środa, 16 sierpnia 2017

DWUNASTY WYJAZD NA KUBĘ I DRUGI DO HOTELU COLONIAL NA CAYO COCO ORAZ ZWIEDZANIE MIASTA CIEGO DE AVILA, OD 12 DO 26 STYCZNIA 2017 ROKU



Ponieważ nasz pierwszy pobyt w hotelu Colonial na Cayo Coco w listopadzie 2015 roku (http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/2016/10/cayo-coco-cubatwo-weeks-at-hotel.html) był niezmiernie udany, postanowiliśmy udać się tam ponownie; 14 miesięcy później, 12 stycznia 2017 r., po najkrótszym locie na Kubę (3 godziny i 7 minut), wylądowaliśmy w Cayo Coco.
 
Widok z naszego okna hotelowego, pokój 1642
Lot (linie Sunwing) był nie najgorszy, chociaż po raz pierwszy posiłki nie były wliczone w cenę biletu (co akurat mi najmniej przeszkadzało). W porcie lotniczym w Cayo Coco poszedłem od kiosku wymiany walut i wymieniłem jedynie $100 na kubańskie peso, bo przelicznik był fatalny: 67 CUC za $100 kanadyjskich. Niestety taki sam przelicznik był stosowany w hotelowej recepcji. Z drugiej strony, w banku w mieście Ciego de Avila otrzymałem 72,50 CUC za sto dolarów kanadyjskich (chociaż początkowo pracownik banku ‘pomylił się’ i początkowo otrzymałem o 20 CUC mniej). Z powodu tak niskiego przelicznika, przywieźliśmy ze sobą sporo jedno-dolarowych banknotów amerykańskich (Kanada takowe wyeliminowała już ponad 20 lat temu), które były idealne do dawania napiwków i żaden Kubańczyk nie narzekał—cóż, „pecunia non olet”! Niektórzy turyści twierdzą, że powinno się zawsze dawać napiwki w lokalnej walucie—tym bardziej, że Kubańczycy, chcąc wymienić dolary amerykańskie na CUC, muszą płacić dodatkowo 10% marży. Zgadzam się—i jak tylko kubański rząd przestanie oszukiwać turystów na wymianie walut, będziemy dawali napiwki w kubańskich peso, CUCs! Ale przynajmniej dawaliśmy napiwki, co nie można było powiedzieć o większości rosyjskich turystów.

Po dwudziestu minutach autobus przywiózł nas do hotelu. Od razu zobaczyliśmy Vivianę i Michela z Public Relations, których spotkaliśmy podczas poprzedniej bytności w tym hotelu. Bardzo szybciutko poszliśmy do naszego przyjemnego, narożnego pokoju nr 1642.
Pokój nr 1642

Podczas gdy Kanadyjczycy stanowili większość turystów, również zauważyliśmy dużo Rosjan i turystów z Argentyny. Amerykańscy turyści jakoś jeszcze nie ‘odkryli’ Cayo Coco i nie było tu ani jednego (prócz Catherine); nawet pracownicy hotelu rzadko kiedy mieli kontakt z turystami amerykańskimi.

POKOJE

Nasz pokój nr 1642 był przyjemny, lecz niestety wrzaskliwe odgłosy dochodzące z basenu (tzn. bingo i okropna muzyka techno, z wykrzykującym non-stop didżejem) szybko stały się niezmiernie uciążliwe i często trwały do godziny piątej po południu, przyprawiając Catherine o ból głowy. Po kilku dniach poprosiliśmy Vivianę o zmianę pokoju i otrzymaliśmy pokój numer 3066, który był o niebo lepszy: rozciągał się z niego super widok na ocean i lagunę, jak też był położony bardzo daleko od miejsc związanych z rozrywką czy też bingo. Z pokoju też widzieliśmy częściowo przekopany kanał, mający połączyć lagunę z oceanem. Ponieważ niedaleko znajdował się ‘przystanek’ autobusowy dla pracowników hotelu, czasami słyszeliśmy klaksony autobusów i widzieliśmy, jak spóźnialscy pędzili, aby załapać się na ostatni autobus do domu—lub w innym przypadku ryzykować spędzenie nocy w ośrodku!
Pokój nr 3066

I obecny, i poprzedni pokój posiadały bezpłatny sejf, telewizję HDTV, wannę, dwa duże łóżka, balkon i małą lodówkę. Chociaż w Kanadzie nie posiadamy telewizora i nie oglądamy telewizji, tym razem spędziliśmy trochę czasu wpatrzeni w ekran z powodu zbliżającej się inauguracji prezydenta Donalda Trumpa. Niestety, nie było żadnych kanałów kanadyjskich, jedynie CNN oraz jakieś angielskojęzyczne chińskie stacje (CCTV). Szokowały mnie sprawozdania CNN—były niezmiernie zawężone, ponad 95% tzw. ‘wiadomości’ dotyczyły Stanów Zjednoczonych i praktycznie w absolutnej większości skupiały się na zaprzysiężeniu prezydenta, prawie-że kompletnie ignorując inne wydarzenia światowe. Naprawdę współczuję tym, dla których kanał CNN stanowi jedyne źródło wiadomości!
Budynek 30

Pokojówka bardzo starannie sprzątała pokój i zazwyczaj zostawiała butelkę wody mineralnej; zawsze zostawialiśmy jej przynajmniej 1 peso. Gdy mieliśmy mały problem z zapalaniem światła i zadzwoniliśmy na recepcję, momentalnie pojawił się elektryk, bardzo miły facet i szybko go naprawił. Następny problem z sejfem (po prostu wyczerpały się baterie) został szybko rozwiązany przez Señora Prado—jak również hydraulik zreperował zbiornik z wodą, z którego uciekała woda.

JEDZENIE

Jak zwykle, nigdy nie mieliśmy żadnych problemów ze znalezieniem czegoś smacznego, a nawet pysznego. Śniadania były serwowane w restauracji Restaurante Buffet Plaza. Codziennie zamawiałem jajka z patelni lub omlet—jak też wyśmienite naleśniki! Było też dużo sałatek i owoców, różnego rodzaju chleby i bułeczki, kiełbasy, sery i plasterki mięsa. Jednego dnia Catherine ‘odkryła’ naleśniki i od tego czasu spożywała ich po kilka. Gorący bufet oferował między innymi kaszankę, gotowane jajka, cebule, ziemniaki i ‘wieprzową kiełbasę ze świni’ (!). Ponieważ nie piję kawy, zawsze przynosiłem kilka szklanek jogurtu i zawsze mogliśmy polegać na usłużnych i szybkich kelnerkach, które szybko przynosiły kawę dla Catherine (w karafkach) i zabierały użyte talerze.

Obiad był serwowany w restauracji Grand Salon Rocamar Restaurant i każdego wieczora byliśmy w stanie znaleźć coś smakowitego. Uwielbiałem krewetki z patelni, które serwowano kilkakrotnie podczas naszego pobytu—trzeba było przychodzić wcześnie i stać nawet 30 minut w kolejce, ale było warto! Kilka razy jadłem doskonałą wołowinę i mięso z jagnięcia przygotowane na grillu. Zimny bufet oferował różne sałatki, włącznie ze zdrowym i dobrym szpinakiem, ślimaki, groszek, sery, sałatki z ziemniaków, jajka i dużo świeżych, poszatkowanych i ugotowanych warzyw. Nie było dużo pomidorów i surowej zieleniny. Zakładając, że te potrawy były organiczne, można było rzeczywiście żywić się w bardzo zdrowy sposób. Zawsze siadaliśmy przy końcowym stoliku, usytuowanym na zewnątrz, gdzie kręciło się kilka głodnych piesków.
Ranchon Hemingway

Chociaż nigdy nie chodziliśmy do restauracji na lunch, często będąc na plaży, zaglądaliśmy do baru plażowego (Ranchon Hemingway) na piwo, pina colada, hamburgery, kanapki z szynką, serem, tuńczykiem, kurą i sałatką, hot dogi i frytki. Bar zamykał się już o godzinie 15:00—absolutnie za wcześnie. Być może wtedy kończyło się jedzenie, bo było to popularne miejsce nie tylko dla turystów, ale również dla uprzywilejowanych pracowników hotelu. Jednego razu Catherine zamówiła kilka hamburgerów i dała je ogrodnikowi, który o nie bardzo prosił.

Czasem korzystaliśmy z barów i zamawialiśmy po drinku, ale zazwyczaj napełniałem mój ‘bubba mug’ (termos-beczułkę) piwem i powoli go piłem, leżąc na plaży. W lobby serwowano doskonałą kawę po hiszpańsku.

Dwukrotnie poszliśmy do restauracji (jedna nazywała się Caribe) na obiady a’la carte; były dobre, ale preferowaliśmy restauracje ze szwedzkim bufetem, gdzie mieliśmy o wiele lepszy wybór. Felix był naszym szybkim i miłym kelnerem—później go spotykaliśmy często w barze plażowym.

Churros, robione na zamówienie koło całonocnego baru były przepyszne i musieliśmy mieć dużo silnej woli, aby za dużo ich nie zjeść!

Nie jestem w stanie nic powiedzieć na temat wieczornych pokazów i innego rodzaju ‘entertainment’, bo ani razu nie poszliśmy na żadne występy. Jakkolwiek bardzo nie lubiliśmy hałaśliwych i krzykliwych działalności rozrywkowych, jakie odbywały się przy basenie; jednego popołudnia, gdy dobiegły już końca, turyści wypoczywający dookoła basenu zaczęli klaskać—wreszcie mogli rozpocząć prawdziwą relaksację! Bez wątpienia nie byliśmy jedynymi turystami, którzy czuli antypatię do tego rodzaju ‘rozrywek’.

Kilka lat temu kupiłem kilka dysków CD z muzyką kubańską, “5 Leyendas De Cuba”, na których znajdowały się utwory Eliades Ochoa, Compay Segundo, Ibrahim Ferrer, Omar Portuondo i Ruben Gonzales oraz dwu-dyskowy album muzyczny z muzyką Benny Moore. Często słucham tej przepięknej muzyki w domu w Kanadzie, Jednakże z kompletnie dla mnie niezrozumiałych powodów, niezmiernie rzadko mam okazję słuchać tego rodzaju muzyki w ośrodkach na Kubie. Szkoda!

PLAŻA

Plaża była świetna! W 2015 roku głównie używaliśmy plażę vis-a-vis budynku nr 18 i czasem stawała się niezmiernie wąska podczas przypływów. Tego roku chodziliśmy na plaże przy budynkach nr 30 i 31, plaża była o wiele szersza i przyjemniejsza. Raz zobaczyliśmy grupę ogończy (stingrays), płynących bardzo blisko brzegu. Niektóre dopływały na metr lub dwa do pluskających się w wodzie turystów, ale szybko od nich uciekały. Nie zauważyłem na plaży zbyt wiele insektów (np. much piaskowych, sand flies), ale jednego dnia, gdy nadchodziła burza, muchy piaskowe dały się we znaki. Od czasu do czasu pojawiały się komary. Chociaż przywiozłem ze sobą puszkę spreju na komary, nigdy go nie używałem i pozostawiłem ją dla pracowników hotelu.

Gdy dopisywała pogoda, na plaży robiło się dość tłoczno i już rano trzeba było rezerwować dobre miejsca (co skutecznie udawało się Catherine). Ogólnie była wystarczająca ilość leżaków, ale często trzeba było po nie iść ponad sto metrów i potem je ciągnąc po plaży—„kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje”. Również były palapas i trochę drzew, zapewniające cień. Około godziny 10:00 rano kilkoro turystów partycypowało na plaży w zajęciach gimnastycznych typu ‘stretching’ (rozciąganie i wyginanie się), ale nie była to zbyt dobra godzina (od razu po śniadaniu), toteż nie było za dużo chętnych. Oczywiście Catherine od razu się do nich dołączyła! Bardzo dużo turystów pływało w oceanie, szczególnie Rosjanie. Pokaźna grupa Kanadyjczyków pochodzenia francuskiego zebrała się na końcu plaży i gdy sobie za dużo wypili, stali się bardzo hałaśliwi.

POGODA

Ponieważ był styczeń i byliśmy w północnej części Kuby, przygotowaliśmy się na to, że będzie trochę chłodniej, ale pogoda okazała się być lepsza, niż przewidywaliśmy. Przez kilka dni było wietrznie; jednego dnia niebo stało się nagle czarne, zaczęło wiać i przez kilka godzin lało jak z cebra, ale poza tym w ciągu dnia było ciepło i nawet wieczorami nigdy nie musiałem zakładać swetra—koszula z długim rękawem była wystarczająca. Generalnie było słonecznie i spędzaliśmy dużo czasu opalając się na plaży (w Ciego de Avila w czasie dnia było prawie gorąco). Nasz pokój był wyposażony w działający klimatyzator, ale większość czasu go nie używaliśmy i spaliśmy przy otwartych oknach, zakrytych jedynie zasłonami, aby zapobiec wlatywaniu komarów do pokoju.

