poniedziałek, 2 listopada 2015

BIWAKOWANIE NA PRZEPIĘKNEJ RZECE KOŁO BAYFIELD INLET, ONTARIO, BLISKO PRZEJŚCIA DLA NIEDŹWIEDZI—LIPIEC-SIERPIEŃ 2014 ROKU

Muszę przyznać, że nie jest łatwo nam znaleźć nowe miejsca stosunkowo blisko Toronto, do których moglibyśmy pojechać samochodem na biwak i bezpiecznie popływać na kanu, nie wymagających portażu. Po rozmowach z kilkoma osobami i przejrzeniu kilkudziesięciu stron na Internecie, postanowiliśmy wybrać się na nowe miejsce koło zatoki Georgian Bay.
Gotowi zacząć wyprawę... o ile kanu nie zatonie pod naszym ciężarem!

Dwudziestego siódmego lipca 2014 r. wyjechaliśmy z Toronto i po godzinie zatrzymaliśmy się w sklepie turystycznym MEC (Mountain Equipment Co-op) w Barrie. Zdziwiłem się, że sklep właściwie przestał sprzedawać mapy papierowe. Ponownie zatrzymaliśmy się w Pointe au Baril i gdy wszedłem do sklepu LCBO, właśnie się zamykał—już była godzina 16:00! Kupiliśmy piwo oraz wino, które niestety okazało się niesmaczne. Po jakimś czasie dojechaliśmy do Bayfield Inlet—parking był bezpłatny, ale według wywieszonych obwieszczeń, od 2015 roku parking będzie zlikwidowany i trzeba będzie parkować w prywatnych marinach lub innych biznesach. Dookoła panowała cisza i nikogo nie w pobliżu nie zauważyliśmy. Szybko zwodowaliśmy kanu, przenieśliśmy do niego nasze rzeczy, zaparkowaliśmy samochód i wypłynęliśmy ku zatoce Georgian Bay. Było wietrznie, ale liczne wysepki świetnie chroniły nas od wiatru. Oczywiście, wiosłowaliśmy pod wiatr—podczas naszych wycieczek prawie zawsze mamy przeciwny wiatr i nie pamiętam, kiedy ostatnio płynęliśmy popychani przez wiatr. Po jakimś czasie zrobiliśmy zwrot w prawo i skierowaliśmy się ku rzece—pomimo, że płynęliśmy w przeciwną stronę, wiatr nadal wiał nam w twarz!

– Nawet nie potrzebujemy GPS – powiedziałem – po prostu wystarczy płynąc pod wiatr i z pewnością dotrzemy do celu!
 
Wreszcie wpłynęliśmy na przepiękną rzekę i wkrótce rozbiliśmy biwak na jej skalnym brzegu

Na niektórych wysepkach i na brzegach znajdowały się domki letniskowe, gdy się zbliżaliśmy do rzeki, było ich coraz mniej. Ujście rzeczki—w postaci wąskiego przesmyku—było płytkie i naszpikowane wystającymi z wody lub kryjącymi się pod powierzchnią wody skałami, na niektórych można było zauważyć ślady zdartej farby z łodzi, które starały się tędy przepłynąć. Prawie natychmiast znaleźliśmy się w innym świecie! Nie zauważyliśmy żadnych śladów cywilizacji, a brzegi były zbudowane z harmonijnych skał o ciekawych kształtach. Po kilkunastu minutach dotarliśmy do solidnej tamy bobrów. Wąż wodny, który opalał się na tamie, tak intensywnie wpatrywał się w Catherine, że obawiała się, iż nagle wskoczy do kanu i ją zaatakuje. Przepłynięcie przez tamę wymagałoby wyładowania kanu—byliśmy na to za leniwi i zawróciliśmy, szukając odpowiedniego miejsca do rozbicia biwaku koło rzeki. Jej wschodni brzeg był dość poszarpany i nie bardzo nadawał się na rozłożenie namiotu. Natomiast zachodni brzeg zbudowany był z dość stromych skał, wypolerowanych przez cofające się lodowce. Wyszliśmy na brzeg—na szczycie skalnych pagórków znajdowało się niejedno doskonałe miejsce do biwakowania, ale musielibyśmy taszczyć nasze rzeczy pod górę—a chcieliśmy tego uniknąć. Wreszcie zdecydowaliśmy się rozbić namiot na lekko nachylonej skale na brzegu rzeki, która może nie stanowiła idealnego miejsca do biwakowania, ale przynajmniej nie byliśmy zmuszeni non-stop wędrować pod górę i z powrotem po stromych i wygładzonych skałach; w przypadku deszczu, zamieniłyby się w śliską zjeżdżalnię. Pochłonięty szukaniem miejsca na biwak kompletnie zapomniałem przywiązać kanu, które powoli odpłynęło kilka metrów od brzegu. Szybko zrzuciłem z siebie ubranie i dopłynąłem do niego—a przy okazji kąpiel niezmiernie mnie odświeżyła. Przed godziną 21:00 rozpaliliśmy ognisko i zaczęliśmy piec żeberka. Komary strasznie atakowały. Jedno z naszych składanych krzeseł popsuło się i musieliśmy go naprawić. W nocy było dość wietrzenie i nie spałem zbyt dobrze.
Tama bobrów koło naszego biwaku-z daleka widać namiot

