik wraz z punktem LCBO (alkohole) przy drodze nr. 11,
na północ od parku Marten River Provincial Park
Droga powrotna do Toronto była monotonna, zatrzymaliśmy się w mieście North Bay i nawet pojechaliśmy na plażę nad jeziorem Nipissing, ale było tak potwornie gorąco i słonecznie, że szybko uciekliśmy do samochodu, włączyliśmy klimatyzację na maksimum i kontynuowaliśmy naszą podróż, zatrzymując się jedynie na parę minut w miasteczku Burk’s Falls.
Temagami, Ontario: Anima Nipissing and Temagami Lakes, Finlayson Point Provincial Park, July 03-14, 2012
Catherine pokazuje swojemu ojcu szopa pracza,
którego zgubił nadmierny  apetyt! 
Niestety, ale w niecałe dwa miesiące później
 jej ojciec zmarł...
Przybyliśmy do Toronto o godzinie 7:00 wieczorem; jak zwykle, Catherine wyprowadziła swój minivan z płyty parkingowej przed domem, ponieważ ja zamierzałem wprowadzić na to miejsce mój samochód. Gdy bardzo wolno cofałem samochód na płytę parkingową, w pewnym momencie poczułem, że opona samochodu musiała trafić na jakąś przeszkodę i nie mogłem dalej jechać. Wysiadłem z samochodu i zobaczyłem leżącego z tyłu samochodu ogromnego, nieżywego szopa pracza. Początkowo przypuszczałem, że być może szop, szukając cienia, po prostu schował się pod minivanem Catherine i gdy go przestawiała, niechcący go przejechała. Lecz gdy oboje z bliska przyjrzeliśmy się nieszczęsnemu stworzeniu, od razu odkryliśmy przyczynę jego przedwczesnej śmierci: najprawdopodobniej szop znalazł duży, pusty słoik po maśle orzechowym, zawierający pozostałości pachnącego masła. Oczywiście, zwierzak próbował wylizać pozostałości masła i w tym celu wpakował całą swoją mordkę do środka słoika, który zaklinował się na jego pyszczku. Nie mogąc go usunąć, po prostu udusił się! Ojciec Catherine nie miał pojęcia o tym zdarzeniu, ale powiedział, że jego piesek Gabby ostatnio wykazywał duże zainteresowanie czymś po drugiej stronie zaparkowanego minivanu! Catherine zadzwoniła do wydziału ochrony zwierząt miasta Toronto i szop pracz został w nocy usunięty.

Blog in English: http://ontario-nature.blogspot.ca/2012/07/canoeing-on-anima-nipissing-lake-and.html
Więcej zdjęć: http://www.flickr.com/photos/jack_1962/sets/72157631523724473/