HOTEL

Hotel przypominał małą hiszpańską kolonialną wioskę i był całkiem czarujący; być może inne hotele posiadały lepsze wyposażenie i wyższe standardy, ale nie mogły się równać z unikalnym wyglądem hotelu Colonial! Parę kroków od głównego budynku hotelowego było kilka ‘tiendas’, sklepików, sprzedających napoje alkoholowe, cygara, ubrania, pamiątki i książki. Również niedaleko znajdowała się klinka medyczna i dentystyczna.

Pracownicy hotelu byli zawsze mili i pomocni. Ogrodnicy zajmowali się utrzymaniem zielonych terenów hotelowych i zawsze można było ich poprosić o orzech kokosowy, tym bardziej, że Catherine dała jednemu z nich dużą torbę z ubraniami przywiezionymi z Kanady. Było też trochę ławeczek, oświetlenie i dużo zieleni. Kilka piesków i kotków wałęsało się po terenach hotelowych, ale nie były zbyt natrętne—to raczej ptaki starały się wykorzystać każdą okazję i podwędzić coś z talerzy! Samotny, niezdolny do latania flaming nadal zamieszkiwał koło restauracji, tym razem w towarzystwie trzech leniwych kaczek, które pewnie były zwabione jedzeniem, jakie pracownicy hotelu dawali flamingowi.

W recepcji hotelu można było otrzymać gazetę „Granma”, czasem były wydania w języku angielskim. Kilka razy rozmawiałem z Frankiem, całkiem dobrze znał język angielski. Na głównym placyku hotelowym często parkowały taksówki—można było porozmawiać z taksówkarzami, wypytać się o ceny i wziąć od nich numery telefonu.

Hotel posiadał 2 baseny, jeden duży, owalny, z chlorowaną wodą niedaleko terenów hotelu Tryp oraz wężykowaty basen ze słoną wodą i z barem po drugiej stronie terenów hotelowych. Nigdy nie pływaliśmy w żadnym basenie, ale bardzo lubiliśmy się przechadzać koło nich w nocy i przechodzić oświetlonymi mostkami, widok był romantyczny!
Domki 'bungalow' w hotelu Iberostar Mojito-niestety, ale zamknięte

Jednego popołudnia wybraliśmy się na przechadzkę po plaży, minęliśmy hotel Tryp i doszliśmy do hotelu Iberostar Mojito. Ośrodek został założony przez kanadyjskich hokeistów i dawniej nazywał się „El Senador”. Były hokeista głównej ligi i kapitan drużyny Montreal Canadiens, Serge Savard, swego czasu był jednym z jego współwłaścicieli. Nazwa hotelu „El Senador” odnosiła się do jego przydomka „Le Senateur” (Senator). Znajdowało się tam wiele domków typu ‘bungalow’ położonych na wodzie, dostępnych jedynie drewnianymi pomostami—zdawały się być fantastycznymi miejscami do zatrzymania się—ale wszystkie były zaryglowane na cztery spusty, a instalacje wodnokanalizacyjne odłączone! Następnie zobaczyliśmy ciekawą restaurację i wdaliśmy się z rozmowę z jedną z kelnerek.
W restauracji hotelu Iberostar Mojito

Następnego dnia wieczorem ponownie poszliśmy plażą do hotelu Iberostar Mojito (był odpływ i powiedziano nam, że będziemy w stanie po kilku godzinach wrócić tą samą drogą) i spożyliśmy bardzo smaczny obiad w tamtejszej restauracji. Po kilku godzinach, gdy zaczęliśmy w ciemnościach wracać do hotelu, zorientowaliśmy się, że… plaża zniknęła! Naturalnie był przypływ i plaża znalazła się pod wodą (aczkolwiek Catherine chciała jakoś spróbować powrócić tą samą drogą, w kompletnych ciemnościach—pewnie musiała nie tylko posiadać olimpijskie zdolności pływackie, ale również doskonały zmysł orientacji!). Wobec tego zawróciliśmy i skierowaliśmy się do głównego budynku hotelowego, zamówiliśmy kilka drinków i rozważaliśmy, czy iść do naszego hotelu po ulicy piechotą, czy też wziąć taksówkę. Zdecydowaliśmy się na ponad 2 kilometrowy spacer do hotelu Colonial. Droga była pusta, ale dobrze oświetlona i świetnie się nam szło.
W barze w hotelowym lobby

Przywieźliśmy ze sobą sporo koszulek (niektóre nadal w oryginalnych opakowaniach ze sklepów Target i Walmart, z dołączonymi metkami cenowymi od $12,99 do $39,99), używając je zamiast napiwków. Niektórzy turyści są kategorycznie przeciwni dawaniu Kubańczykom prezentów argumentując, że przez to ich psujemy, że takie postępowanie jest dla nich poniżające lub że Kubańczycy tak naprawdę wcale nie potrzebują takich rzeczy… bo wszystko mogą kupić na Kubie!
Ogrodnik w Hotelu Colonial

Dlatego też postanowiłem przedyskutować to zagadnienie z kilkoma mówiącymi po angielsku Kubańczykami. Wyjaśniłem im panujące różne opinie na temat dawania prezentów i spytałem ich, czy rzeczywiście poczuli się w jakikolwiek sposób poniżeni, urażeni czy też upokorzeni otrzymaniem ode mnie prezentów. Wszyscy z nich byli bardzo zdumieni i zaskoczeni tym, co im powiedziałem, nie zgodzili się z takimi opiniami i oświadczyli, że byli absolutnie wdzięczni za te prezenty i bardzo mi za nie dziękowali. Przynajmniej miałem czyste sumienie!

Dodatkowo przywiozłem sporo periodyków (głównie „The Economist”), broszur w językach angielskim i hiszpańskim oraz kanadyjskie gazety. Kubańczycy, którzy znali angielski, byli zachwyceni tymi magazynami. Kilka lat temu rozmawiałem jakiś czas z pracownikiem hotelu i następnie dałem mu sporo czasopism i gazet. Kilka dni później spotkał mnie i zaczął zadawać dużo pytań na temat niektórych artykułów oraz niezrozumiałych słów—jak też spytał się, czy przypadkiem nie posiadam więcej takich materiałów.

Do czytania na plaży przywiozłem z Kanady dwie książki. Pierwsza z nich, „The Lords of Discipline” (polski tytuł “"Władcy dyscypliny") autorstwa Pat Conroy, opisywała czterech kadetów akademii wojskowej, którzy nagle znaleźli się w kompletnie nowym środowisku, rządzonym specyficznymi zasadami i kodeksem honorowym i musieli zmagać się z niesprawiedliwością panującą w tej skorumpowanej instytucji. Była to znakomita, frapująca nowela. Biorąc pod uwagę, że autor za młodu uczęszczał do akademii wojskowej, „The Citadel”, można odgadnąć, że ta książka była oparta na autentycznych postaciach i wydarzeniach. Wiele lat temu oglądałem film o takim samym tytule, ale nie pozostał mi w pamięci—nie był za dobry i nie dorównywał książce.

Druga książka to „Kane and Abel” Jeffrey Archera, tzw. „Specjalna Edycja z Okazji 30 Rocznicy Wydania”, poprawiona i ‘przerobiona’ przez autora. Książka ukazuje losy dwóch mężczyzn urodzonych tego samego dnia—jeden w Stanach Zjednoczonych, w majętnej rodzinie, drugi w Polsce, praktycznie sierota, który jako nastolatek emigruje do USA. Ostatecznie oboje budując swoje fortuny, stają się zaprzysięgłymi rywalami, a ich ścieżki życiowe często i nieoczekiwanie się krzyżują. Książka była świetnie napisana i muszę się zgodzić, że trudno się było od niej oderwać. W latach osiemdziesiątych XX w. nakręcono na jej podstawie całkiem niezły film. Niektóre sceny filmowano w Toronto i nawet natknąłem się na ogłoszenie w gazecie—poszukiwano do tego filmu ‘statystów polskiego pochodzenia’. Rozważałem złożyć aplikację, ale jakoś nigdy tego nie zrobiłem. A szkoda—mógłbym stać się gwiazdą filmową albo przynajmniej uzyskać przysłowiowe 15 minut sławy!
Flaming i jego leniwy przyjaciel

AUTOBUS ‘HOP-ON-HOP-OFF’

Dwukrotnie przejechaliśmy się dwupiętrowym autobusem (za 5 CUC na cały dzień od osoby), wysiadając w hotelu Memories of Flamenco, przeszliśmy się do hotelów Melia Jardines de Rey i Pestana Cayo Coco, w których zatrzymaliśmy się na kilka godzin. Na drodze zobaczyliśmy dość sporego rozjechanego węża. Chociaż opaski, jakie nosiliśmy na nadgarstku różniły się kolorem od tych noszonych przez gości w wizytowanych przez nas hotelach, obsługa barów bez problemu serwowała nam napoje, mając nadzieję otrzymać napiwek. Opaski w jednym z tych hoteli były tego samego koloru jak nasze (żółte), toteż z nim czuliśmy się jak u siebie i bez problemu zafundowaliśmy sobie obiad. Zauważyłem, że dookoła kręciło się dużo turystów z Polski, natomiast nie było Rosjan—przypuszczam, że firmy turystyczne w tych krajach promują specyficzne hotele i ośrodki. Późnym popołudniem przyjechał autobus i zabrał nas do końcowego przystanku na Playa Pillar, a następnie skierował się do naszego hotelu. Chociaż po drodze zatrzymywał się w różnych ośrodkach, był to bardzo ciekawy wypad.
Ten rosyjski turysta po zrobieniu kilku zdjęć koło tego antycznego samochodu, nagle usiadł na jego masce, pomimo protestów kierowcy

Autobus też dojeżdża do centrum handlowego (położonego niedaleko naszego hotelu), gdzie można było kupić różnego rodzaju pamiątki, ubrania, alkohole i podobne rzeczy—jedynym naszym zakupem była butelka alkoholu—po prostu nie zauważyłem niczego szczególnie niebanalnego i rzucającego się oczy. Rozkład jazdy był wywieszony w każdym hotelu, ale zawsze warto było potwierdzić te godziny z kierowcą.

WYPAD DO MIASTA CIEGO DE AVILA

Kiedykolwiek jesteśmy na Kubie, zawsze staramy się odwiedzić pobliskie miasto i zatrzymać się w nim na kilka nocy. Podczas naszej ostatniej wycieczki na Cayo Coco spędziliśmy 2 noce w mieście Morón, a tym razem chcieliśmy zobaczyć miasto Ciego de Avila. Jak zwykle spędziłem kilka dobrych godzin na Internecie, wyciągając różne informacje na temat casa particulares (tzn., prywatnych kwater, wynajmowanych przez Kubańczyków), toteż dobrze się orientowaliśmy, gdzie się zatrzymać.
Casa Yolanda-nasz pokój

Zamówiliśmy taksówkę (60 CUC w każdą stronę)—jej kierowca nie mówił po angielsku, ale za to znał język… rosyjski: przebywał w Rosji/ZSRR jakiś czas i jego żona była Rosjanką. Opuściliśmy hotel Colonial 20 stycznia 2017 r. i gdy jechaliśmy w kierunku Ciego de Avila, Donald Trump został oficjalnie prezydentem Stanów Zjednoczonych (niesamowite, nieprawdaż?), nie mogliśmy oglądać jego inauguracji na żywo w telewizji. Co ciekawe, gdy byliśmy w Hawanie w 2009 roku, oglądaliśmy inaugurację prezydenta Baracka Obamy w telewizji w lobby hotelu Ambos Mundos (mieszkał w nim swego czasu Ernest Hemingway). Ponieważ był to pierwszy czarny prezydent Ameryki, było to też niezwykłe wydarzenie!
Casa Yolanda

Byliśmy zaopatrzeni w dokładne opisy, adresy i fotografie około 10 casas particulares i poprzedniego dnia telefonicznie zarezerwowaliśmy Casa Mari y Gustavo, motywując nasz wybór informacjami z Internetu i kilkoma zdjęciami tejże casa. Gdy do niej dotarliśmy, byliśmy niezmiernie rozczarowani—balkon był zakryty brzydkim brezentem, a pokój podejrzanie pachniał. Powiedzieliśmy, „No, gracias”, wróciliśmy do taksówki i wyruszyliśmy na dalsze poszukiwania lokalu.