Gdy wstaliśmy, nadal wiało i nawet kilka z naszych pustych toreb pływało na powierzchni wody. Wczoraj, chodząc po skałach, zauważyłem bardzo dużo krzewów jagodowych i ogromną ilość dojrzałych jagód. Spędziliśmy 30 minut je zbierając i każdy z nas przyniósł duży kubek wypełniony ogromnymi, słodkimi i wyśmienitymi jagodami i pewnie tyle samo zjedliśmy. W każdym razie nie potrzebowaliśmy śniadania! Postanowiliśmy nie wieszać na drzewie beczki z jedzeniem—drzewa były na szczycie skalnych pagórków i większość z nich niskie i drobne, byłoby niezmiernie trudno znaleźć odpowiednie drzewo z mocną gałęzią, która utrzymałaby naszą ciężką i dużą beczkę.
Nasze miejsce biwakowe 'z lotu ptaka'

Po jagodowym śniadaniu popłynęliśmy w górę rzeki, przenieśliśmy kanu nad tamą bobrową i znaleźliśmy się na pięknym, nieskazitelnym jeziorze—jego brzegi były uformowane ze skał i skalnych wzgórz i bardzo duże połacie jeziora były całkowicie zakryte pływającymi na powierzchni wody liśćmi i kwiatami lilii wodnej (grzybień biały). Wiał mocny wiatr; to niezwykłe, ale tym razem wiatr pchał nas w kierunku zachodnim, ku ślepej zatoczce jeziora—znajdowała się tam tama bobrów. Jeżeli sądziliśmy, że tym razem mieliśmy z wiatrem szczęście, to się przeliczyliśmy—wiosłując w przeciwną stronę, pod wiatr, okazało się niezmiernie wyczerpujące i ledwie posuwaliśmy się 2-3 km/h, ale na szczęście nie musieliśmy daleko wiosłować i niebawem dopłynęliśmy do ‘naszej’ zapory bobrowej, przenieśliśmy przez nią kanu i po paru minutach dopłynęliśmy do naszego biwaku. Przez 30 minut zbierałem jagody i szybko zaspokoiłem nimi głód.
Jeszcze jedno ujęcie naszego biwaku; w oddali tama bobrów

Wieczorem rzuciliśmy na grill żeberka—tym razem zaczęliśmy robić kolację o wiele wcześniej, aby uniknąć chmar komarów, które pojawiały się później wieczorem. Przez pójściem spać, słuchaliśmy wiadomości: głównie mówiono o wojnie w Gazie i problemach na miejscu katastrofy samolotu malezyjskiego na Ukrainie.
Jedzenie trzymaliśmy w tej niebieskiej beczce, bo trudno było ją wieszać na drzewach

Trzydziesty czerwiec 2014 r., wtorek. Rano Catherine usłyszała jakiś szelest niedaleko namiotu i pluskanie wody, ale sądziliśmy, że pewnie w pobliżu pływały bobry, piżmoszczury lub (mało prawdopodobnie) sarny czy jelenie. Około godziny 10:00 rano, gdy nadal byliśmy w namiocie, usłyszeliśmy człapanie koło namiotu, a następnie głośny plusk, tak jakby coś brodziło w wodzie. Ponieważ przedtem zauważyliśmy sporo odchodów łosich, myśleliśmy, że to pewnie łoś przechodził przez rzekę. Catherine wyszła z namiotu i intensywnie starała się wypatrzyć łosia—tak intensywnie, że prawie nie zauważyła czarnego niedźwiadka, siedzącego na skale na przeciwnym brzegu rzeki i z zaciekawieniem wpatrującego się w nią, podobnie jak robił to wąż wodny dwa dni temu. Zaalarmowany przez Catherine, szybko wyskoczyłem z namiotu i również go zobaczyłem, ale zanim wyciągnąłem aparat fotograficzny, niedźwiadek wycofał się do lasu. Staraliśmy się dociec, w którym miejscu niedźwiadek przepłynął rzekę i patrząc na jeszcze zauważalne wilgotne ślady na skale doszliśmy do wniosku, że najprawdopodobniej przeszedł dość widocznym przejściem przez rzekę zrobionym w sitowiu, znajdującym się zaledwie kilka metrów od naszego namiotu!
Nasze niezawodne kanu