Taksówkarz był bardzo życzliwy i skrupulatnie zawoził nas pod adresy z naszej listy. Aby nie przedłużać tej całej historii—odwiedziliśmy przynajmniej 5 innych casas: niektóre były przyjemne, ale zajęte, jedna znów bardzo dziwnie pachniała, inna była świetna, w centrum miasta, ale dookoła wrzały hałaśliwe budowy i renowacje. Wreszcie zatrzymaliśmy się w casa, która była zajęta, ale jej właściciel naprawdę chciał nam pomóc. Wraz z taksówkarzem spędzili jakiś czas coś dyskutując, zadzwonili tu i tam—i pojechaliśmy do Casa Yolanda (Calle 5ta, No 15, Republica y Hicacos, Rpto Diaz Pardo, Phone: +53 33 214026), położonej bardzo blisko ogrodu zoologicznego. Właścicielka, Yolanda Wong Louis (była pochodzenia chińskiego i miała orientalne rysy twarzy) pokazała nam pokój na parterze (chcieliśmy na piętrze, ale cóż, z pustego i święty nie naleje), który zaakceptowaliśmy na 2 noce. Jak się okazało, nasz taksówkarz mieszkał o kilka domów dalej!
W środku Katedry

Pokój był przytulny, posiadał pełną łazienkę z gorącą wodą, klimatyzator oraz na werandzie (gdzie często wypoczywaliśmy) stała lodówka. Również na froncie casa znajdował się ogrodzony placyk (świetne miejsce na parkowanie samochodu). Ogólnie całkiem niezłe miejsce, chociaż nie na piętrze i bez balkonu. Po rozpakowaniu naszych rzeczy od razu wybraliśmy się na miasto.
Katedra

Spacerkiem udaliśmy się do Parque Jose Marti. Był tam dość nowoczesny kościół (Catedral de San Eugenio de la Palma), do którego wstąpiliśmy i od razu zostaliśmy zaczepieni przez kobietę (powiedziała, że pochodziła z Haiti), wręczyła nam jakieś religijne obrazki i rzecz jasna, oczekiwała w zamian otrzymać coś od nas, niekoniecznie natury religijnej (tzn. dolary lub CUCs były najlepsze).
Parque Jose Marti i szpecący plac budynek za pomnikiem Marti

Na każdej stronie placu znajdowało się kilka ciekawych budynków—w jednym z nich mieściło się muzeum (Museo de Artes Decorativas), ale było zamknięte i tyko udało się nam zajrzeć do środka przez uchylone drzwi, a następny budynek, na zachodniej stronie parku, był niezmiernie brzydki, w stylu Sowieckim (dwunastopiętrowy Doce Plantas). Nie wiem, kto go wybudował i kiedy, ale kompletnie nie pasował do pozostałej architektury miasta i oszpecał plac.

Następnie przeszliśmy się wzdłuż ulicy Calle Independencia, arterii handlowej miasta i bulwaru dla pieszych. Było tam bardzo dużo Kubańczyków (w Ciego de Avila prawie kompletnie nie zauważyliśmy turystów—co za kontrast w porównaniu do miasta Trinidad, gdzie było WIĘCEJ turystów niż lokalnych mieszkańców!), ale nas nie zaczepiali. 

Po obu stronach bulwaru znajdowały się różnorakie sklepy, kawiarnie, lodziarnie, restauracje i banki—ba, nawet spostrzegłem… the Royal Bank of Canada—a przynajmniej inskrypcję na budynku—wątpię, aby miał on obecnie cokolwiek wspólnego z tym ‘prawdziwym’ kanadyjskim Royal Bankiem. Jednakże biorąc pod uwagę zachodzące na Kubie zmiany to niewykluczone, że w niedalekiej przyszłości ten bank ponownie w tym miejscu otworzy swój oddział! Catherine parę razy kupowała lody (trudno się było jej oprzeć, jako że kosztowały jedynie 50 centów), a jak kupiłem zimne piwo za 1 CUC (ale również używaliśmy CUPs, lokalną walutę). Jeden ze sklepów oferował wiele pamiątek, niektóre z nich całkiem oryginalne i zakupiłem komplet bardzo ciekawie malowanych talerzy.

Ponieważ uwielbiam księgarnie, wstąpiłem do domu książki w Ciego de Avila. Praktycznie 100% książek było w języku hiszpańskim. Niemniej jednak udało mi się kupić dwie książki polskich pisarzy w tłumaczeniu na języku hiszpański. Jedna z nich była napisana przez Tadeusza Borowskiego, dość znanego polskiego pisarza. Spędziwszy 3 lata w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu (Auschwitz), napisał kilka sławnych opowiadań opartych na jego własnych doświadczeniach, nawiązujących do życia w tym okropnym miejscu. Jedna z jego najbardziej znanych powieści to „Proszę państwa do gazu”, stanowiła obowiązkową lekturą w ostatniej, czwartej klasie liceum ogólnokształcącego w Polsce. Z pewnością każdy, kto nią czytał, długo pamiętał jej treść—opisy autentycznych potworności niedorównujących opisom przedstawionych w horrorach Stephena Kinga.
Transport publiczny

W tym miejscu chciałbym trochę odbiec od tematu—istniał jeszcze jeden powód, że tak świetnie zapamiętałem to opowiadanie Borowskiego. Był rok 1981, miesiąc temu otrzymałem świadectwo maturalne z Liceum Ogólnokształcącego nr XL im. Stefana Żeromskiego w Warszawie i właśnie wybierałem się na wakacje z kilkoma kumplami z mojej klasy. Mieliśmy jednak jeden problem—potrzebowaliśmy naładować propanem butle gazowe. W tamtym czasie Solidarność była u szczytu, wszędzie wybuchały strajki, polska ekonomia kompletnie waliła się i kupno czegokolwiek—dosłownie CZEGOKOLWIEK—było imponującym sukcesem: na każdym rogu stały kolejki do prawie pustych sklepów—a te z kolei często się zamykały, bo dosłownie nie posiadały ŻADNYCH towarów na sprzedaż, pieniądze stawały się coraz bardziej bezwartościowe i stopniowo robił się popularny handel wymienny.

Butle gazowe można było napełnić na niektórych stacjach benzynowych, ale oczywiście przez wiele tygodni (lub miesięcy) nie posiadały propanu (a często również i benzyny!). Pewnego dnia dowiedziałem się, że następnego dnia będzie dostawa propanu na stacji benzynowej znajdującej się bardzo blisko mojego bloku, koło ulic Świerczewskiego (obecnie Al. Solidarności) i Żelaznej. Zdawałem sobie sprawę, że gazu nie wystarczy dla wszystkich i że musimy ustawić się jak najwcześniej w kolejce. O szóstej rano przyszedł do mnie nadal ospały kolega i udaliśmy się na stację benzynową—byliśmy pierwsi w kolejce! Po jakimś czasie pojawiło się kilku naszych kolegów oraz wiele innych osób i zaczęła formować się coraz dłuższa kolejka. Czekając na dostawę propanu, atmosfera stała się piknikowa. W pewnym momencie podeszła do naszej grupy jakaś kobieta i głośno się zapytała:

– Przepraszam, czy Państwo czekacie do gazu?

Zważywszy, że parę miesięcy temu wertowaliśmy to opowiadanie Borowskiego, byliśmy tak zaskoczeni i zaszokowani jej makabrycznie brzmiącym pytaniem, że zabrało nam parę sekund, zanim jej odpowiedzieliśmy.
Polski Fiat 126p, a raczej tylko jego karoseria

Ale wracając do książki i autora: składała się z kilku opowiadań Borowskiego, włącznie z jego opowiadaniem „Proszę Państwa do Gazu”. Tadeusz Borowski, rozczarowany systemem komunistycznym i prześladowany przez Służbę Bezpieczeństwa, popełnił samobójstwo w 1951 r., wdychając gaz z kuchenki, parę dni po urodzeniu się jego córki. Miał zaledwie 28 lat. Na początku listopada 1981 roku (Zaduszki/Święto Zmarłych, w którym setki tysięcy ludzi odwiedza w Polsce cmentarze) poszedłem na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie i przechodząc koło mogiły Borowskiego, zapaliłem na nim świeczkę...

Ale powracam do naszego spaceru po Ciego de Avila... wdepnęliśmy też do banku wymienić pieniądze (przed bankiem była długa kolejka, ale jak się okazało, nie obowiązywała turystów—spostrzegłszy nas, strażnik pokazał gestem ręki, abyśmy weszli do środka). Jak wspominałem na początku, kurs wymiany był dobry, ale zajęło trochę czasu wymienienie 200 dolarów na peso i pracownik banku zrobił 'pomyłkę' (którą na szczęście zauważyłem), wydając mi o 20 CUC mniej.

Catherine wstąpiła do supermarketu (jest ich coraz więcej na Kubie), gdzie ceny były bardzo wysokie i ci Kubańczycy, którzy nie mieli dostępu do 'twardej waluty' prawdopodobnie mogli tylko marzyć o kupieniu czegokolwiek w tym sklepie. Catherine również miała zamiar kupić lody w „Heladeria Copelia”, ale kolejka była tak długa, że od razu dała sobie spokój.

Niezmiernie lubiliśmy spacerować po bulwarze, odpoczywać na ławkach, przyglądać się przechodzącym ludziom i od czasu do czasu porozmawiać z Kubańczykami.

Kilka przecznic od Parque znajdował się budynek Teatro Principal. Wybudowany w 1927 roku, posiadał jakoby najlepszą akustykę na Kubie. Był zamknięty i mogliśmy tylko podziwiać z zewnątrz jego interesującą architekturę. Gdy fotografowałem narożny budynek teatru przy ulicach Calle Joaquin Aguero i Honorato del Castillo, pojawił się Señor Prado, pracownik Hotelu Colonial! Trochę z nim porozmawialiśmy i kontynuowaliśmy zwiedzanie miasta.

Fidel Castro zmarł 25 listopada 2016 roku, niecałe 2 miesiące przed naszym przyjazdem na Kubę. Co ciekawe, dokładnie co do dnia 60 lat temu, 25 listopada 1956 roku, słynny jacht „Granma” potajemnie wypłynął z miejscowości Tuxpan w Meksyku, a na jego pokładzie znajdowało się 82 rewolucjonistów, włącznie z Fidelem Castro, Raulem Castro, Che Guevara i Camilo Cienfuegos. Po tygodniu wylądowali na Kubie—i resztę historii wszyscy znają!

Trzy miesiące przed śmiercią Castro obchodził 90-te urodziny (13 sierpnia 2016 r.) i nadal na murach były plakaty z jego zdjęciem i życzeniami „Stu Lat z Okazji 90-tych Urodzin” (Felicidades Comandante por su cumpleanos).

Jednego wieczoru przechodziłem koło budynku z napisem „CDR”, był to lokalny Komitet Obrony Rewolucji (Comité de Defensa de la Revolución). Tego rodzaju komitety są bardzo powszechne na Kubie i mają stanowić „oczy i uszy Rewolucji”. Według artykułu, który niedawno czytałem, te komitety były bardzo popularne po Rewolucji i organizowane zebrania gromadziły tłumy ludzi; ich świetność już przeminęła i obecnie jakoby jedynie starsi ludzie brali udział w zebraniach, na które przychodziło bardzo mało osób. Na budynku był też naklejony plakat z Fidelem Castro—”Wszystkiego najlepszego z okazji 90-tych urodzin-i dalszych urodzin (y mas)”. Gdy zatrzymałem się przy budynku, spostrzegłem dobrotliwie wyglądającego starszego mężczyznę, który siedział przed drzwiami budynku. Powiedział mi, że on był przewodniczącym CDR (zważywszy na jego wiek, mógł z powodzeniem brać udział w Rewolucji u boku Castro).

No mas—powiedziałem, wskazując na plakat z Fidelem Castro (że już nie będzie dalszych jego urodzin).

– No mas—powtórzył—pero Fidel Castro vivirá siempre en nuestros corazones! (ale Fidel będzie zawsze żył w naszych sercach!).
Prywatny 'autobus' z Ciego de Avila do Moron

Inny starszy mężczyzna siedział w jakimś biurze, na którego ścianach znajdowały się plakaty propagandowe i de rigueur portrety Fidela i Raula Castro. Moją uwagę zwróciła fotografia z oryginalnym autografem—z tego, co zrozumiałem, przedstawiała „Komendanta Rewolucji” Juan Almeida Bosque, który złożył w tym miejscu wizytę wiele lat temu.

Spacerując jedną z głównych ulic, spostrzegłem budynek z dużymi oknami; w środku siedziało i stało wiele ludzi. Początkowo sądziłem, że był to sklep i po prostu była do niego kolejka, lecz po kilku sekundach zorientowałem się, że to był dom pogrzebowy o nazwie “La Funeraria El Clavel”. Składał się z dużej sali i mniejszych pokoików, w których dostrzegłem trumnę. Nie chciałem naruszyć ich prywatności i zrobiłem zaledwie kilka zdjęć.
Ten osobnik non-stop wykrzykiwał coś na temat autobusu do Moron, starając się  'nagonić' jak najwięcej pasażerów

Bardzo chciałem zobaczyć stację kolejową i gdy spostrzegliśmy tory kolejowe, po prostu doszliśmy nimi do niej. Była to mała stacyjka jak też stacja autobusowa, ale już trochę w stylu kapitalistycznym: stały na niej prywatne autobusy (a raczej ciężarówki z prostymi ławkami), oferujące przejazdy do miasta Morón. Cena pewnie była rekordowo niska, starałem się spytać, ale jakoś mi nie chciano powiedzieć—wątpię, że turyści korzystali z tego środka lokomocji! Jeden frapująco wyglądający osobnik stał koło ciężarówki i nieprzerwanie wykrzykiwał coś o autobusie do Morón, starając się nagonić jak najwięcej pasażerów. Cóż, „Marketing 101” w wydaniu kubańskim! Dookoła stacji kolejowej przewijało się dużo ludzi i siedząc na ławce, mogliśmy się przyglądać przechodzącym ludziom i przejeżdżającym samochodom. Koło nas siedział młody Kubańczyk i trochę z nim porozmawialiśmy—miał wędkę i wybierał się z kolegą na ryby.

Podeszło do nas kilku kubańskich uśmiechniętych chłopaków.

How are you? Where are you from? – spytali się nas po angielsku.

Powiedziałem im, aby się uczyli języka angielskiego i dałem im na pamiątkę przypinane znaczki z flagą Kanady.
Ten facet właśnie wybierał się na ryby

Zazwyczaj powracaliśmy do naszej casa już po zmroku i zatrzymywaliśmy się z restauracyjce 'fast food' o nazwie „Ditu”, serwującej frytki, kury i piwo—a koło niej mieścił się mały sklepik z moim ulubionym piwem „Bucanero”. Jednakże na Kubie są lepsze piwa, ale zazwyczaj jest je trudno kupić (miałem szczęście, bo w Ciego de Avila dostałem też piwa innych gatunków).

W sobotę poszliśmy do ZOO, znajdujące się kilka minut od naszej casa. Za wstęp płaciliśmy w CUPs, toteż zapłaciliśmy grosze. Ogród zoologiczny był mały i raczej przygnębiający... Widzieliśmy żyrafę, zebry, dwa lub trzy szympansy, strusie, małpki, flamingi, hieny i inne zwierzęta. Gdy tyko ludzie zbliżali się do klatki z szympansami, jeden z nich wyciągał poprzez kraty łapę, prosząc o jedzenie lub cukierki—przypominał mi bezdomnych i żebraków na ulicach w Toronto... 

Dzieciaki dawały małpkom banany i inne przysmaki, na które z niecierpliwością oczekiwały. Również widzieliśmy, jak pracownik ogrodu zoologicznego głaskał przez kraty lwa, lew to niezmiernie lubił i wyginał sią jak kot—od razu można było zauważyć, że pomiędzy nimi istniała bardzo mocna więź. Tenże pracownik również przyniósł na rękach małego krokodyla i pozwolił go dotykać zgromadzonym dookoła ludziom. Przez jakiś czas obserwowałem hipopotama w jego małej zagrodzie. Również weszliśmy do budynku, w którym mieściły się akwaria.

W ZOO było wiele rodzin kubańskich i dzieci świetnie się bawiły. Parę rodzin z pewnością było z USA (Miami Cubans), wystarczyło tylko rzucić okiem na ich ubrania. Jedna z atrakcji dla dzieci składała się z dużej, przezroczystej plastikowej kuli, napełnionej powietrzem, unoszącej się na powierzchni wody—a w środku było dziecko. Niektóre dzieciaki śmiały się do rozpuku, próbując manewrować plastikową kulą na wodzie, inne były trochę wystraszone i rodzice musieli ich zachęcać, aby poruszały się w środku. Również była tam prosta karuzela oraz sprzedawcy zabawek. Jakiś czas rozmawialiśmy ze sprzedawcą lalek (robione przez jego żonę) i Catherine kupiła kilka z nich.

W naszej casa całkiem dobrze spaliśmy. Każdego ranka nasza właścicielka przygotowywała nam śniadanie, które spożywaliśmy w kuchni. Ostatniego dnia rano poprosiliśmy jej, aby zadzwoniła po naszego taksówkarza; pojawił się na czas i wyruszyliśmy z powrotem do hotelu.

Gdy jechaliśmy groblą łączącą Cayo Coco ze stałym lądem, musieliśmy się na jakiś czas zatrzymać z powodu wypadku, ale po kilkunastu minutach mogliśmy kontynuować—minęliśmy ciężarówkę, która wpadła do wody i właśnie ją wyciągano. Później dowiedzieliśmy się, że ciężarówka zderzyła się z autobusem szkolnym, ale jakoby nie było żadnych ofiar. Miesiąc przed naszym przyjazdem do Cayo Coco zdarzył się śmiertelny wypadek na grobli, gdy kanadyjski turysta wraz z żoną byli transportowani w nocy do szpitala karetką pogotowia. Karetka w coś uderzyła (na grobli prowadzono różne prace drogowe) i oboje Kanadyjczycy zginęli.

Z pewnością Ciego de Avila nie można porównać do Hawany, Santiago de Cuba, Camagüey lub Cienfuegos, ale osobiście niezmiernie jestem zadowolony z wizyty w tym mieście i żałuję, że nie mogliśmy pozostać jeszcze jeden dzień dłużej.

Podsumowując, mieliśmy niezmiernie udane wakacje w hotelu Colonial i w mieście Ciego de Avila i jeżeli w przyszłości zdecydowalibyśmy się raz jeszcze pojechać do Cayo Coco, to z pewnością zatrzymalibyśmy się w hotelu Colonial.

A na zakończenie chciałbym przedstawić dowcip, który wymyśliłem na podstawie polskiego humoru politycznego z czasów komuny w PRL:

Amerykański turysta będący po raz pierwszy na Kubie wchodzi do salonu fryzjerskiego w Hawanie. Na ścianie wiszą dużej wielkości zdjęcia Fidela Castro i jego brata, Raula Castro. Gdy wygodnie rozsiada się w fotelu w poczekalni, podchodzi do niego fryzjer i wskazując na zawieszone wizerunki, zwraca mu uprzejmie uwagę.

— Przepraszam szanownego pana, ale u nas panuje taki zwyczaj, że zdejmuje się nakrycie głowy w pomieszczeniu, w którym wiszą wizerunki przywódców naszego kraju.


I’m terribly sorry—odpowiada Amerykanin. — Sądziłem, że to jest reklama fryzjerska: klient PRZED i PO goleniu brody!




THE MASSASAUGA PROVINCIAL PARK, ONTARIO. 25 WRZEŚNIA—05 PAŹDZIERNIKA 2016 ROKU




Moja druga wizyta w tym parku w 2016 roku, tym razem na jesieni, gdy nie ma komarów i większości turystów! Zarezerwowaliśmy miejsce na zatoce Blackstone Harbour, niedaleko kanału prowadzącego do zatoki Woods Bay. Na tym miejscu biwakowałem kilka razy w poprzednich latach i uważam, że jest jednym z najlepszych w tej okolicy. Tym razem przybyłem z Krzysztofem i zabraliśmy ze sobą kilka wędek, mając nadzieję, że będziemy codziennie mogli spożywać świeżo złowione ryby na obiad.
 
Nasze miejsce biwakowe na zatoce Blackstone Harbour, 2016 r.
Po około 20 minutach przybiliśmy do naszego miejsca biwakowego; nie zmieniło się zbytnio od mojej ostatniej wizyty, ale parę drzew wycięto i ognisko znajdowało się w innym miejscu. 
To samo miejsce w 2010 roku

Dookoła roiło się wręcz od grzybów, głównie maślaków, i nie było co z nimi robić, tak więc praktycznie ich nie zbieraliśmy. Szybko się rozpakowaliśmy i rozbiliśmy dwa namioty. Nowo postawione niedźwiedzio-odporne pojemniki na przechowywanie jedzenia okazały się niezmiernie przydatne, oszczędzając nam bardzo dużo czasu i wysiłku—inaczej musielibyśmy wieszać jedzenie pomiędzy drzewami. Ale pal sześć z niedźwiedziami—pomysłowa wiewióreczka ziemna, chipmunk, strategicznie wykopała wejście do swojej norki koło tego pojemnika i gdy tylko zostawiliśmy na chwilę otwarte wieko, zaraz tam wchodziła i kradła, co się dało, ładując wszystko w swoje komórki i zanosząc do swojego mieszkanka.

W parku było bardzo mało ludzi. Tylko raz widzieliśmy parę osób na przyległym miejscu biwakowym (które i tak było oddalone od naszego kilkaset metrów-to właśnie na nim biwakowaliśmy z Catherine na przełomie czerwca i lipca 2016 r., 3 miesiące temu). Kilka razy motorówka z wędkarzami przepłynęła koło naszego biwaku, ale nie zauważyliśmy, aby cokolwiek złapali. Prawie każdego wieczora wypływaliśmy na kanu i w zatoce łowiliśmy ryby, ale zdołaliśmy jedynie złapać kilka szczupaków. Później dowiedzieliśmy się od innych wędkarzy, którzy spędzili o wiele więcej czasu na to hobby i posiadali o niebo lepszy sprzęt wędkarski od naszego, że ich połowy były gorsze na naszych!

Z naszego miejsca mieliśmy z jednej strony widok na domek letniskowy, który zawsze był pusty, a z drugiej strony na wysepkę i miejsce biwakowe. Bardzo lubiliśmy ten widok i często przynosiliśmy krzesła, stawialiśmy je na skałach i spoglądaliśmy na zatoczkę i wysepkę.
 
Zorza Polarna
Chociaż wolę czytać literaturę faktu (non-fiction) niż beletrystykę (fiction), od czasu do czasu lubię przeczytać coś lekkiego i dlatego zabrałem ze sobą kilka typowych opowiadań z dreszczykiem. Według zamieszczonych na pierwszych stronach urywków recenzji, miały być to bardzo dobre, a nawet wyśmienite pozycje. Niestety, po przeczytaniu około 50 stron dalej nie byłem w stanie kontynuować, nie były kompletnie w moim stylu. Wobec tego zabrałem się za lekturę kilku magazynów „The Economist”, które od lat prenumeruję. Jest to niezmiernie inteligentny tygodnik, który oferuje dogłębną i wytrawną analizę obecnych wydarzeń politycznych i biznesowych na świecie—ale również jest on niezwykle liberalny i politycznie poprawny. Cóż, inteligencja i głupota z powodzeniem mogą iść w parze i się obopólnie nie wykluczają!


Jednego wieczora wędkowaliśmy pomiędzy naszym biwakiem i domkiem letniskowym; nagle zobaczyliśmy koło tego domku jakiś czarny kształt. Na początku sądziliśmy, że to był duży pies, ale bardzo szybko zorientowaliśmy się, że to była niedźwiedzica z dwoma małymi niedźwiadkami (niestety zapomniałem zabrać ze sobą na kanu aparatu fotograficznego)! Pomimo że trzymaliśmy się stosunkowo blisko brzegu, niedźwiadki się nas nie bały i przez przynajmniej pół godziny mogliśmy je obserwować jak powoli wędrowały po brzegu.


Następnego ranka, około godziny 7:00 rano, usłyszałem dość niezwykłe odgłosy, przypominające płacz lub skomlenie bardzo małych dzieci. Ponieważ rano słyszeliśmy sporo ptaków, myślałem, że to jakiś ptaszek wydaje takie dźwięki. Po cichu otworzyłem wejście do namiotu i wychyliłem głowę, aby zobaczyć źródło tych odgłosów: otóż moim oczom ukazała się niedźwiedzica i dwa małe niedźwiedziątka, spacerujące po naszym biwaku—to właśnie te małe brzdące tak skomlały! Nie sądzę, aby mnie zobaczyły, ale zanim znalazłem aparat fotograficzny, cało to niedźwiedzie towarzystwo już opuściło nasze miejsce.

Raz dostrzegaliśmy lisa, ale szybko uciekł do lasu, bo nie znalazł żadnego jedzenia. Również ujrzałem na środku biwaku sporej wielkości węża wodnego! Zawołałem Krzysztofa, aby jemu go pokazać—wąż tymczasem skierował się do otwartego namiotu Krzysztofa i prawie wszedł do środka, Krzysztof go w ostatnim momencie złapał za ogon i odrzucił z dala od namiotu.
 
Pewnie Krzysztof ma taką skwaszoną minę, bo jutro wracamy do domu...
Dwukrotnie popłynęliśmy do parkingu (Pete's Place), przywiązaliśmy kanu łańcuchem do drzewa i pojechaliśmy do miasteczka MacTier, a drugim razem do Parry Sound. W Parry Sound wstąpiliśmy do sklepu Hart Store i No Frils i spędziliśmy prawie godzinę w sklepie z używanymi książkami o oryginalnej nazwie „Bearly Used Books”, naprawdę warto było! Potem pojechaliśmy do przystani, gdzie pod mostem kolejowym z 1907 r. nad rzeką Seguin River zjedliśmy lunch (Catherine i ja od wielu lat w tym właśnie miejscu delektowaliśmy się lunchem, a nawet piwem, obserwując rzekę i przejeżdżające wiaduktem bardzo długie pociągi towarowe). Nota bene, dokładnie dwa dni przedtem Catherine również wpadła do Parry Sound, przejeżdżając samochodem do USA; nawet planowaliśmy, aby odwiedziła nas na biwaku, ale ostatecznie stwierdziliśmy, że byłoby to za bardzo skomplikowane.


Jednego popołudnia siedziałem na skale i czytałem książkę, gdy nagle usłyszałem głosy—i dopiero po kilku minutach zobaczyłem, jak z kanału wypłynęło kanu z trzema chłopakami, zmierzające ku Pete's Place. Widać było, że byli w wyśmienitych humorach! Po jakimś czasie znowu usłyszałem jakieś krzyki, dochodzące z kierunku ich kanu, które już było blisko Pete's Place—tym razem wywrócone kanu pływało na wodzie, a dookoła niego wioślarze i ich rzeczy! Myślę, że mieli założone kamizelki asekuracyjne, toteż ogólnie nic się takiego nie stało. Niebawem dopłynęła do nich motorówka i zawiozła ich i ich pływające rzeczy do parkingu, a po paru minutach pojawiła się łódź parkowa i podholowała kanu.
 
Prawie gotowi do opuszczenia naszego miejsca biwakowego!
Przez ostatnie kilka dni nie spostrzegliśmy żadnych innych biwakowiczów na zatoce Blackstone Harbour (a znajduje się na niej kilkanaście miejsc biwakowych), byliśmy kompletnie sami. Gdy się ostatecznie spakowaliśmy ostatniego dnia, 5 października 2016 r. i dopłynęliśmy do Pete’s Place, byłem wręcz zaszokowany, widząc na tym ogromnym parkingu tylko JEDEN samochód—mój!

Jeżeli pogoda jest w miarę dobra, to wrzesień i październik są idealnymi miesiącami na biwakowanie i na wyprawy na kanu!




HALIBURTON HIGHLANDS, ONTARIO. NA JEZIORZE HERB LAKE, OD 21 SIERPNIA DO 1 WRZEŚNIA 2016 ROKU





Spędziwszy kilka godzin wertując mapy i Internet, wraz z Catherine znaleźliśmy kompletnie nowe jeziora, na których można pływać na kanu i biwakować, niedaleko południowych granic parku Algonquin Park w Ontario. Po paru dniach zarezerwowaliśmy miejsce biwakowe na małym jeziorku, niecałe 2 kilometry od parkingu.
 
W ośrodku "Wolf Den", „Nan i Jack’s Cabin”, delektując się lampką wina
Wyjechaliśmy z Toronto 21 sierpnia 2016 r., udając się na północ drogami nr 48 i 35, na krótko zatrzymując się w supermarkecie „Independent” na skrzyżowaniu dróg nr 48 i Argyle Road (w 2000 roku Krzysztof i ja zatrzymaliśmy się w tamtym miejscu na 3 noce w nieistniejącym już motelu, zburzono go, aby postawić supermarket i inne budynki) i zrobiliśmy ostateczne zakupy. Gdy przybyliśmy na parking na jeziorze Herb Lake o godzinie 18:00, było bardzo wietrznie i musielibyśmy płynąć pod wiatr, co niezmiernie utrudniłoby nam wiosłowanie. Ponieważ było późno, zdecydowaliśmy się spędzić noc gdzieś indziej. Pojechaliśmy do niedaleko położonego motelu, ale ten nie wyglądał za ciekawie i kosztował $115 plus podatek za jedną noc.

Udaliśmy się do ośrodka „Wolf Den”, gdzie Catherine kilkakrotnie nocowała i niezmiernie jej się on podobał. W ośrodku roiło się od turystów, jednakże mieliśmy szczęście: właściciel (Francuz) wynajął nam uroczą chatkę, która właśnie okazała się wolna na jedną noc (a to, że posiadaliśmy własne śpiwory, okazało się też dużym plusem, bo właściciel nie musiał przynosić nam pościeli). Domek składał się z jednej sypialni, łazienki, werandy, kuchni, grillu i nie miał telewizora (cudownie!).

Chatka zwała się „Nan i Jack’s Cabin”, na pamiątkę dziadków Jennifer (żony właściciela), którzy byli zapalonymi przyrodnikami. Szybko rozpakowaliśmy się i upiekliśmy na grillu rybę i kukurydzę, a następnie delektowaliśmy się czerwonym winem, siedząc na werandzie. Powietrze było tak czyste, że nas wręcz odurzało (i to zanim zaczęliśmy pić wino!). Później w radiu posłuchałem wiadomości-okazało się, że właśnie odbywały się ceremonie zamknięcia Olimpiady w Rio de Janeiro... Intrygujące, bo nawet nie miałem pojęcia, że się one zaczęła! Spaliśmy jak susły i rankiem obudziliśmy się wypoczęci i pełni energii.

Ośrodek posiadał kilka innych podobnych drewnianych domków po dwóch stronach drogi nr 60, niektóre nowsze, inne bardziej rustykalne, jak też tańsze pokoje w głównym ośrodku. Kuchnia była wspólna. Większe grupy często zatrzymywały się w ośrodku na weekendy. Można też było przejść się do wodospadów Ragged Falls i do rzeki Oxtongue River.

Szkoda, że nie mogliśmy przedłużyć naszego pobytu w tym przepięknym miejscu i wybrać się na przechadzki po okolicy, ale wykorzystując dobrą pogodę, chcieliśmy dopłynąć jak najszybciej do naszego miejsca biwakowego.

W tym miejscu chciałbym trochę odejść do tematu. We wrześniu 2010 roku wraz z Catherine byłem w miasteczku Wilno w Ontario, będącym pierwszą i najstarszą polską osadą w Kanadzie. Zatrzymaliśmy się koło budynku, gdzie znajdowała się kawiarnia „Red Canoe Café”. Była jednak zamknięta, a duża wywieszka przed budynkiem oznajmiała, że budynek był wystawiony na sprzedaż. Ale co momentalnie przykuło moją uwagę to polskie nazwisko agentki nieruchomości, „Anastasia Kuzyk,” i jej zdjęcie-posiadała typowo polskie rysy twarzy. Ponieważ okolica była nadal zasiedlona potomkami oryginalnych przybyszów z Polski, wszędzie można było natknąć się na polskie nazwiska, chociaż często były wypaczone i zanglizowane. Zrobiłem zdjęcie tej wywieszki i później umieściłem go w moim albumie „Flickr”.
 
Wrzesień 2010 roku
Siedząc na werandzie naszej przytulnej chatki, zacząłem przeglądać tegoroczną gazetkę parku Algonquin Park (są one wydawane corocznie przez parki prowincjonalne w Ontario) i w pewnym momencie rzuciła mi się w oczy znajoma fotografia Anastazji Kuzyk, ta sama, która widniała na widzianej parę lat temu wywieszce w Wilnie, a pod nią znajdowała się informacja o następującej treści:

Na Pamiątkę Drogiej Przyjaciółki

Anastasia Kuzyk dzieliła swoje zamiłowanie do natury i przyrody, a szczególnie do ptaków, z każdym, kto ją znał. Anastasia pracowała w parku Algonquin Park w sekcji przyrodniczej pomiędzy 1998 r. i 2001 r. Byliśmy głęboko zszokowani i zasmuceni wiadomością, że niespodziewanie od nas odeszła w dniu 22 września 2015 roku. Pracownicy Centrum dla Turystów w Algonquin Park składają najgłębsze wyrazy współczucia rodzinie Kuzyk.

Ponieważ miała tylko 36 lat, sądziłem, że zmarłą z powodu wypadku samochodowego lub na raka. Po przyjeździe dowiedziałem się, że powód jej śmierci był o wiele bardziej tragiczny: Anastasia Kuzyk oraz jeszcze dwie inne kobiety zostały zamordowane przez niejakiego Basila Borutskiego koło osady Wilno w Ontario. Oskarżony morderca stanie przed sądem w drugiej połowie 2017 roku. Co za niewyobrażalnie straszna tragedia....
Gotowi wyruszyć do naszego miejsca!

Wstaliśmy o 9:00 rano, spakowaliśmy się i opuściliśmy naszą uroczą chatkę, udając się do sklepu „Algonquin Outfitters”, gdzie kupiłem mapę terenów, na które się wybieraliśmy, jak też pojemnik sprayu na niedźwiedzie. Potem pojechaliśmy do miasteczka Dorset i wstąpiliśmy do słynnego sklepu Robinson’s General Store, kupiliśmy wodę i czerwone wino i ponownie udaliśmy się na parking nad jeziorem Herb Lake. Byliśmy sami, tak więc bez pośpiechu rozpakowaliśmy samochód, załadowaliśmy wszystkie rzeczy do kanu i o godzinie 15:55 byliśmy na wodzie, dopływając za niecałe 30 minut do naszego miejsca biwakowego nr 87. Było bardzo malownicze, położone na stromym, skalnym przylądku. Okrążyliśmy przylądek i przycumowaliśmy kanu po drugiej stronie, w małej zatoczce. Szybko rozbiłem namiot, a Catherine przydźwigała wszystkie rzeczy. Najbliższe miejsce biwakowe (jakieś 100 metrów od naszego, położone też na przylądku) było puste i mogliśmy cieszyć się samotnością. Akurat przypadała piąta rocznica śmierci Jacka Laytona (był on wtedy przywódcą oficjalnej opozycji w parlamencie Kanady)—pamiętam, że w tym dniu biwakowaliśmy na rzece French River na wyspie Boomerang Island, zwanej też „Banana Island”, gdy rano w radiu usłyszałem tą nieoczekiwaną wiadomość. Czas nieubłaganie idzie naprzód...
Malowniczy 'parking' dla naszego kanu

Czwartek, 23 sierpnia 2016 roku, nasz pierwszy pełny dzień na jeziorze Herb Lake. O godzinie 17:30 popłynęliśmy do końca jeziora i minęliśmy rodzinę z motorówką. Przyjrzeliśmy się też pozostałym miejscom biwakowym—zakupiona przeze mnie mapa okazałą się bardzo przydatna. Wpłynęliśmy do kilku małych, cudownych zatoczek, przypominających te w parku Killarney Park. Pływające na wodzie nury (rodzice z małym) wydawały swoje niepowtarzalne odgłosy. Niestety, nasz wypad był zakłócony przez warkot motorówki, która dla zabawy pływała po jeziorze. Wieczorem rozpaliłem ognisko i mieliśmy doskonałe polskie kiełbaski z grilla, zakupione w sklepie „Eddy’s Meat Market” w mieście Mississauga. Na najbliższym miejscu biwakowym nr 87A zatrzymała się na dzień para z pieskiem, ale i oni, i piesek, zachowywali się cicho. Następnego dnia to miejsce biwakowe zostało zajęte przez rodzinę z motorówką, ale na szczęście ich też nie słyszeliśmy.
Idealne miejsce na naszym biwaku do spożywania kolacji, delektowaniem się winem oraz obserwowaniem zachodów słońca

W czwartek, 25 sierpnia 2016 r. postanowiliśmy dopłynąć do parkingu i pojechać samochodem do miasteczka Dorset. Jednak nasz odjazd przeciągał się, jako że oboje byliśmy pochłonięci czytaniem bardzo dobrych książek: Catherine nie mogła oderwać się od „Don't Let the Goats Eat the Loquat Trees: The Adventures of an American Surgeon in Nepal” („Uważaj, aby kozy nie zjadły nieśpilnika japońskiego: przygody amerykańskiego chirurga w Nepalu”) autorstwa Thomas Hale, ja natomiast byłem zauroczony “The In-Between World of Vikram Lall” („Pomiędzy-świat Vikrama Lall”) autorstwa M. G. Vassanji (później udało mi się też przeczytać tą książkę o Nepalu).

W pierwszej książce jej autor, misjonarz-chirurg, opisuje niesamowite przeżycia w Nepalu na początku lat siedemdziesiątych XX w., gdzie musiał zmagać się z różnorakimi przeciwnościami, m. in. wściekłym tłumem lokalnych ludzi z powodu przejechania przez niego świętej krowy!

Akcja drugiej książki, która otrzymała niezmiernie prestiżową nagrodę Scotiabank Giller Prize (muszę dodać, zasłużenie!), miała miejsce w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX w. w Kenii. Śledząc życie Vikrama Lall, autor świetnie przedstawił tej kraj podczas władzy brytyjskich kolonizatorów, przemoc grupy Mau Mau i wreszcie jego niepodległość—i ogromną, bezwstydną korupcję nowych czarnych afrykańskich przywódców kraju, która stała się normą—i przypuszczam, że niewiele się w tym zakresie zmieniło od tamtego czasu...
Wyrwane z korzeniami drzewo koło małego wodospadu

Przeczytawszy te dwie pozycje, również zabrałem się za czytanie książki John’a Grisham’a „The Litigators” (wydanej w języku polskim pt. „Kancelaria”). W końcu lat dziewięćdziesiątych XX w. przeczytałem kilka książek tego autora, które były niezmiernie wciągającymi lekturami… ale po ich przeczytaniu czułem jakiś niedosyt, po prostu nic specjalnego nie wniosły do mojego życia, o wiele bardziej wolałem literaturę faktu (non-fiction) lub bardziej ambitną beletrystykę. Tak więc po raz pierwszy od prawie 20 lat ponownie sięgnąłem po książkę Grisham’a—może też dlatego, że bardzo spodobał mi się jej początek:

„Kancelaria adwokacka Finley & Figg określała się „butikiem.” Butik-to określenie miało sugerować, że jest to mała, specjalizująca się w specyficznej dziedzinie firma. Butik—w rozumieniu ‘znakomita, elegancka firma’; zresztą to francuskie słowo samo w sobie miało jej nadawać pewną aurę ekskluzywizmu. Butik w znaczeniu bycia małą, selektywną i świetnie prosperującą firmą. Lecz poza jej wielkością, firma nie posiadała żadnych wyżej wymienionych cech. Firma Finley & Figg głownie parała się sprawami związanymi z uszkodzeniami i urazami ciała (…). Jej zyski były tak ułudne, jak ranga firmy. Owszem, firma była mała, bo nie posiadała środków na dalszy rozwój; była selektywna, bo nikt nie chciał w niej pracować, włącznie z dwoma adwokatami, którzy byli jej właścicielami.”

I chociaż był to następny thriller prawniczy, jego lektura okazała się całkiem relaksująca, podobna do wizyty w pubie i wypiciu kilku kufli piwa.
Nasze miejsce biwakowe 

Po dopłynięciu do parkingu, przywiązaliśmy kanu łańcuchem i pojechaliśmy do Dorset, zatrzymując się w Bibliotece/Domu Kultury, gdzie Catherine spędziła prawie 2 godziny sprawdzając setki wiadomości email (ale nie ja—uważam, że wakacje oznaczają przerwę od Internetu i telefonu komórkowego). Również porozmawialiśmy z bardzo miłą pracownicą Domu Kultury, Sue Penny, która była niezmiernie ciekawą i pomocną osobą. Swego czasu pracowała w marketingu dla znanych korporacji—okazało się, że oboje pracowaliśmy z p. Clive Minto—ja spotkałem go w kanadyjskiej centrali Pepsi Cola w Toronto w 1985 r. (był wówczas jej prezydentem), a ona w centrali kanadyjskich sklepów Canadian Tire, gdy zajmował stanowisko jednego wyższych rangą wiceprezydentów. Również poinformowała nas, że możemy się w budynku wykąpać za małą opłatą. Oczywiście, jak zwykle spędziłem dużo czasu przeglądając książki i magazyny i nawet kilka z nich kupiłem (zwykle biblioteki wystawiają na sprzedaż starsze pozycje). Potem udaliśmy się do sklepu Robinson’s General Store oraz do sklepu monopolowego (LCBO), kupiliśmy jedzenie, wodę i wino i zafundowaliśmy sobie ogromną porcję lodów w kawiarni Zachary’s. Usiedliśmy koło przesmyku i delektowaliśmy się nimi, przyglądając się przepływającym kanałem łodziom. Przeszedłem się przez most i na poczcie wrzuciłem kilka kartek pocztowych. O godzinie 19:30 udaliśmy się z powrotem do parkingu, gdzie ładując kanu, rozmawialiśmy z kobietą z pieskiem i dwoma młodymi chłopakami. Po drugiej stronie jeziora, na brzegu domku wypoczynkowego, biegał szczekający pies i zobaczywszy pieska po naszej stronie, musiał być bardzo podniecony i zaciekawiony, bo w pewnym momencie wskoczył do wody i dopłynął do nas, aby spotkać i przywitać się ze swoim czworonożnym pobratymcem. Niebawem zaczęliśmy płynąć i podziwiając zachód słońca, dopłynęliśmy do naszego biwaku.

W piątek na przyległym miejscu mieliśmy nowych sąsiadów, też bardzo spokojnych. Sporządziliśmy wyśmienity obiad, zjedliśmy sałatkę i kukurydzę i zaspokoiliśmy nasz głód—czego nie mogę powiedzieć o komarach, które były nadal bardzo łakome i trzeba było je nieustannie odganiać!
Poranne mgły

Jako że następnego dnia miała być rano mgła, wstaliśmy bardzo wcześnie i przez ponad 2 godziny wiosłowaliśmy w wypełnionych mgłami zatoczkach, po prostu magicznie! Na początku prawie nic nie widzieliśmy, wszystko było spowite mgłą, ale gdy wyszło słońce, powoli się mgły rozproszyły. Powróciwszy, zjedliśmy śniadanie, usiedliśmy na krzesłach i zaczęliśmy czytać... ale szybko oboje zasnęliśmy, budząc się dzięki flotylli różnokolorowych kanu, które SŁYSZELIŚMY zanim je ZOBACZYLIŚMY, głównie z powodu bardzo kiepskich umiejętności wiosłowania ich pasażerów, uderzających za każdym razem wiosłami o burtę kanu. Patrzyliśmy, jak z trudem zygzakiem dopłynęli do grupowego miejsca biwakowego oddalonego 1 km od naszego miejsca—szkoda, że nie dalej! Wieczorem dochodziły z ich biwaku różne odgłosy. Pod wieczór przepłynęliśmy koło nich—rozbili wiele namiotów i niektórzy z nich pływali w jeziorze.

Popłynęliśmy dalej—zauważyliśmy, że przy bardzo fajnym miejscu biwakowym było przycumowane piękne drewniane kanu. Biwakowicz stał przy ogromnym, buzującym ognisku i przygotowywał się do opuszczenia miejsca z powodu prognozy pogody zapowiadającej deszcze. Po kilku godzinach, gdy przepływał koło naszego miejsca, pomachaliśmy sobie nawzajem. Miejsce nr 87A było ponownie wolne, toteż mieliśmy dużo prywatności i spokoju. Po zjedzeniu steków i kukurydzy, udaliśmy się do namiotu.

Niedziela, 28 sierpnia, powitała nas chmurami—byłby to z pewnością świetny dzień na złożenie wizyty w mieście Huntsville. Ale niebawem przejaśniało i postanowiliśmy poczekać do poniedziałku. Catherine sądziła też, że grupa Azjatów dzisiaj opuści grupowy biwak i na parkingu będzie duże zamieszanie—ale też liczyliśmy, że więcej sklepów będzie otwartych w Huntsville w poniedziałek. Tak więc cały dzień spędziliśmy na biwaku, co jakiś czas machając do przypływających kanuistów i kajakarzy. Sąsiednie miejsce znowu zostało zajęte przez rodzinę z dziećmi, widzieliśmy, jak skakali do wody ze skał. Popłynęliśmy do końca jeziora, do małego wodospadu, zrobiliśmy trochę zdjęć i wysłuchaliśmy półgodzinnych wiadomości o godzinie 18:00. Nieopodal było żeremie bobrowe, jak też ogromne, wywrócone drzewo, którego system korzeni został kompletnie odseparowany od płaskiej skały. Udało się nam powrócić na biwak na czas, aby usiąść na skale, delektować się czerwonym winem i podziwiać zachód słońca, a potem zrobiliśmy grilla na ognisku.

Następnego dnia pojechaliśmy po południu do Dorset i od razu udaliśmy się do Centrum Kultury, gdzie Catherine znowu sprawdziła e-maile, a ja kupiłem kolejne książki i parę filmów. Również skorzystaliśmy z prysznica ($2.50 za osobę) i pojechaliśmy do sklepu Robinson’s General Store. Zamiast tym razem kupić kilka porcji lodów w lodziarni „Zachary's”, Catherine kupiła półtoralitrowy pojemnik lodów w sklepie—o wiele lepiej się opłacało! Po jego spożyciu (pewnie ilość kalorii była wystarczająca na kilka dni) pojechaliśmy do Huntsville, gdzie udaliśmy się do sklepów Trading Post, Thrift Store, Dollarama oraz małego parku, Metro Community Garden. Na głównej ulicy spostrzegłem niezmiernie oryginalną brązową statuę słynnego malarza kanadyjskiego Toma Thomsona, postawioną tamże w 2005 roku. 



Przedstawiała artystę malującego skecz w parku Algonquin Park a na jego kolanach leżało pudełko farb wodnych. Nieopodal znajdowało się wykonane też z brązu kanu, na którym znajdowała się następująca dedykacja:

Na pamiątkę Toma Thomsona, 1877-1917

Artysta, leśnik, przewodnik i marzyciel, którego genialna wizja zdefiniowała dzikość i przyrodę kanadyjską oraz oddała i uchwyciła majestat i różnokolorową atmosferę parku Algonquin Park.

Jednocześnie wstąpiliśmy do resortu Deerhurst Resort, w którym od 25 do 26 czerwca 2010 roku miał miejsce 36-ty Szczyt Grupy G8 (z udziałem m. in. Stephen Harper, Barack Obama, Nicolas Sarkozy, Angela Merkel, Dmitry Medvedev, David Cameron i Silvio Berlusconi), a potem wróciliśmy do parkingu na jeziorze Herb Lake. Było już po godzinie 22:00, gdy zaczęliśmy wiosłować. Płynęliśmy w kompletnych ciemnościach—jedynie mogliśmy podziwiać miliony gwiazd świecących na bezchmurnym niebie.

Następnego dnia pozostaliśmy na naszym miejscu, czytając i rozmawiając, a wieczorem udaliśmy się do wodospadu i przez jakiś czas odpoczywaliśmy, wsłuchując się w szumiącą wodę.
Plandeka chroniąca nas od deszczu

Wtorek, 30 sierpnia 2016 roku. Dzień był pochmurny i o godzinie 14:00 zaczęło padać, a po kilkunastu minutach usłyszeliśmy grzmoty i zobaczyliśmy odblaski błyskawic. Usiedliśmy pod rozwieszoną plandeką i ugotowaliśmy wyborny żurek. O godzinie 15:12 oślepiła nas błyskawica i w kilka sekund później wstrząsnął nami huk grzmotu, piorun musiał uderzyć bardzo blisko nas. Szybko uciekliśmy do namiotu i zasnęliśmy, ukojeni hipnotycznym stukotem deszczu. Wydawało się nam, że słyszeliśmy jakieś podejrzane szmery koło namiotu, ale prawdopodobnie były one spowodowane deszczem. Nasi sąsiedzi opuścili miejsce przed burzą, zatem znowu byliśmy sami.
Przy małym wodospadzie

Środa, 31 sierpnia 2016 r. Rano dopłynęliśmy do parkingu, gdzie spotkaliśmy rodzinę, która właśnie opuściła miejsce biwakowe nr 107—mieli piękne, wykonane ręcznie drewniane kanu. Poprzedniego dnia piorun uderzył w wysoką sosnę dosłownie metry od ich namiotu (tak, ten sam piorun, który słyszeliśmy na naszym miejscu!). Powiedzieli, że schowali się do namiotu z powodu deszczu, nagle zostali porażeni blaskiem błyskawicy i ogłuszeni hukiem. Po wyjściu z namiotu zobaczyli, że sosna, mająca jakieś 14 metrów wysokości, była uderzona przez piorun i dosłownie eksplodowała, rozrzucając mniejsze i większe kawałki drzewa i gałęzie dookoła ich miejsca biwakowego i w zatoczce, pozostawiając też żywicę na powierzchni wody. To cud, że im się nic nie stało!
Miejsce biwakowe, w które uderzył piorun

Pojechaliśmy do osady Port Cunnington, przeszliśmy się po małym cmentarzu—bardzo dużo pochowanych na nim ludzi nosiło nazwisko „Cunnington”. Wpadliśmy też do jakiegoś ośrodka, zobaczyliśmy elektryczny samochód Tesla, który się właśnie ładował i porozmawialiśmy z jego właścicielem, z pewnością taki pojazd jest świetnym tematem do rozmów! Ponownie wpadliśmy do sklepu Robinson’s General Store i do Domu Kultury, Catherine sprawdziła e-maile i raz jeszcze za jedyne $2,99 kupiliśmy pojemnik lodów. Również nazbierałem ogromną ilość grzybów, które później ususzyłem nad ogniskiem, w ten sposób suszone, są świetne do bigosu.
Zanim dopłynęliśmy do naszego biwaku, udaliśmy się do tego miejsca biwakowego uderzonego przez piorun, obejrzeliśmy dewastacje i znalazłem kawałek niezmiernie oryginalnego drzewa, odłupanego piorunem.

W czwartek, 1 września 2016 roku spakowaliśmy się i popłynęliśmy do parkingu, gdzie też zebrałem ogromne ilości grzybów. Pojechaliśmy do miasta Minden, zatrzymaliśmy się w lokalnej bibliotece, przeglądając i kupując kilka interesujących książek, w supermarkecie kupiliśmy kurę z grilla, konsumując ją na brzegach rzeki Gull River, a następnie przeszliśmy się wzdłuż tej rzeki (Minden River Walk).


Była to niezmiernie przyjemna, urozmaicona i odprężająca wycieczka, tym bardziej, że w nowym dla nas miejscu!




niedziela, 30 października 2016

PARK MASSASAGA W ONTARIO—DWANAŚCIE DNI NA BIWAKU, 26 CZERWCA-09 LIPCA 2016 ROKU




W marcu 2016 r. zarezerwowałem dwa miejsca biwakowe w Parku Massasauga, obydwa położone na zatoce Blackstone Harbour, jedno na południowej, a drugie na północnej stronie kanału prowadzącego do zatoki Woods Bay, blisko parkingu w Pete’s Place Acess Point, toteż nawet początkujący kanuiści nie powinni mieć problemów z dopłynięciem do nich (wprawdzie podczas wietrznej pogody może okazać się to trudne). Również zaprosiliśmy kilku znajomych, aby do nas zawinęli na parę dni podczas długiego weekendy w związku ze świętem Kanady, Canada Day—ostatecznie Ian & Sue spędzili z nami parę dni.
 
Jack, Catherine, Ian, Sue i piesek Miro
Mieliśmy zamiar wyjechać z Toronto już o godzinie 10.00, ale dopiero to się nam udało cztery godziny później. Było upalnie i słonecznie i po 2 godzinach jazdy dotarliśmy do miasteczka MacTier, wstąpiliśmy tam do sklepu i kupiliśmy zimne piwo. Przed godziną 18.00 dojechaliśmy do Pete’s Place Access Point.
 
Pożółkłe i umierające drzewa
Biuro parku było już zamknięte, ale byliśmy miło zaskoczeni, widząc samoobsługową stację rejestracyjną i płatniczą—nasze imiona już na niej widniały. Zapłaciliśmy pozostałe opłaty biwakowe i podjechaliśmy kilkadziesiąt metrów do zjazdu, gdzie można wodować kanu i łodzie. Dookoła nie było żywej duszy i nie musieliśmy się śpieszyć. Gdy już załadowane kanu było na wodzie, gotowe do odpłynięcia, dość spory wąż wodny ześlizgnął się ze skały, do której dotykała burta kanu, i wskoczył do wody, omalże nie wpadając do środka kanu. Widząc to, Catherine wydała z siebie tak przejmujący okrzyk, że pewnie był słyszalny na całej zatoce. Prawie-że mielibyśmy nieprzewidzianego (i nieproszonego) towarzysza!

Zauważyliśmy, że poziom wody był najwyższy od wielu lat. Rzeczywiście, większość skał, po których w poprzednich latach mogliśmy chodzić, obecnie były pod wodą, jak też widzieliśmy bardzo dużo pożółkłych i pewnie umierających drzew zimozielonych wzdłuż brzegów zatoki. Gdy się bliżej przyjrzeliśmy okazało się, że dolne części ich pni (i oczywiście korzenie) pozostawały pod wodą i bez wątpienia to właśnie powodowało, że powoli usychały—nie były to drzewa przystosowane do rośnięcia w wodzie.
 
Nasze pierwsze miejsce...
Nasze miejsce biwakowe, przylegające do kanału, było w miarę prywatne i ciche z powodu skalnego grzbietu pomiędzy nim i kanałem; poza tym, szybko przyzwyczailiśmy się do przepływających głośnych łodzi motorowych. Prawdę mówiąc tego się spodziewaliśmy—to była już moja siódma wizyta w tym parku i pewnie 3 lub 4 na tym miejscu. Codziennie widzieliśmy wiele wypchanych sprzętem turystycznym kanu i kajaków; jedne płynęły w stronę zatoki Georgian Bay, inne z powrotem do Pete’s Place. Prawie każdego wieczoru siedzieliśmy na skalonym grzebiecie, pod małym, wygiętym drzewkiem, obserwując przepływające łodzie, podziwiając zachody słońca i popijając czerwone wino czy tej zimne piwo. Czasami widzieliśmy turystów biwakujących po drugiej stronie kanału; po dochodzących odgłosach byliśmy pewni, że świetnie się bawili!
 
...i widok z naszego miejsca!
Wzdłuż brzegów pływało sporo węży wodnych, często były zwabiane wywołanym przez nas hałasem, gdy pluskaliśmy coś w wodzie czy nawet chodziliśmy po skałach. Raz udało mi się zauważyć dużego żółwia, ‘snapping turtle’, pływającego koło brzegu, ale gdy tylko zbliżyłem się, do razu zniknął pod wodą. Jednego ranka w przedsionku namiotu znalazłem małego węża z czerwonym podbrzuszem (‘red-bellied snake’)—w pierwszej chwili sądziłem, że to była ogromna rosówka. Niedaleko było spore żeremie bobrowe i w bardzo słoneczny dzień zauważyłem, jak się wygrzewał na nim wąż; gdy mnie zobaczył, tak szybko uciekł, że nie miałem okazji mu się lepiej przyjrzeć w celu identyfikacji. Codziennie obserwowaliśmy pływające bobry dookoła przylądka, na którym znajdowało się nasze miejsce, pływały z jednej żeremi bobrowej do drugiej. Były niezmiernie aktywne w nocy, bo słyszeliśmy, jak uderzały o lustro wody swoimi szerokimi ogonami. Malutka jaszczurka (‘skink’) zamieszkiwała koło miejsca na ognisko i często widzieliśmy, jak się wygrzewała na słońcu. Niekiedy bardzo majestatyczna czapla (‘blue heron’) lądowała niedaleko nas, brodziła jakiś czas w wodzie, próbując złapać ryby i po pomyślnych łowach odfruwała. Późnym popołudniem i w nocy mogliśmy słuchać serenad żab oraz nurów (‘loon’), a rano często budził nas dzięcioł smugoszyi (‘pileated woodpecker’), bardzo mocno uderzając w przyległe drzewa. Kilka pręgowców (‘chipmunk’), wiewióreczek ziemnych, pokazywało się tu i tam, ale nie szukały z nami żadnej interakcji—czasem na innych biwakach wręcz nie mogliśmy się opędzić od tych przyjaznych stworzonek! Również pojawiała się regularnie duża mewa i chodziła po całym biwaku, licząc na jakieś jedzenie—zresztą daremnie. Natomiast w płytkiej wodzie bez ruchu czyhała żaba rycząca (‘American Bullfrog’), cierpliwie czekając na ofiary. Żaby te posiadają niesamowity apetyt i praktycznie zjedzą każde zwierzę, jaki mogą połknąć, włącznie z insektami, ptakami, małymi ssakami i nawet innymi żabami.
 
Water snake
Przez kilka dobrych godzin obserwowałem owady nastecznikowate (‘Spider Wasp’), non-stop kopiące otworki w piaszczystej ziemi. Następnie przyciągały do tych jamek pająki, które wcześniej złapały i sparaliżowały jadem. Nieszczęsny pająk miał się stać żywicielem, karmiącym ich larwy: owady składały na podbrzuszu pająka jajeczko i zamykały gniazdo. Gdy larwa się wylęgła, zaczynała się ona żywić owym jeszcze żywym pająkiem. Po skonsumowaniu wszystkich jadalnych części pająka, larwa robiła kokon i przepoczwarzała się. Co ciekawe, niektóre owady spędziły wiele czasu kopiąc potencjalne gniazda w ziemi, ale nagle coś się im odwidziało i zaczęły ciągnąć sparaliżowanego pająka kilka dobrych metrów po ziemi, a potem do góry po drzewie gdzie, jak się mogę domyślać, zrobiły ostateczne gniazdo.
 
Bullfrog
Podczas naszego pobytu pogoda była prawie idealna—niezmiernie gorąco i sucho, głównie słonecznie i nawet w okolicach miasta Parry Sound wprowadzono zakaz rozpalania ognisk, ale władze parku nadal pozwalały na rozpalanie ognisk. Niestety, dwa ostatnie dni pobytu były deszczowe i burzowe, musieliśmy się pakować i płynąc w ulewnym deszczu, ale ponieważ nadal było gorąco, to nawet za dużo nie narzekaliśmy—deszcz był potrzebny. Być może z powodu braku deszczów komary nie stanowiły specjalnego problemu—zazwyczaj pojawiały się o godzinie 21.00 i znikały po godzinie.
 
Nasz ulubione miejsce, z którego podziwialiśmy zachody słońca, obserwowaliśmy przepływające łodzie i delektowaliśmy się czerwonym winem
W ostatni dzień czerwca, przed dniem Kanady (przypadającym na 1 lipca) popłynęliśmy na kanu do przystani Moon River Marina, aby kupić parę rzeczy. Catherine była zdumiona, że sklep (i agencja monopolowa) zamknęły się już o godzinie 18.00 (ja się tego spodziewałem), ale udało się jej namówić sprzedawczynie do sprzedania nam sześciu puszek zimnego piwa. Płynąc z powrotem na biwak, zobaczyliśmy budynek z neonowym napisem „OTWARTE”; to był ośrodek West View Resort—posiadał mały sklepik, w którym Catherine nabyła śmietankę, bez której nie mogła pić porannej kawy! Właściciel ośrodka, całkiem rozmowny człowiek, siedział na froncie sklepu i zaczęliśmy z nim gawędzić. Spostrzegłem leżącą na ladzie książkę p.t. „Moje Życie na Rzece Moon River” („My Life on the Moon River”) autorstwa Peter (Pete) Grisdale (zmarłego w 2014 r. w wieku 94 lat). Wskazując na tą książkę, powiedziałem Catherine, że autor tej książki miał swego czasu dom w miejscu, gdzie dzisiaj znajduje się parking i biuro parku—„Pete’s Place Access Point” wziął nazwę od jego imienia.

            – To był mój brat – powiedział właściciel ośrodka.

To dopiero! Nazywał się George Grisdale (a ośrodek był usytuowany przy ulicy Grisdale Road!) i trochę nam opowiedział o swoim bracie. Gdy wspomniałem opuszczony ośrodek Calhoun Lodge (wizytowaliśmy ją kilkakrotnie w przeszłości), pan Grisdale sięgnął po broszurę wydaną przez park, „Ośrodek Calhoun Lodge i Gospodarstwo Baker’a” („Calhoun Lodge and the Baker Homestead”), otworzył ją na stronie 5 i wskazując na zdjęcie przedstawiające dwóch mężczyzn pracujących koło kominka, powiedział,

            – Chociaż moje imię nie jest wymienione pod zdjęciem, ten młodzieniaszek po prawej stronie—to jestem ja!

Oczywiście, kupiłem tą książkę (z autografem!), zawiera bardzo dużo opowieści o latach wojny, spędzonych przez autora w armii kanadyjskiej w Europie, jak też wiele fascynujących historii na temat lokalnych mieszkańców i wydarzeń, mających miejsce w tych okolicach.
 
Na kanu w pobliżu naszego miejsca biwakowego
Uwielbialiśmy pływać po zatoce Blackstone Harbour w godzinach wieczornych, a nawet i w nocy. Jednego dnia popłynęliśmy do Pete’s Place i pojechaliśmy samochodem do miasta Parry Sound (i przy okazji widzieliśmy, jak przed samochodem średniej wielkości niedźwiadek przebiegł drogę Healey Lake Road). Wieczorna burza, wraz z piorunami, grzmotami, błyskawicami i lejącym jak z cebra deszczem bardzo opóźniła zwodowanie kanu i dopłynięcie z powrotem do naszego miejsca. Ponad godzinę siedzieliśmy na parkingu w samochodzie, czekając, aż burza się oddali i przestanie padać. Gdy wreszcie przeszła, zapanowała niesamowita cisza i spokój, wydawać się mogło, że niedawna burza była jedynie złym snem. O godzinie 22.30, w kompletnych ciemnościach, skierowaliśmy się w stronę biwaku. Nie było wiatru i jedynie nasze kanu znajdowało się w zatoce; od czasu do czasu na niebie pojawiały się dalekie błyskawice, ale nie słyszeliśmy grzmotów. Było to cudowne uczucie! Gdy po godzinie 23.00 dopływaliśmy do brzegu, wreszcie mogłem wypróbować moją nową latarkę, która świetnie wszystko oświetliła, aczkolwiek używałem jedynie małą część jej maksymalnej mocy 1000 lumenów.
 
Idzie burza...
Będąc w mieście Parry Sound, poszliśmy do sklepu spożywczego No Frills oraz do taniego sklepu Hart Store w kompleksie Parry Sound Mall i pojechaliśmy do rzeki Sequin River, gdzie tradycyjnie pod potężnym wiaduktem kolejowym spożyliśmy lunch. Wiadukt był wybudowany w 1907 r i ma 32 metrów wysokości i ponad pół kilometra długości—jest to najdłuższy wiadukt kolejowy na wschód od gór skalistych. W 1914 r. Tom Thomson, jeden z najsłynniejszych malarzy kanadyjskich, płynął na kanu po rzece Sequin River i zatrzymał się koło mostu, uwieczniając ów wiadukt oraz dawny tartak na obrazie, którego reprodukcja znajdowała się na historycznej tablicy koło wiaduktu.
 
Wiadukt w Parry Sound oraz obraz Tom'a Thomson'a z 1914 r.
Po posileniu się wybraliśmy się na przechadzkę po Parry Sound i ‘odkryliśmy’ fantastyczną księgarnię z używanymi książkami „Bearly Used Books”. Nie tylko byłem miło zaskoczony wielkością sklepu i ilością książek, ale też różnorodnością kategorii i tytułów książek! Szczególnie podobała mi się sekcja na temat lokalnych pisarzy i historii—od razu zauważyłem plakat, reklamujący „My Life on the Moon River” autorstwa Peter (Pete) Grisdale! Po półgodzinnym szperaniu kupiłem kilka świetnych i już dawno wyczerpanych książek, których nigdy nie znalazłbym w innuch księgarniach typu „Chapters”!
 
Stara stalowa klamra na naszym miejscu
Akurat skończyłem czytać „City of Thieves” („Miasto Złodziei”) Davida Benioff—świetną książkę, której akcja rozgrywa się podczas Blokady Leningradu podczas II wojny światowej i która zapewne była luźno oparta na autentycznej historii, przekazanej autorowi przez jego dziadka—i od razu zabrałem się za czytanie kupionej w księgarni w Parry Sound „The Gates of Hell” („Bramy Piekła”) Harrisona E. Salisbury. Również i ta powieść rozgrywa się w Związku Sowieckim—bardzo szybko domyśliłem się, że postać głównego bohatera była oparta na życiu pisarza Aleksandra Sołżenicyna. Zatem książka była bazowana na wielu prawdziwych wydarzeniach i w niezmiernie realistyczny sposób ukazywała zawiłości brutalnego systemu sowieckiego począwszy do Rewolucji Październikowej do lat siedemdziesiątych XX w. Co ciekawe, jej autor (Salisbury) także napisał „The 900 Days: The Siege of Leningrad” („Dziewięćset Dni: Blokada Leningradu”) i David Benioff obficie czerpał z niej informacje, do swojej książki.
 
Pomnik Francis Pegahmagabow
Udaliśmy się tez do „Charles W. Stockey Center for the Performing Arts” (‘Centrum Sztuki Widowiskowej’), w którym jest wystawianych bardzo dużo koncertów i widowisk. Usytuowane na brzegach zatoki Georgian Bay, również stanowi wyśmienitą lokację do oglądania zachodów słońca. Również zauważyliśmy nowy pomnik, który odsłonięto dwa tygodnie temu—przedstawiał naturalnej wielkości figurę z brązu Francis Pegahmagabow, bohatera I wojny światowej i najbardziej odznaczonego Indianina w tejże wojnie.

Później wolno pospacerowaliśmy szlakiem Rotary and Algonquin Fitness Trail i dotarliśmy do parku & plaży Waubuno Beach. W parku znajdowała się dość duża kotwica i historyczna tablica pamiątkowa:

ZATOPIENIE STATKU WAUBUNO W 1879 ROKU

Owa kotwica, wydobyta w 1959 r., należała do parowca „Waubuno”, drewnianego bocznokołowca o wyporności 180 ton, zbudowanego w Port Robinson w 1865 roku. Statek przewoził towary i pasażerów na prosperujących trasach żeglugowych na jeziorze Huron w XIX wieku. Będący pod dowództwem kapitana J. Burkett statek opuścił miasto Collingwood w dniu 22 listopada 1879 r. w drodze do miasta Parry Sound. Tego dnia Waubuno natrafił na potężną wichurę i zatonął na zatoce Georgian Bay około 32 kilometry od tego miejsca. Wszyscy pasażerowie i załoga zginęli i chociaż później odkryto jego wrak, nigdy nie znaleziono ciał 24 ofiar, jak też nigdy nie ustalono, co dokładnie spowodowało katastrofę.

W 2013 r. biwakowaliśmy na wyspie Wreck Island (też w parku Massasauga), gdzie się znajdował wrak „Waubuno”. Popłynęliśmy w to miejsce i widzieliśmy go w płytkiej wodzie, pomiędzy wyspami Wreck Island i Braden Island.
 
Nasze drugie miejsce biwakowe
Ponieważ nasze miejsce biwakowe już było przez kogoś zarezerwowane od czwartku, na ostatnie dwa dni pobytu musieliśmy się przenieść na miejsce znajdujące się na północnej stronie kanału, dosłownie rzut kamieniem od poprzedniego miejsca nr 508. W czwartek po południu trzy razy popłynęliśmy kanu, przewożąc nasze rzeczy. Nowy biwak był rozległy i malowniczy, namiot rozbiliśmy najdalej paleniska, koło skał. Nie posiadał on jednak skalnego grzbietu wzdłuż kanału, toteż doskonale widzieliśmy i szczególnie słyszeliśmy wszystkie przepływające łodzie motorowe—było to hałaśliwe miejsce. Nie mogliśmy też oglądać przepięknych zachodów słońca.
 
Żeremie bobrowe koło naszego pierwszego miejsca biwakowego
Pierwszego ranka na nowym biwaku usłyszeliśmy jakiś hałas; gdy Catherine wyszła z namiotu, zobaczyła czarnego niedźwiadka nieopodal pojemnika z żywnością zabezpieczonego przed niedźwiedziami, „bear proof container”. Zobaczywszy ją, od razu uciekł i zniknął w lesie. Piętnaście minut później usłyszeliśmy jakieś hałasy i krzyki dochodzące z miejsca biwakowego po drugiej stronie kanału—„niedźwiedź, niedźwiedź!”. Widocznie niedźwiadek postanowił przepłynąć przez kanał i złożyć wizytę naszym sąsiadom.

Następnej nocy też słyszeliśmy podejrzane odgłosy blisko namiotu, jakby coś powoli człapało, ale cokolwiek to było, to zniknęło zanim miałem okazję wyjść z namiotu i zaświecić moją silną latarką dookoła biwaku.
 
Spider Wasp ze swoją ofiarą, pająkiem
W piątek, ostatni cały dzień naszego pobytu w parku, było gorąco i wilgotno, a po południu mogliśmy doświadczyć klasyczną ‘ciszę przed burzą’, nawet powietrze nabrało specyficznego zapachu. Już o godzinie 19.00 rozpaliliśmy ognisko, kilka godzin wcześniej, niż to czyniliśmy. Był to doskonały pomysł—zaledwie upiekliśmy na grillu steki, pojawiły się czarne chmury wraz z towarzyszącymi błyskawicami i grzmotami i za chwilę rozpadało się na dobre! Szybko zdjąłem steki z grilla i już zjedliśmy je siedząc pod plandeką. Po jakimś czasie w strugach deszczu weszliśmy do namiotu. Cały czas padało i szybko zasnęliśmy, utulani przez szum deszczu, uderzającego w tropik namiotu.

Mieliśmy w planie wstać wcześnie i spakować się, ale rano też lało i dopiero w południe, korzystając z krótkiej przerwy w deszczu, szybko zapakowaliśmy mokry namiot, śpiwory, materace i nasze ubrania i umieściliśmy je w kanu. Gdy byliśmy już gotowi do wypłynięcia, ponownie nadeszły złowrogie, czarne chmury i strasznie się rozpadało! W ostatnim momencie przykryłem kanu plandeką, co okazało się świetnym pomysłem. Przynajmniej było ciepło, a to, że trochę zmokliśmy, nie było dla nas żadnym problemem. Pół godziny później, dokładnie o godzinie 14.00 (oficjalna godzina, o której należy opuścić biwak), zaczęliśmy wiosłować do Pete's Place, dopływając do niego w niecałe 30 minut. Już z daleka mogliśmy zauważyć tłumik ludzi, stojących na dokach i w miejscach wodowania kanu—kilkadziesiąt dziewczynek z pobliskiego obozu właśnie wyruszało na 4 noce na biwak do parku, aby doświadczyć dzikiej przyrody, biwakowania i pływania na kanu! Również kręciło się sporo innych turystów—jedni czekali, aby wypłynąć, inni właśnie przypłynęli i się rozpakowywali.
Tęcza nas zatoką Kempenfelt Bay

W drodze do Toronto zatrzymaliśmy się w mieście Barrie, w parku na brzegach zatoki Kempenfelt Bay (należącej do jeziora Lake Simcoe), gdzie spożyliśmy lunch—i wpatrywaliśmy się przez kilka minut w przepiękną, podwójną tęczę! Potem pojechaliśmy do Minet’s Point, gdzie rodzice ojca Catherine mieli domek letniskowy (‘cottage’), w którym jej ojciec spędził dzieciństwo i lata młodości (lata dwudzieste do początków czterdziestych XX w.). Domek nadal stał (209 Southview Road)—jak też i park, do którego bardzo często chodził z kolegami.

POJEMNIKI ZABEZPIECZONE PRZED NIEDŹWIEDZIAMI DO PRZECHOWYWANIA ŻYWNOŚCI

Od lat w Pete’s Place Access Point witał nas ogromny napis, „Jesteście w krainie niedźwiedzi”, co jest prawdą: w poprzednich latach widzieliśmy w parku te pokaźne stworzenia i słyszeliśmy wiele opowiadać o nieszczęsnych i często wystraszonych biwakowiczach, którym niedźwiedzie nie tylko zniszczyły jedzenie i podręczne lodówki, ale nieraz również i namioty. Dlatego zawsze pedantycznie zawieszaliśmy bagaże z żywnością na linach pomiędzy drzewami w taki sposób, aby niedźwiedzie nie mogły się do nich dobrać. Było to raczej żmudne zajęcie i zawsze czuliśmy do tego niechęć—za każdym razem przed opuszczeniem biwaku czy też udaniem się na spoczynek musieliśmy zabezpieczyć jedzenie i wciągnąć je do góry; za każdym razem, gdy chcieliśmy wyciągnąć coś do zjedzenia, musieliśmy wszystkie bagaże i lodówki opuścić na ziemię—i znowu wciągać na górę. To była dość mozolna praca, szczególnie dla Catherine, która była odpowiedzialna za jedzenie i sprawy kuchenne.
Food Storage Container
Tego roku czekała nas ogromna niespodzianka—na biwaku postawiono pojemnik zabezpieczony przed niedźwiedziami (‘food storage locker’, albo ‘the bear box’, albo ‘the box/bear proof bin’). Jak się okazało, takie pojemniki zainstalowano na kilkunastu miejscach biwakowych, szczególnie tych najbardziej nawiedzanych przez niedźwiedzie. To był absolutnie ŚWIETNY pomysł i pragnę wyrazić moją szczerą wdzięczność i podziękowanie dla Parku za zainstalowanie tych pojemników.

Niemniej jednak… nie jest moim zamiarem być drobiazgowym, szukając dziury w całym i krytykować tą użyteczną rzecz, ale już po pierwszym użyciu tego pojemnika, oboje momentalnie spostrzegliśmy kilka problemów z jego zaprojektowaniem.

Po pierwsze, pojemnik otwiera się od góry i potrzeba trochę siły, nieraz nawet sporo, aby unieść wieko—w szczególności Catherine miała trudności z otwieraniem (i zamykaniem) wieka i kilka razy uderzyło ją ono w głowę (warto było wtedy posłuchać jej głośnych narzekań!). Również podczas zamykania wieka musieliśmy na nie naciskać, co wywoływało dość głośny hałas. W środku były dwa niezgrabne zawiasy—moim zdaniem, utrudniały zamykanie/otwieranie pojemnika i mogły się popsuć.

Gdy przybyliśmy na biwak, pojemnik był zamknięty, ale w środku było trochę wody (i gruba rosówka); ponieważ nie było żadnego otworu w podłodze pojemnika, pozwalającego na ujście wody, musieliśmy ją wybierać ręcznie, używając papierowego kubeczka do kawy i następnie dużo papierowych ręczników w celu wytarcia podłogi do sucha. Po deszczu zauważyliśmy, że znowu się zebrała na dole woda, pomimo że pojemnik pozostawał cały czas zamknięty—co znaczyło, że nie był kompletnie wodoszczelny.

Równocześnie mechanizm zamykający był raczej niepraktyczny. Na każdej stronie pojemnika była klamerka i skobel oraz dwa karabinki, przytwierdzone do pojemnika za pomocą cienkich stalowych linek. Od razu wyraziłem opinię, że wcześniej czy później (prawdopodobnie wcześniej) stalowe linki pękną czy też rozplączą się i karabinki oderwą się, po prostu były za delikatne, aby wytrzymać ustawiczną używalność przez dziesiątki biwakowiczów, nie wspominając już o sporadycznych wandalach—czy też o upartych i zręcznych niedźwiadkach.

Po przeniesieniu się na nasze drugie miejsce, gdy Catherine chciała włożyć jedzenie do pojemnika na nowym miejscu, po prostu nie mogła go otworzyć. Oboje musieliśmy dobrze się namęczyć, aby wreszcie podnieść do góry wieko—okazało się, że jeden z zawiasów się skrzywił i prawie oderwał się od pojemnika, blokując w ten sposób wieczko. A w dodatku jednego z karabinków nie było, a drugi był, niemniej jednak stalowa linka była oderwana do pojemnika. Nie mogliśmy uwierzyć, że nasze przewidywania tak szybko się sprawdziły! Poza tym, pojemnik stał na nierównym gruncie i gdy otwieraliśmy wieczko, przechylał się w tył.

Niecały rok temu, na jesieni 2015 r., spędziliśmy kilka tygodni biwakując w kilku parkach w USA (szczególnie w Yellowstone) i wszystkie z nich posiadały podobnego rodzaju przeciw-niedźwiedziowe pojemniki (głównie z powodu niedźwiedzi Grizzly), toteż mogliśmy porównać pojemniki w parku Massasauga z pojemnikami w parkach w USA.

Pojemniki w USA były w stylu szafek kuchennych, posiadały dwa frontowe drzwi, niezmiernie praktyczne—górną część pojemnika można było wygodnie używać jako ‘stołu’ i tymczasowo kłaść na niej różne przedmioty czy też artykuły spożywcze. Wkładanie szczególnie ciężkich rzeczy do środka pojemnika było też o wiele prostsze i łatwiejsze. Mechanizm zamykający/otwierający pojemnik był prosty i cichy (nie było niezgrabnych zawiasów), zamek/zasuwka była wbudowana i nie potrzeba było robić żadnych kombinacji z karabinkami (mniej części, które mogły potencjalnie się zepsuć lub zgubić). Pojemniki również były na stałe wkopane w ziemię. Nie przypominam sobie, aby w nich zbierała się woda—a sprzątanie było bardzo proste.

Pomimo tego, co napisałem powyżej, byliśmy i nadal jesteśmy bardzo zobowiązani, że park zainstalował tego rodzaju pojemniki!
Catherine; z tyłu nasze miejsce biwakowe
Podsumowując, chociaż nie pływaliśmy za dużo na kanu, świetnie wypoczęliśmy w parku i z przyjemnością do niego nie raz jeszcze powrócimy!