Pogoda była niewyraźna: pochmurnie, lekko padało i wydawało się, że może być burza. Postanowiliśmy pozostać na biwaku i czytać książki. Wybrałem się też na godzinę na zbiernie jagód i musze bez przesady powiedzieć, że zjadłem ich ponad litr, były wszędzie! Zaabsorbowany ich zbieraniem, co chwila coś śpiewałem lub mówiłem do siebie—nie chciałem zaskoczyć głodnego niedźwiedzia, który również mógłby być pochłonięty szukaniem jagód! Wieczorne wiadomości donosiły o problemach w Libii i ewakuacji ambasady kanadyjskiej.
Otaczała nas dzikość...

Następnego dnia znowu przenieśliśmy kanu przez tamę bobrów i popłynęliśmy do kanału North/Middle Channel—byliśmy kompletnie sami i nie spostrzegliśmy żadnych śladów ludzkiej działalności, jedynie zauważyliśmy na skałach stare paleniska—ślad, że od czasu do czasu przybywają tutaj wodniacy. Było to magiczne uczucie! Według mapy, jezioro łączyło się z innym jeziorem i rzeką, ale jeżeli istotnie było tam przejście, to musiało kompletnie zarosnąć zielskiem, sitowiem i inną wegetacją, lub nawet być zagrodzone tamami bobrów. Toteż po prostu pływaliśmy powoli po jeziorze, kompletnie sami, delektując się tym hipnotyzującym krajobrazem i dzikością, jaka nas otaczała. Spostrzegliśmy kilka żeremi bobrowych, niektóre wydawały się opuszczone. Dookoła jednej z nich zauważyliśmy tajemnicze galaretowate kule, wydawały się pochodzić ‘nie z tej ziemi’, w każdym razie ani Catherine, ani ja nigdy czegoś takiego nie widzieliśmy! Później okazało się, że owe kuliste obiekty to Mszywioły (Bryozoa). Są to kolonijne zwierzęta bezkręgowe o dużym stopniu organizacji kolonii, zwanej zoarium. Często są przyczepione do kawałków drzewa lub doków. Polska nazwa wywodzi się od „mchu”, ponieważ kolonie mszywiołów porastają podwodne przedmioty niczym mchy na lądzie.
Mszywioł

A powracając do naszego biwaku: codziennie słyszeliśmy i/lub widzieliśmy niedźwiedzie przechodzące przez rzekę jakieś 30 metrów od naszego miejsca kempingowego, ale zazwyczaj były tak cichutkie i dyskretne, że nigdy nie miałem okazji zrobić im zdjęcia—a trzymałem aparat pod ręką! Czasami widzieliśmy czarny kształt na skale lub słyszeliśmy plusk wody i gdy się w tamtą stronę spojrzeliśmy, jedynie mogliśmy zauważyć znikający w lesie czarny kuperek.
Wodne lilie

Jednego dnia popłynęliśmy na cały dzień na dużą zatokę prowadzącą do zatoki Georgian Bay. Co jakiś czas przepływały motorówki, na niektórych wyspach były przepiękne domki letniskowe i cała okolica była naprawdę malownicza. Gdy powróciliśmy na biwak, nie spostrzegliśmy, aby cokolwiek było nie w porządku—widocznie niedźwiedzie były płochliwe i nie interesowały się naszym biwakiem (jeszcze nie nauczyły się, że turysta + biwak oznacza łatwe jedzenie!). Jako że nie byliśmy w stanie wieszać beczki z jedzeniem na drzewach, zwykle zabieraliśmy ją ze sobą na nasze wycieczki na kanu.
Wreszcie ciwilizacja!

Razem spędziliśmy 5 nocy biwakując na tej przepięknej rzece i nie widzieliśmy żywej (ludzkiej) duszy, jedynie mniej więcej 10 niedźwiadków. Opuściliśmy ją w piątek, 1 sierpnia 2014 r. i powoli wiosłowaliśmy z powrotem do doku. [Nota bene, to była 70-ta rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Pamiętam, że tego samego dnia, 20 lat temu, wraz z kolegą pojechaliśmy na biwak do parku Six Mile Lake Provincial Park i po krótkim oczekiwaniu, otrzymaliśmy ostatnie (i najgorsze) wolne miejsce w parku].

 Gdy wyładowywaliśmy kanu, para kajakarzy właśnie wypływała na weekendowy wypad; przerazili się, gdy im opowiedzieliśmy o dużej ilości niedźwiedzi na naszym miejscu! W drodze powrotnej wpadaliśmy do resortu turystycznego—a przy okazji zatrzymaliśmy się przy drodze, gdzie na krzewach jagodowych znajdowały się ogromne ilości ogromnych, dojrzałych jagód! Po stosunkowo krótkim czasie napełniliśmy nimi nasz pusty 4 litrowy pojemnik. Okoliczni ludzie mówili, że to był rzeczywiście świetny rok na zbiory jagód z powodu idealnej pogody i chmar czarnych much (meszek), które jakoby przyczyniają się do zapylania jagód (następnego roku, w lipcu 2015 r., wybrałem się w to samo miejsce, ale z powodu gorącego i suchego lata, większość krzewów jagodowych była spalona słońcem i jedynie udało się nam zebrać garść bardzo kiepskiej jakości jagód).
Nie ma to jak usiąść przy ognisku z dobrą książką!

Późnym popołudniem zatrzymaliśmy się w mieście Parry Sound, wpadliśmy do sklepów Hart i No Frills, zakupiliśmy coś do zjedzenia i udaliśmy się do głównego nadbrzeża, gdzie pod mostem kolejowym nad rzeką Sequin River spożyliśmy lunch. Ów imponujący most został zbudowany w 1907 roku. Tom Thomson, słynny malarz i prekursor kanadyjskiej Grupy Siedmiu, odwiedził Parry Sound w lipcu 1914 r.—prawie dokładnie 100 lat temu—i namalował obraz, przedstawiający tą estakadę i tartak Parry Sound Lumber Company; reprodukcja tego malunku znajdowała się na tablicy pamiątkowej koło mostu. Następnego roku, w sierpniu 2015 r., starałem się znaleźć tabliczkę, ale bezowocnie—jakoby została zniszczona przez wandali!




Estakada w Parry Sound, 1914

Pewnego wieczoru w połowie lipca 1914 roku Tom Thomson wpłynął w ujście rzeki Sequin River. Przypłynął z zatoki Go Home Bay, zatrzymując się na kilka dni w kanale South Channel. Ujrzawszy nową estakadę kolejową, najdłuższy most na wschód od Gór Skalistych, oraz tartak Parry Sound Lumber Company, oświetlony promieniami zachodzącego słońca, wyciągnął jedną z drewnianych desek o wymiarach 8 na 10 cali i w niecałą godzinę wykonał ten sugestywny szkic.

Tom Thomson jest uznany za jednego z czołowych malarzy kanadyjskich. Obecnie owe małe drewniane deski z jego malunkami, jakie rozdawał znajomym, mogą być warte ponad milion dolarów.

Co Tom Thomson widział w 1914 roku: pięćdziesiąt lat od momentu, gdy zaczęto karczować lasy, kłody spławiane rzeką są następnie przycinane i obrabiane w tartaku. Rzeka posiada tamy; na obu jej brzegach znajdują się linie kolei przemysłowej a stosy złożone z tysięcy kłód drzewa czekają na załadunek na statki. Tarcica potem dociera do krańcowych punktów linii kolejowych wokoło Wielkich Jezior i używana jest do budowy miast w Ameryce Północnej i w innych zakątkach świata. Siedem lat później, ostatni istniejący tartak całkowicie się spalił i Parry Sound powitało pierwszy statek wycieczkowy, pełny turystów, przybywających podziwiać naturalne piękno tego rejonu.
Jedno z najlepszych miejsc biwakowych!

Chociaż była to raczej krótka wycieczka, będziemy ją zapewne długo pamiętać: okolica była niezmiernie dzika i malownicza, zachowana w naturalnym stanie i bez widocznych śladów działalności człowieka. Mogliśmy delektować się niezmąconą ciszą i samotnością, zakłócaną jedynie przez przelotne wizyty niedźwiadków, jak też nigdy przedtem nie zjedliśmy tak wiele dzikich jagód! Z przyjemnością powróciłbym w to miejsce.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz