Zawsze wydawało mi się, że ten napis mówił: "You are in BEER country"!
Niedźwiadek odwiedził stół na biwaku naszej sąsiadki
W
końcu czerwca 2022 roku pojechałem z 2 kolegami na parę dni pod
namiot do parku Grundy Lake Provincial Park, 330 km na północ od
Toronto. W ciągu ostatnich 25 lat wielokrotnie nocowałem w tym
parku, m. in. przed i po wyprawach na kanu na Rzece Francuskiej.
Posiada on kilka jezior, setkimiejsc
kempingowych, a vis-a-vis wjazdu znajduje się sklep i wypożyczalnia
kanu („Grundy Lake Supply Post”)—w lipcu 2010 roku w tym
sklepie kupiliśmy nasze kanu! Nota bene, ów obiekt kilka lat temu
przeniósł się o kilometr na wschód, bo przez miejsce, gdzie się
kiedyś znajdował, niedługo przebiegać będzie nowa autostrada nr
400, która zastąpi istniejącą dwupasmową drogę nr 69. Zresztą
już w pewnych miejscach ją zastąpiła, m. in. koło mojej
ulubionej restauracji „The Hungry Bear” (Głodny Niedźwiadek),
znajdującej się na północ od rzeki French River. Niestety w ten
sposób dojazd do znajdujących się przydrożnych
biznesów—restauracji, sklepów, moteli czy przystani—jest
obecnie bardziej ograniczony i skomplikowany, trzeba skręcić w
odpowiedni zjazd z autostrady i dojechać drugorzędną drogą do
celu—gdy taki zjazd się przegapi, to następny może znajdować
się kilka lub nawet i kilkanaście kilometrów dalej i pewnie sporo
ludzi zrezygnuje z odwiedzenia przydrożnych atrakcji.
Niedźwiadek przeszedł przez nasze miejsce biwakowe, kilka metrów ode mnie, i udał się ponownie na sąsiadujący biwak
Ale
wracając do parku—nasze miejsce nr 318 okazało się całkiem
prywatne, tym bardziej, że dwa miejsca obok były wolne. Jednakże
największą atrakcją okazała się wizyta czarnego niedźwiadka—o
niedźwiedziach buszujących w parku nas już ostrzeżono w biurze
parku. I rzeczywiście niepotrzebna było długo czekać—już
pierwszego dnia niedźwiadek odwiedził miejsce biwakowe naprzeciw
naszego, stanął na dwu łapach na ławie i rozejrzał się po
stole, ale nic nie znalazł i szybko zniknął w lesie. Drugiego
dnia, gdy siedzieliśmy na naszym miejscu pochłonięci rozmową,
nagle mój kolega spokojnie powiedział, że za mną jest
niedźwiadek—przeszedł on kilka metrów ode mnie i udał się
ponownie na sąsiednie miejsce. Ale najbardziej pamiętne spotkanie
miało miejsce następnego dnia.
Właśnie zacząłem się delektować aromatyczną kawą, gdy pojawił się niedźwiadek i obszedł mój namiot
Rzecz
jasna, w nocy wszystko, co jadalne, jest zamknięte w samochodzie,
niemniej jednak nie oznacza to, że jest w stu procentach
zabezpieczone przed niedźwiedziami: kilka lat temu w parku Killbear
Provincial Park, jeden niewinnie wyglądający misio nauczył się
włamywać do samochodów, wypychając swoim zadkiem okna! W ten
sposób obrobił 27 samochodów. Cóż, park musiał coś z nim
zrobić... i obecnie można wypchanego niedźwiadka oglądać w
parkowym muzeum...
Niedźwiadek chwycił zębami całą reklamówkę z jedzeniem i umknął do lasu
Rano
wyciągnąłem z samochodu jedzenie na śniadanie i rozłożyłem go
na stole, jak też zaparzyłem kawę. Dookoła panowała cisza—akurat
moi koledzy pojechali kupić drzewo i lód, jak też nie było
żadnych biwakowiczów na pobliskich miejscach. Usiadłem przy stole
i gdy właśnie zacząłem się delektować aromatyczną kawą,
pojawił się niedźwiadek. Najpierw obszedł mój namiot (na
szczęście do niego nie wszedł-obawiam się, że NIE użyłby
drzwi, które zresztą były zamknięte!), potem doszedł do stołu
przy którym siedziałem i na którym znajdowało się moje
śniadanie—i kompletnie nie zważając na moją obecność, zaczął
je spożywać. Nic nie pomogło, że na niego krzyczałem, waliłem
głośno kijem w stół i w karoserię samochodu i że w końcu kilka
razy zatrąbiłem—niedźwiadek z zaciekawieniem zerknął na mnie i
beztrosko kontynuował posiłek. Po minucie chwycił zębami całą
reklamówkę z jedzeniem i umknął do lasu—na szczęście torbę
upuścił—udało mi się ją szybko odzyskać i schować do
samochodu. Po 10 sekundach pojawił się ponownie i znowu dobrał się
do mojego śniadania (nie miałem go czasu schować). To było wprost
surrealistyczne—praktycznie stałem od niedźwiadka 2 metry,
krzyczałem na niego, waliłem czym się dało o stół,
ba—praktycznie go trącałem długim kijem—a on nic sobie z tego
nie robił. Miałem przy sobie sprej na niedźwiedzie, ale ani razu
nie przejawił jakichkolwiek agresywnych zamiarów. Wreszcie chwycił
duże opakowanie płatków śniadaniowych i odszedł parę metrów do
lasu, gdzie przez kilka minut je konsumował, aż wreszcie oddalił
się w kierunku innych miejsc biwakowych.
To było wprost surrealistyczne—praktycznie stałem od niedźwiadka 2 metry, krzyczałem na niego, waliłem czym się dało o stół, ba—praktycznie go trącałem długim kijem—a on nic sobie z tego nie robił
Podczas
gdy mi obecność tego stworzonka specjalnie nie przeszkadzała—był
to typowy „campground bear”, niedźwiadek biwakowy, który po
prostu nauczył się kraść jedzenie biwakującym w parku turystom i
był kompletnie niegroźny dla ludzi—mój kolega nie czuł się
zbyt komfortowo, szczególnie w nocy w namiocie. Ostatniego dnia
pobytu obudziłem się o godzinie 10 rano i zdziwiłem się, że nie
było ani jego namiotu, ani samochodu—musiał z rana odjechać do
Toronto. Tym bardziej było to zagadkowe, bo zazwyczaj chodził spać
bardzo późno (lub raczej wcześnie nad ranem) i budził się często
po południu. Okazało się, że o szóstej rano usłyszał
podejrzany hałas—gdy wyjrzał, ujrzał „naszego” niedźwiadka,
buszującego na biwaku. Gdy tylko miś się oddalił, rekordowo
szybko spakował namiot, wsiadł w samochód i pojechał do Toronto!
Udało mi się zrobić krótkie wideo, które pokazuje niedźwiadka na sąsiednim
miejscu i na naszym miejscu.
Oczywiście,
wizyt niedźwiedzi na miejscach biwakowych w Kanadzie miałem bardzo
dużo—kiedyś biwakowaliśmy na dużej wyspie i 4 niedźwiadki
myszkowały po naszym biwaku, a jeden z nich potrafił przez kilka
godzin krążyć w pobliżu. Jednak dość łatwo można było go
odstraszyć i tak długo, jak byliśmy na naszym miejscu, trzymał
się z dala od naszych rzeczy, cierpliwie czekając, jak opuścimy to
miejsce (i rzeczywiście, narobił trochę rozgardiaszu, ale to
oddzielna historia). Dopiero w tym parku po raz pierwszy spotkałem
się z tak aroganckim niedźwiadkiem, którego za nic nie można było
odpędzić! Najprawdopodobniej park postara go się złapać w
pułapkę i wywieść ponad 100 km na bardziej bezludne tereny.
Zdarzało się jednak, że takie wyeksmitowane niedźwiadki potrafiły
powrócić i po kilku wywózkach musiały być zastrzelone.
W niedzielę, 15 sierpnia 2021 r., spędziłem kilka godzin czytając różne
gazety i przeglądając wiadomości na Internecie, których pokaźne tytuły
sugerowały, że wydarzenia są bezprecedensowe: „Upadek Rządu Afganistanu”,
„Przywódca Afganistanu Uciekł z Kraju, Talibowie Wkraczają do Kabulu”,
„Talibowie w Kabulu, Ewakuacja w Toku”.
Wiele krajów zachodnich wyraziło
ogromne zdziwienie, że coś takiego tak szybko i nieoczekiwanie mogło się
zdarzyć—jeszcze kilka dni temu pisano, że Kabul będzie mógł się bronić przez
następne kilka miesięcy. Osobiście nie byłem zaskoczony tą wiadomością, a
raczej niesłychanie zdumiony, że CIA i podobne agencje wywiadowcze nie miały
zupełnie pojęcia o panującej w Afganistanie sytuacji. Wielu komentatorów dostrzegało
analogię pomiędzy upadkiem Kabulu a upadkiem Sajgonu—rzeczywiście, trudno nie dostrzec
podobieństw pomiędzy tymi dwoma wydarzeniami. Podczas gdy rzesze ludzi w
Afganistanie starały się za wszelką cenę opuścić kraj, następnego dnia, 16
sierpnia, wyjechałem na tygodniowy wypoczynek pod namiotem do parku Six Mile
Lake, zapominając o Afganistanie, Kabulu i innych sprawach dotyczących
polityki.
Miałem szczęście, że udało mi się zarezerwować moje ulubione miejsce
biwakowe, położone nad sporym stawem bagienno/bobrowym, na którym wielokrotnie bywałem
z Krzysztofem, Catherine, a nawet w 2012 r. z pieskiem Gabby, która ujrzawszy
po raz pierwszy w życiu pływającego bobra, wskoczyła do wody i nie mogła pojąć,
dlaczego nagle on przepadł… jak kamień w wodę!
To właśnie na tym miejscu w
październiku 2012 roku zrobiłem krótkie wideo, dzięki któremu rozwiązałem
zagadkę naszych znikających produktów żywnościowych, które ze sobą
przywieźliśmy!
Staw bobrowy (czy też małe jeziorko—zależy, jak się na nie patrzy),
niewiele się zmienił od 2008 roku, niemniej jednak brakowało żeremia bobrowego,
które przez wiele lat stanowiło integralną częścią pejzażu. Może bobry
przeniosły się w inną część jeziorka? W przeszłości obserwowałem tutaj mnóstwo
bobrów, niektóre nawet niezdarnie kuśtykały po polu biwakowym. Podczas mojego obecnego
pobytu nie dostrzegłem ani nie słyszałem tych poczciwych stworzonek, jednak tama
bobrowa, znajdująca się zaledwie kilka metrów od mojego obozowiska, wydawała
się całkiem solidna i zadbana.
Na tym samym miejscu biwakowym w październiku 2012 roku, z Gabby i Catherine. W 2021 roku znikneło żeremie bobrowe, jak też kilka drzew
Po przybyciu na biwak ujrzałem majestatyczną czaplę błękitną! Stała jak
posąg w wodzie, w miejscu gdzie dawniej znajdowało się żeremie bobrowe, i
zapewne polowała na ryby lub żaby. Chociaż czapla od czasu do czasu zmieniała
miejsce, widywałem ją prawie codziennie w różnych częściach jeziorka. Pewnego
wieczoru, gdy było już prawie ciemno, udało mi się zaobserwować, jak czapla
majestatycznie wzbiła się z jeziora i wylądowała na gałęzi drzewa po drugiej
stronie stawu, gdzie prawdopodobnie spędziła noc—nawet udało mi się zrobić
zdjęcie, na którym jest widoczna jej sylwetka.
Żółwie malowane, "Midland Painted Turtle"
Kilka metrów od brzegu, na wpół zanurzona kłoda stanowiła świetne miejsce
dla żółwi (podgatunek żółwika malowanego, „Midland Painted Turtle”, Chrysemys picta marginata), które się na
nią wspinały i godzinami wygrzewały na słońcu. Nad powierzchnią wody
nieustannie latały małe ptaszki w poszukiwaniu pożywienia. Na biwaku były dwie
norki, bardzo szybko pojawiła się też wiewióreczka ziemna, chipmunk, która zawsze myszkowała po stole, szukając pozostawionego
jedzenia.
Prawdopodobnie czapla spędzała noc na tym drzewie
Często siadałem na brzegu, czytając książki, obserwując żółwie,
czaplę błękitną, żaby i po prostu delektowałem się przepięknym widokiem. To
było idealne miejsce do wypoczynku na łonie natury! Ponieważ miejsce nie było
specjalnie zacienione, już o godzinie 8:00 rano ostre promienie słońca padały
na namiot i zmuszony byłem wstać i wyjść – bo nie dało się długo przebywać w
środku. Przynajmniej nie potrzebowałem budzika!
Park był dość ruchliwy i czasami hałaśliwy, ale mi to specjalnie nie
przeszkadzało. Od czasu do czasu przejeżdżał samochód ze strażnikami parku, a
nawet raz czy dwa zauważyłem należący do parku samochód elektryczny! W pobliżu
znajdowały się dwie stacje ładowania pojazdów elektrycznych – Patrizia, która
biwakowała przez kilka nocy, naturalnie z nich skorzystała, ładując swoją
Teslę. Cały czas było słychać hałas z autostrady 400, ale ponieważ był ciągły i
nieprzerwany, po chwili przestałem go postrzegać i właściwie dla mnie nie
stanowił on dużej niedogodności.
Moje miejsce biwakowe!
Pogoda była idealna i nie spadła kropla deszczu, ale na wszelki wypadek zawiesiłem
pomiędzy drzewami bardzo prymitywną plandekę. Na plaży było trochę ludzi,
niektórzy przywieźli dmuchane kajaki, które coraz bardziej stają się popularne,
i nawet poszliśmy popływać w jeziorze Six Mile Lake. Co najważniejsze, nie było
żadnych komarów, ANI RAZU nie musiałem używać sprayu na komary. Nigdy nie
doświadczyłem takiego bez-komarowego sezonu podczas moich ponad 30 lat
biwakowania!
To było idealne miejce do wypoczynku, medytacji, obserwowania czapli, żółwi, żab, ptaków i czytania książek
Dużo czasu spędzałem na czytaniu książek. Od dawna planowałem przeczytać
„Amerykański Snajper” Chrisa Kyle'a i wreszcie udało mi się tego dokonać. Całkiem
dobra książka… ale mogła być lepsza. Szokujące, że ostatecznie został zabity
nie w Iraku przez wroga, ale w USA, przez 25-letniego weterana amerykańskiej piechoty
morskiej cierpiącego na zespół stresu pourazowego, któremu Kyle pomagał. Druga
przeczytana książka to „The Chamber” (Komora) Johna Grishama. Jakieś 20 lat
temu przeczytałem kilka książek Grishama („Obrońca Ulicy”, „Bractwo”, „Firma” i
„Klient”), a potem przez około 15 lat nie sięgnąłem po żadną książkę tego
autora. Tego rodzaju pozycje do czytania zabieram ze sobą na wakacje być może
dlatego, że w domu czytam głównie literaturę faktu, która często zupełnie nie
nadaje się do bardziej relaksowego czytania przy ognisku. „Komora” m. in.
dotyczyła stosunków rasowych i zawiłości systemu prawnego, aby uchronić
skazańca przed karą śmierci. To była z pewnością jedna z lepszych książek Grishama
i świetnie się ją czytało! I jeszcze przeczytałem trzecią książkę, „Testament”,
chyba jedna z najlepszych, jakie czytałem tego autora.
Gdy biwakowaliśmy na tym samym miejscu w 2010 roku, żeremie bobrowe było spore, jak też pływało dużo bobrów. W 2021 roku nie było ani żeremia, ani bobrów
ZESPÓŁ STRESU POURAZOWEGO
Kiedy dowiedziałem się, że Chris Kyle
został zabity przez weterana cierpiącego na zespół stresu pourazowego, od razu przypomniała
mi się tragiczna historia, która przydarzyła się znanej mi osobie z Polski.
W latach 70. i na początku 80. XX w. w
sercu Warszawy dominowało potężne gmaszysko Pałacu Kultury i Nauki – mający 42
kondygnacje, powierzchnię użytkową 123,084 m2 (1,324,865 stóp kwadratowych) i
237 metrów wysokości (z iglicą), wówczas był to najwyższy budynek w Polsce
(obecnie na drugim miejscu). Ten wspaniały budynek – lub monstrum, w zależności
od tego, z kim się rozmawiało – stanowił „dar” od Józefa Stalina. Został
zbudowany w 3 lata przez 3,500 rosyjskich robotników i ukończony w 1955 roku.
Pierwotnie nosił imię dobroczyńcy i był oficjalnie znany jako Pałac Kultury i
Nauki Józefa Stalina; po okresie destalinizacji imię Stalina zostało usunięte
(kiedyś w budynku znalazłem stare formy noszące jeszcze pierwotną nazwę i
żałuję, że ich nie wziąłem). Wtedy mieściły się w nim różne instytucje
publiczne i kulturalne, m. in. 3 kina, muzea, biblioteki, 3 teatry,
restauracje, urzędy oraz władze Polskiej Akademii Nauk. Znajdowała się w nim
również Salą Kongresowa na 3000 osób, w której odbywało się wiele koncertów i
przedstawień, a także co kilka tam miały w niej miejsce Zjazdy Polskiej
Zjednoczonej Partii Robotniczej, PZPR (podczas jednego z nich, w grudniu 1975
r., dobrze podchmielony przywódca Związku Radzieckiego Leonid Breżniew zaczął dyrygować
delegatami i przywódcami PZPR podczas śpiewania „Międzynarodówki”). Ta scena zaczyna się w 0:50.
A słynny
taras Pałacu Kultury na 30. piętrze, na wysokości 114 metrów (374 stóp), z
panoramicznym widokiem na miasto, był dla wielu odwiedzających Warszawę główną
atrakcją turystyczną.
W Pałacu Kultury i Nauki mieścił się
również Pałac Młodzieży, ogromny dom kultury dla młodzieży szkolnej, oferujący
liczne działy zainteresowań i warsztaty m.in.: fotografii, muzyki, tańca,
krótkofalarstwa, szermierki, żeglarstwa i wiele innych. Prawdopodobnie w 1974
roku zostałem członkiem Pałacu Młodzieży, dołączając do sekcji pływackiej:
znajdował się w nim imponujący basen o długości 25 metrów, z trampolinami i 4
wieżami (3 metry, 10 metrów i dwie 5 metrów).
Tak wyglądał basen w 1955 roku, jak też w latach siedemdziesiątych XX w.
Source: Nowa Warszawa w ilustracjach, Warszawski Tygodnik Ilustrowany "Stolica", Warszawa 1955, p. 75. This photograph is in the public domain
Nota bene, basen pojawił się w
filmie Agnieszki Holland „Europa, Europa” – wszak imponująca architektura
socrealizmu nie różniła się zbytnio od architektury niemieckiej III Rzeszy.
Poza tym cały budynek pojawiał się w niezliczonych polskich filmach tamtej
epoki.
Zazwyczaj basen był podzielony na dwie części – podczas gdy w jednej pływaliśmy,
z drugiej korzystał klub skoków do wody. Uczestnicy powoli wchodzili po
drabinkach na jedną z wież, wykonywali skok i od ponownie wchodzili na wieżę. Niektórzy
skakali z 10-metrowej wieży — byliśmy naprawdę pod wrażeniem, ponieważ pewnie
większość z nas miałaby duże trudności z wejściem na tą wieżę, nie mówiąc już o
skoczeniu z niej! Raz skoczyłem z najniższej, 3-metrowej wieży – i to był mój
pierwszy i ostatni tego rodzaju skok! Ponieważ w tym czasie Polska nie miała
zbyt wielu podobnych obiektów (nawet w Warszawie nie było łatwo znaleźć
pływalnię), większość osób trenujących na basenie skoki do wody była mistrzami
Polski i często brali oni udział w zawodach międzynarodowych, w tym igrzyskach
olimpijskich. I jeszcze jedno—któryś już raz z rzędu powtarzam się, ale to
prawda: ŚWIAT JEST MAŁY! Otóż mój pierwszy lekarz rodzinny w Toronto, Dr
Jerzy Kowalewski, uprawiał skoki do wody w Pałacu Młodzieży, był wielokrotnym
mistrzem Polski w tej dyscyplinie, brał udział w dwóch Igrzyskach Olimpijskich
(w Rzymie w 1960 r. i w Meksyku w 1968 r.) i świetnie pamiętałem jego współzawodników/kolegów,
ponieważ niektórzy z nich byli za ‘moich czasów’ trenerami w Pałacu Młodzieży!
To jest chyba jedyna fotografia, na której widnieję, jaką posiadam z Pałacu Młodzieży, zrobiona na pływalni, prawdopodobnie w roku 1976 lub 1977
Jednym z czołowych skoczków był Krzysztof
Miller, szesnastokrotny mistrz Polski, który bardzo często trenował na basenie.
Wciąż pamiętam, że potrafił nawet skakać z 10-metrowej wieży stojąc na rękach,
co zapierało dech w piersiach! Ponieważ byliśmy rówieśnikami, kilka razy ze
sobą rozmawialiśmy, a także mieliśmy wspólnych znajomych. Uczestnicząc w jakiejś
imprezie w Pałacu Młodzieży, usłyszałem, jak mu gratulowano, ponieważ niedawno
zdobył (złoty?) medal w zawodach w skokach do wody w Hawanie na Kubie. Kiedy w
2009 roku byłem w Hawanie, przewodnik wskazał na pozornie zrujnowany i na wpół
opuszczony basen z wieżami do skoków do wody i powiedział, że rzeczywiście
odbywały się na tym obiekcie międzynarodowe zawody w tej dyscyplinie w połowie
lat 70. XX w. Od razu pomyślałem o Krzysztofie Millerze – może to właśnie z tej
wieży skoczył i zdobył medal?
Hall Pałacu Młodzieży Credit: Adrian Grycuk/CC BY-SA 3.0-pl/Wikimedia Commons
Ponad 10 lat temu przypadkowo odkryłem, że
po zakończeniu kariery sportowej stał się bardzo dobrym – niektórzy twierdzili,
że najlepszym w Polsce, a nawet na świecie – fotografem i fotoreporterem
wojennym. Odwiedził ponad 60 krajów, niektóre 10 lub więcej razy (Afganistan,
Rwandę, Czeczenię, Bośnię i Hercegowinę, Rwandę, Zair, Kongo, Irak, Macedonię,
Kosowo, Sudan, RPA i wiele innych), dokumentując aparatem fotograficznym różnego
rodzaju krwawe wojny i konflikty. Jego zdjęcia były publikowane w różnych gazetach
i magazynach, a także prezentowane na wystawach. Napisał też książkę „13 wojen i
jedna. Historia fotoreportera wojennego”.
Wspominał, że oglądał rzeczy, których
niedane było zobaczyć nawet większości żołnierzom. Być może był świadkiem zbyt
wielu ludzkich cierpień i tragedii. Wiele jego zdjęć nigdy nie zostało
opublikowanych, ponieważ były zbyt makabryczne (jednakże były wykorzystywane
przez osoby badające zbrodnie i masowe ludobójstwa). W końcu zdiagnozowano u
niego zespół stresu pourazowego (PTSD) i przeszedł szereg długotrwałych terapii
w Klinice Psychiatrii i Stresu Bojowego w Warszawie, spędzając w niej pół roku.
Niestety, ostatnie 25 lat relacjonowania tak wielu krwawych wojen i konfliktów
w końcu okazało się dla niego zbyt rozdzierające i po prostu nie do zniesienia.
Krzysztof Miller popełnił samobójstwo 9
września 2016 roku w wieku 54 lat.
Arteria wodna „Trent-Severn Waterway” to 386-kilometrowa trasa kanałowa
łącząca jezioro Ontario w Trenton z zatoką Georgian Bay (na jeziorze Huron) w
Port Severn. Znajduje się na niej 45 śluz—włącznie z 2 „windami/podnośnikami”
łodzi i Big Chute Marine Railway (po
polsku bodajże „pochylnia”). Ta pochylnia znajduje się niedaleko Port Severn i parku
Six Mile Lake. Jest to wyjątkowe urządzenie, które transportuje łodzie
rekreacyjne pomiędzy dwoma jeziorami drogą lądową. Jest to jedyna tego typu pochylnia
w Ameryce Północnej.
Wagon/platforma zjeżdża do wody i do środka wpływają łodzie. Następnie jest
on wciągany na ląd na szynach za pomocą stalowych lin, a następnie powoli wjeżdża
do jeziora. Przewożone łodzie po prostu odpływają—i wpływają następne, płynące
w przeciwną stronę, po czym cała procedura odbywa się ponownie.
Chociaż obecna pochylnia została otwarta w 1978 r., oryginalna już istniała
w 1917 r., a jej gruntowny remont przeprowadzono w 1923 r. Nadal można obejrzeć
dawną pochylnię, wraz z wagonem do przewożenia łodzi. Po wybudowaniu nowej była
ona jeszcze przez jakiś czas eksploatowana, ale od lat stanowi jedynie
zabytkowy artefakt.
Również znajduje się tam taras widokowy i centrum informacyjne, ale obydwa były
nieczynne z powodu COVID-19. W pobliżu są budynki starej, ale nadal działającej
elektrowni wodnej. Na YouTube zamieściłem kilkuminutowy film, pokazujący
transport łodzi.
Gdy opowiadam o arterii wodnej Trent-Severn
Waterway, niektórzy są ciekawi, czy kiedykolwiek przepłynąłem na kanu ten
cały szlak wodny. Swego czasu braliśmy pod uwagę tego rodzaju wyprawę, ale
szybko zorientowaliśmy się, że nie jest to dobry pomysł: musielibyśmy płynąc „w
towarzystwie” motorówek, jachtów i ogromnych łodzi motorowych, a także znalezienie
dobrych miejsce do biwakowania nie byłoby proste i niektóre odcinki tej trasy
wymagałby wiosłowania na otwartych, nieosłoniętych od wiatru akwenach. Niemniej
jednak kilkakrotnie pływaliśmy na kanu na niektórych odcinkach arterii wodnej: w
okolicach Port Severn i Severn Falls oraz na jeziorach Gloucester Pool, Clear
Lake, Stoney Lake, Lower Buckhorn Lake i Canal Lake (na łodzi motorowej,
podczas wędkowania).
Żywy Skansen
„Św. Maria Wśród Huronów” (Sainte-Marie Among
the Hurons)
Kanadyjski Artysta,
Ilustrator, Autor i Historyk C.W. Jefferys
Klub Sztuki
i Literatury w Toronto
Mapa ukazująca miejsce, gdzie znajdowała się misja Ste. Marie. Fort Ste. Marie No. 1, Jefferys, Charles W. 1942, The Picture Gallery of Canadian History Volume 1, p. 102. Source: https://www.cwjefferys.ca/fort-ste-marie-no-1-a?mid=0
Kilkadziesiąt kilometrów od parku Six Mile Lake znajduje się słynne Sanktuarium
Jezuickich Męczenników Kanadyjskich w Midland, w którym złożone są relikwie św.
Jean’a de Brébeuf’a, św. Gabriela Lalemant’a i św. Karola Garniera. Papież Jan Paweł
II odwiedził Sanktuarium podczas swojej wizyty w Kanadzie we wrześniu 1984
roku. Również każdego lata wielotysięczne pielgrzymki etniczne zmierzają do Sanktuarium.
Mój znajomy, nieżyjący już Tadeusz Pasek (znany polski jogin i akademik, z
którym m. in. biwakowałem w parku Six Mile Lake Park w 1993 roku), brał udział
w inauguracyjnej polskiej pielgrzymce w 1982 roku z Toronto do Midland, a
następnie corocznie uczestniczył w 9 kolejnych—są one organizowane do dzisiaj.
Fort Ste. Marie No. 1. Jefferys, Charles W. 1942. The Picture Gallery of Canadian History Volume 1, p. 103f Source: https://www.cwjefferys.ca/fort-ste-marie-no-1-b
Wprawdzie w Sanktuarium byłem na początku lat osiemdziesiątych XX w. oraz w
2012 roku wraz z Catherine (i pieskiem Gabby, który posłusznie pozostał w
samochodzie), lecz zamierzałem tam się udać ponownie. Patrizia zatelefonowała
do Sanktuarium, aby uzyskać informacje o terminach jego otwarcia. Niestety,
drugi już rok z rzędu pozostawało zamknięte – możliwe jednak było zarezerwowanie
prywatnej „wycieczki rodzinnej lub grupowej” do Sanktuarium, wraz z udziałem w
celebrowanej mszy świętej. Ksiądz, który udzielił Patrizi informacji, nazywał
się Robert Foliot, jezuita, którego wielokrotnie spotykałem podczas moich
ignacjańskich rekolekcji w Jezuickim Ośrodku Rekolekcyjnym „Manresa” (w
Pickering, Ontario) i też właśnie on kilka razy prowadził rekolekcje. Nadal
pamiętam temat jednej z prowadzonych przez niego rekolekcji – „Pani z wyższego
piętra”. Tytuł nawiązywał do jego mamy, która gdy wychodziła sama z domu (a
miała wtedy prawie 100 lat), mówiła: „Nie martwcie się, nie idę sama – towarzyszy
mi ta pani z góry” – oczywiście nie miała na myśli sąsiadki rzekomo
mieszkającej na wyższym piętrze, ale Maryję! I rzeczywiście Maryja przez długi czas
czuwała nad jej bezpieczeństwem i zdrowiem, bo zmarła w 2011 roku, w wieku 104
lat!
Mapa z 1657 roku, przedstawiająca męczeństwo Brebeuf'a i Lalemant'a. Na mapie widać jeziora Ontario, Erie, Huron, jak też zatokę Georgian Bay, nad którą znajdowała się misja Ste. Marie
Dosłownie vis-a-vis Sanktuarium,
po drugiej stronie drogi, znajduje się żywy skansen „Sainte Marie Among
Hurons”—i na szczęście był otwarty. Trochę wstyd mi się przyznać: chociaż mieszkam
w Ontario przez 39 lat, dopiero teraz odwiedziłem to historyczne miejsce!
Misja Sainte Marie jest żywym skansenem i pracownicy/przewodnicy ubrani są w ówczesne stroje-nie wiedziałem, że 350 lat temu noszono niebieskie maski na twarzy...
Francuscy jezuici rozpoczęli budowę tej małej misji w 1639 roku; zawierała ona
koszary, kościół, warsztaty, rezydencje i osłonięty teren dla przybywających
Indian. Misja istniała od 1639 do 1649 roku i była pierwszą europejską osadą
w obecnej prowincji Ontario. W latach 1642-1649 ośmiu misjonarzy zginęło
śmiercią męczeńską w wojnie pomiędzy Indianami Huron i Irokezami. Na terenie misji
znajdują się groby św. Jean’a de Brébeuf’a i św. Gabriela Lalemant’a.
W 1649 misjonarze postanowili spalić misję, obawiając się, że zostanie
podbita i zbezczeszczona przez Irokezów.
W 1964 roku Sainte-Marie została zrekonstruowana jako miejsce historyczne i
„żywy skansen”. Prawdopodobnie z powodu COVID-19 nie było zbyt wielu turystów,
dzięki czemu mogłem bez pośpiechu zwiedzić wszystkie budynki i pogadać z elokwentnymi
i kompetentnymi pracownikami muzeum, którzy nosili takie same ubrania, jak
oryginalni mieszkańcy osady i wykonywali te same czynności, którymi zajmowali
się pierwotni mieszkańcy około 360 lat temu. W kościele św. Józefa przebywała
starsza Indianka, która opowiedziała nam wiele ciekawych faktów z historii i
własnego życia. W kościele znajdowały się groby św. Jean’a de Brébeuf’a i św.
Gabriela Lalemant’a, a do kościoła przylega cmentarz z tamtego okresu. Czasami
jezuici odprawiają tutaj msze.
Groby Brebeuf'a i Lalemanta w środku kościoła
Jest to doskonałe miejsce dla zapoznania się „na żywo” z historią. Skansen
posiada wiele ciekawych eksponatów i artefaktów. Ogólnie rzecz biorąc, jest to niezmiernie
oryginalny obiekt i z przyjemnością odwiedziłbym go ponownie!
W środku kościoła siedziała Indianka i dużo się od niej dowiedziałem ciekawych rzeczy
Poszukując dodatkowych informacji na temat misji Sainte Marie i
kanadyjskich męczenników, natknąłem się na bardzo intrygujące malunki i zapiski
autorstwa Charlesa Williama Jefferys’a na stronie internetowej https://www.cwjefferys.ca/, prowadzonej przez Anthony'ego Allena. Muszę
przyznać, że bardzo mało wiedziałem o C.W. Jefferys i jedynym powodem, dla
którego w ogóle przedtem jego nazwisko obiło mi się o uszy, była lokalizacja
szkoły średniej imienia C.W. Jefferys. Szkoła znajduje się w Toronto, koło
skrzyżowania ulic Finch i Sentinel, pomiędzy ulicami Jane i Keele: od 1982 r.
do 1984 r. mieszkałem na ulicy 11 Catford Road i często mijałem szkołę w drodze
do lokalnego supermarketu „Bonanza” przy 134 Hucknall Rd (zburzonego ponad 10
lat temu—na jego miejscu wybudowano nowe osiedle na nowej ulicy o nazwie
Mantello Drive).
Jezuici-męczennicy i misjonarze. Jefferys, Charles W. 1942. The Picture Gallery of Canadian History Volume 1, p.105. Source: https://www.cwjefferys.ca/jesuit-martyrs-and-missionaries
Na tej witrynie internetowej spędziłem ponad 2 godziny, zapoznając się z
twórczością tego naprawdę wybitnego kanadyjskiego artysty, ilustratora, autora
i historyka. Znalazłem też kilka malunków autorstwa C.W. Jefferys na temat
męczeństwa św. Jean’a de Brébeuf’a i św. Gabriela Lalemant’a oraz osady Fort
Ste. Marie, oraz natknąłem się na jego ciekawe opisy dotyczące wydarzeń
przedstawionych na jego malunkach. Postanowiłem zadzwonić po dalsze informacje
do Anthony'ego Allena, który okazał się być wnukiem Jefferys’a i przez pół
godziny rozmawialiśmy na wiele niezmiernie zajmujących tematów. Między innymi
dowiedziałem się, że C.W. Jefferys był prezesem klubu „The Arts & Letters
Club” (Klub Sztuki i Literatury) w Toronto w latach 1923/24.
Charles William Jefferys (August 25, 1869 – October 8, 1951)
Ten znany klub od 1920 roku ma swoją stałą siedzibę w St. Georges Hall,
przy ulicy 14 Elm Street (w samym sercu Toronto, zaledwie kilka kroków od placu
Dundas Square na skrzyżowaniu ulic Yonge & Dundas). Według informacji na
stronie internetowej klubu (https://artsandlettersclub.ca/),
„Od ponad wieku Klub Sztuki i Literatury jest znaczącą
organizacją na kanadyjskiej scenie kulturalnej. Obecnie stanowi dynamiczną
społeczność mężczyzn i kobiet w każdym wieku, dla których sztuka jest istotną
częścią życia – miejscem poszukiwania twórczej ekspresji, angażowania się w
wolną i energiczną wymianę poglądów i opinii oraz spotykania się w celu odbycia
dyskusji na ciekawe tematy i spotkania się z ludźmi o podobnych
zainteresowaniach i wartościach, z bratnimi duszami”.
Spis obecnych i byłych członków klubu jest niczym księga kanadyjskiej elity
intelektualnej: dwóch członków jest laureatami Nagrody Nobla, sześciu otrzymało
tytuł szlachecki (knighood), a około
200 jest laureatami Orderu Kanady, najwyższego odznaczenia kanadyjskiego. Poza
tym, wszyscy członkowie słynnej grupy malarzy kanadyjskich, „Grupy Siedmiu” (Group of Seven), byli członkami klubu i
regularnie spotykali się na lunchu w klubie. Istnieje bardzo znana fotografia
siedzących w Klub Sztuki i Literatury sześciu członków „Grupy Siedmiu”, którą
tutaj zamieszczam.
Sześciu członków Grupy Siedmiu (Group of Seven), plus ich przyjaciel, Barker Fairley, w 1920 r. Od lewej do prawej strony: Frederick Varley, A. Y. Jackson, Lawren Harris, Barker Fairley, Frank Johnston, Arthur Lismer, and J. E. H. MacDonald. Zdjęcie zostało zrobione w Klubie Sztuki i Literatury (The Arts and Letters Club of Toronto) przez Arthura Goss'a. Źródło nieznane, Public Domain, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=6489569
Ponieważ jest to klub prywatny, otwarty jedynie dla członków i ich gości, nigdy
przedtem nie udało mi się do niego zawitać. Ale parę lat temu, gdy akurat
przechodziłem koło budynku, właśnie opuszczało go wiele osób—zapewne zakończyła
się jakaś impreza—i po prostu wszedłem do środka, spędzając w nim ponad godzinę
i bez przeszkód zwiedzając każdy jego dostępny zakamarek! Gdybym obecnie
mieszkał w Toronto, z pewnością zostałbym jego członkiem – nie dlatego, że
jestem artystą, ale z przyjemnością uczestniczyłbym w regularnie organizowanych
przez klub imprezach: spotkaniach z pisarzami, prelekcjach, koncertach,
pogadankach ze znanymi i ciekawymi osobistościami i prezentacjach na różnorakie
intrygujące tematy.
Pan Allen powiedział, że kilka lat temu przemawiał w klubie, stojąc
dokładnie w miejscu, w którym prawie 100 lat temu przemawiał jego dziadek, jako
prezes Klubu Sztuki i Literatury. Z pewnością musiało być to niepowszednie uczucie!
Dowiedziałem się również, że C.W. Jefferys zmarł w 1951 roku przy ulicy 4111
Yonge Street w Toronto – co ciekawe, dom wciąż tam stoi, choć otoczony jest
mnóstwem nowych biurowców. Tabliczka na nim cytuje jego wypowiedź:
„Jeśli moja twórczość wzbudziła jakiekolwiek
zainteresowanie naszym krajem i jego przeszłością, wynagrodzono mnie z nawiązką”.
Mogę jednoznacznie oznajmić, że u mnie jego twórczość wzbudziła ogromne
zainteresowanie Kanadą i jej przeszłością!
„Misja rozwijała się, a ojcowie jezuici wspólnie wykonywali
różne prace. W niektórych wioskach zbudowano małe drewniane kapliczki, którymi
kierowali księża-rezydenci. Centrum działalności ustanowiono w Ste. Marie, nad
rzeką Wye, w pobliżu obecnego miasta Midland. W tym miejscu w 1639 r. wzniesiono
kamienny fort z kaplicą, szpitalem i domami dla misjonarzy i robotników. Znajdowały
się tam pola uprawne, ptactwo, świnie, a nawet bydło, sprowadzone z
niewiarygodnym trudem rzeką Ottawa. Przyszłość
wydawała się obiecująca, ale nadciągała nieunikniona klęska. Między Huronami a
ich pobratymcami, Irokezami, istniała śmiertelna wrogość. Lepiej uzbrojeni i
zorganizowani Irokezi nie tylko atakowali trasę z Ottawy do Quebec i obrzeża
Huroni, ale również przeniknęli do serca kraju. Dochodziło do kolejnych
najazdów, a w 1648 r. pierwszy jezuita, ksiądz Daniel, zginął w czasie zniszczenia
wsi St. Joseph, niedaleko jeziora Simcoe”.
Kanadyjski poeta E.J. Pratt (1882-1964) w 1940 napisał „Brébeuf i jego Bracia”,
epos o misji Jean’a de Brébeuf’a i jego siedmiu towarzyszy-jezuitów
mieszkających z Huronami, o założeniu przez nich misji Sainte-Marie-Among-the-Hurons, i ich ostatecznym męczeństwie zadanym
przez Irokezów. W tym samym roku autor otrzymał jedną z trzech Nagród Gubernatora
Generalnego Kanady z dziedziny poezji. W taki sposób wiersz Pratt’a opisuje założenie
misji Sainte-Marie (wiersz podaję w oryginalnym brzmieniu—tłumaczenie na polski
okazało się zbyt skomplikowanym i pracochłonnym przedsięwzięciem):
“The migrant habits of the Indians
With their desertion of the villages
Through pressure of attack or want of food
Called for a central site where undisturbed
The priests with their attendants might pursue
Their culture, gather strength from their devotions,
Map out the territory, plot the routes,
Collate their weekly notes and write their letters.
The roll was growing—priests and colonists,
Lay brothers offering services for life.
For on the ground or on their way to place
Themselves at the command of Lalemant,
Superior, were (…). And so to house
Them all the Residence—Fort Sainte Marie!
Strategic as a base for trade or war
The site received the approval of Quebec,
Was ratified by Richelieu who saw
Commerce and exploration pushing west,
Fulfilling the long vision of Champlain—
‘Greater New France beyond those inland seas.’
The fort was built, two hundred feet by ninety,
Upon the right bank of the River Wye:
Its north and eastern sides of masonry,
Its south and west of double palisades,
And skirted by a moat, ran parallel
To stream and lake. Square bastions at the corners,
Watch-towers with magazines and sleeping posts,
Commanded forest edges and canoes
That furtively came up the Matchedash,
And on each bastion was placed a cross.
Inside, the Fathers built their dwelling house,
No longer the bark cabin with the smoke
Ill-trained to work its exit through the roof,
But plank and timber—at each end a chimney
Of lime and granite field-stone. Rude it was
But clean, capacious, full of twilight calm.
Across the south canal fed by the river,
Ringed by another palisade were buildings
Offering retreat to Indian fugitives
Whenever war and famine scourged the land.”
Jako że Sainte Marie Among the Huron
zawsze kojarzy się z męczeństwem, chciałbym wspomnieć o innej tragedii, która
wydarzyła się w Peru 360 lat później, ale poniekąd łączy się z tym miejscem. W
2009 roku spotkałem w Ontario Jarka Frąckiewicza i Celinę Mróz, polskich
kajakarzy, którzy przepłynęli z Georgian Bay do rzeki Ottawa River. W maju 2011
r. udali się do Peru i płynąc kajakiem po rzece Ukajali, 27 maja 2011 r.
zostali bez powodu zamordowani przez miejscowych Indian (więcej informacji znajduje
się moim blogu: https://ontario-nature-polish.blogspot.com/2011/07/french-river-dokis-2011.html). Podczas swojej wizyty w Kanadzie w 2009
roku m. in. odwiedzili skansen-muzeum Sainte
Marie Among the Hurons i opublikowali to zdjęcie na swojej stronie
internetowej, jak stoją przed kaplicą:
Jarek Frąckowiak i Celina Mróz w skansenie Ste. Marie Among the Hurons w 2009 roku, wraz z pracownikami
Misja Saint-Louis
Niedaleko Sainte-Marie Among Hurons
znajduje miejsce historyczne Kanady, Misja Saint-Louis, w której schwytano jezuitów
Jean’a de Brébeuf’a i Gabriela Lalemant’a. Historyczna tablica na wzniesionym kopcu
głosi:
„Saint-Louis to nazwa nadana przez jezuitów
palisadowej wiosce Ataronchronon w latach czterdziestych XVII wieku. Rankiem 16
marca 1649 r. duża grupa wojenna Irokezów zaatakowała sąsiednią wioskę
Teanhatentaron (Saint-Ignace), a następnie napadła na Saint-Louis. Wśród
schwytanych pośród ruin Saint-Ignace i wywiezionych na śmierć byli ojcowie Jean
de Brébeuf i Gabriel Lalemant, którzy prowadzili misję w Saint-Louis. W ciągu
roku najazdy Irokezów zniszczyły Huronie i rozproszyły jej niegdyś liczną populację”.
Dwie tablice informacyjne zawierają następujący opis:
„Przybycie jezuitów do Nowej Francji w 1625 r.
przyniosło wiele zmian i stworzyło podziały między tradycyjnymi członkami
plemienia Huron-Wendat a tymi, którzy zdecydowali się nawrócić. W tym czasie
Konfederacja Irokezów zaczęła rozszerzać swoje terytorium na Huroni. Ekspansja
doprowadziła obie konfederacje do narastającego konfliktu i w rezultacie doszło
do zniszczenia misji St. Ignace II, St. Louis i St. Marie, rozproszenia
Huron-Wendat z Huroni i wycofania się jezuitów do Quebec. Podobne konflikty
trwały w regionie Wielkich Jezior aż do podpisania Wielkiego Pokoju
Montrealskiego w 1701 roku.
Historyczny sojusz między Huron-Wendat i
Francuzami głęboko naznaczył historię Kanady. Dla dzisiejszych potomków Huron-Wendat
ważne jest, aby odwiedzający to miejsce uświadomili sobie, że duch Huron-Wendat
jest zawsze obecny na terytorium Huroni”.
„Na początku lat czterdziestych XVI wieku miejsce
to było siedzibą głównej wioski ludu Ataronchronon z Konfederacji Huron-Wendat
(8endat) Huroni. Członkowie społeczności Huron-Wendat uprawiali kukurydzę słoneczniki,
jabłka, śliwki, winogrona, orzechy, jagody i dynie jak też polowali na bobry,
ryby i jelenie. Wioski często przenosiły się co 8 do 12 lat, gdy piaszczysta
gleba na polach wyjawiała się. Ludność Konfederacji Irokezów prowadziła bardzo
podobny, oparty na rolnictwie styl życia na terytorium na południe od jeziora
Ontario, znanym jako Dolina Mohawków (Mohawk
Valley). Naród Huron-Wendat jako pierwszy w tym regionie zetknął się z
europejskimi odkrywcami, ich zwyczajami, z bronią, z ekonomią, z religią i z
ich nowymi chorobami. Rozwój handlu futrami w XVII wieku wytworzył rosnącą
presję kulturową na narody aborygeńskie w miarę rozszerzania się kolonii
narodów europejskich. Do 1640 r. liczne epidemie w całej Huroni znacznie
zmniejszyły populację narodu Huron-Wendat z 30.000 do 10.000 osób”.
„Najcięższy cios spadł w następnym roku. Wczesnym
rankiem 17 marca [1649 r.] oddział wojenny składający się z tysiąca dwustu
Irokezów niepostrzeżenie wdarł się do wioski St. Ignace, około siedmiu mil od misji
Ste. Marie. Jej obrońcy zostali zabici, a wieś spalona. Irokezi napadli na
następną wioskę, St. Louis. Tutaj zamieszkiwał ksiądz Brébeuf i jego asystent
misjonarz, ksiądz Gabriel Lalemant, którzy dotarli do Huroni zaledwie rok
wcześniej. Lalemant był fizycznie uderzającym kontrastem do Brébeuf’a, o
kruchej i delikatnej kondycji zdrowotnej; pomimo intensywnego pragnienia
wyjazdu jako misjonarz do Kanady, jego przełożeni od dawna mu tego odmawiali.
Ale jego duch był równie stanowczy, jak jego silniejszego towarzysza. Obaj
odmówili opuszczenia swoje indiańskie grupy wiernych, chociaż Huronowie
błagali, aby uciekli do Ste. Marie. Pozostali w środku walk, aby móc udzielić ostatnich
obrzędów kościelnych swoim rannym i umierającym nawróconym Indianom. Huronowie,
liczący tylko około osiemdziesięciu wojowników, walczyli dzielnie, ale Irokezi
wkrótce przedarli się przez obronę i schwytali ocalałych, w tym dwóch
misjonarzy.
A w taki sposób E.J. Pratt w swoim opisowy wierszu „Brébeuf i jego Współbracia”
przedstawił wydarzenia, które miały miejsce w Misji Saint-Louis (wersja oryginalna):
Less than two hours it took the Iroquois
To capture, sack and garrison St. Ignace,
And start then for St. Louis. The alarm
Sounded, five hundred of the natives fled
To the mother fort only to be pursued
And massacred in the snow. The eighty braves
That manned the stockades perished at the breaches;
And what was seen by Ragueneau and the guard
Was smoke from the massed fire of cabin bark.
Brébeuf and Lalemant were not numbered
In the five hundred of the fugitives.
They had remained, infusing nerve and will
In the defenders, rushing through the cabins
Baptizing and absolving those who were
Too old, too young, too sick to join the flight.
And when, resistance crushed, the Iroquois
Took all they had not slain back to St. Ignace.
Misja Saint Ignace II
W niewielkiej odległości od Misji Saint-Louis znajduje się misja św.
Ignacego II (Saint Ignace II). Po schwytaniu misjonarzy Jean’a de Brébeuf’a i
Gabriela Lalemant’a w misji Saint-Louis, zostali oni sprowadzeni z powrotem do
Saint Ignace II i tutaj zabici.
Mapa misji St. Ignace sporządzona przez Wilfrid Jury w 1946 roku
Św. Ignacy II była jedną z kilku misji jezuickich. 16 marca 1649 został
zaatakowana i zdobyta przez Irokezów, którzy następnie zaatakowali wioskę i
misję St. Louis. Jezuiccy misjonarze Jean de Brébeuf i Gabriel Lalemant zostali
schwytani, sprowadzeni z powrotem do St. Ignace II i po przejściu straszliwych
tortur, zamordowani następnego dnia. Misja św. Ignacego II w 1955 roku została
uznana za narodowe miejsce historyczne Kanady.
Męczeństwo Brébeuf'a i Lalemant'a. Jefferys, Charles W. 1942. The Picture Gallery of Canadian History Vol. 1, p.106. Żródło: https://www.cwjefferys.ca/martyrdom-of-brebeuf-and-lalemant
Na polu, pod otwartą wiatą stoi duży brukowany krzyż i ołtarz, wzniesiony
przez Jezuitów. Tablica w ołtarzu upamiętnia Alphonse'a Arpina i jego pomocnika
T.G. Connon, który „niestrudzenie pracował nad odnalezieniem lokalizacji misji St.
Ignace II”. Jest tam też krzyż, najprawdopodobniej w miejscu męczeństwa dwóch
misjonarzy.
W lipcu i sierpniu w każdą środę o godzinie 15:00 odprawiana jest tu Msza
św. Patrizia również mnie poinformowała, ze 9 października 2021 r. była
zorganizowana finałowa pielgrzymka roku z misji St. Marie Among the Hurons do wioski Huronów St. Ignace, razem 15
kilometrów, w której wzięła udział—prowadziła trasą, którą po raz ostatni przed
śmiercią przemierzyli Brébeuf i Lalemant.
Podczas moich niedawnych corocznych rekolekcji w Manresie w listopadzie
2021 r. znalazłem artykuł o męczeństwie Brébeuf’a i Lalemant’a oraz fotografię z
1967 roku, na której o. Pedro Arrupe, Generał Jezuitów, klęczy dokładnie w
miejscu, w którym zamęczono obu jezuitów w St. Ignace.
Podczas wizyty do Kanady w 1967 roku, o. Pedro Arrupe, Generał Zakonu Jezuitów, uklęknął dokładnie w miejscu, gdzie Św. Jean de Brébeuf i Gabriel Lalemant ponieśli męczeńską śmierć
„[Brébeuf i Lalemant] zostali zaprowadzeni z
powrotem do St. Ignace i poddani straszliwym torturom, jakie Irokezi zadawali
swoim więźniom. Brébeuf cierpiał przez cztery godziny, aż wreszcie wódz [Irokezów]
wyciął mu serce i zakończył jego agonię. Lalemant, pomimo swojej wątłej budowy
ciała, pozostał przy życiu przez czternaście godzin, zanim również on podzielił
los Brébeuf’a. W wyniku tej nieustannej wojny naród Huronów został rozproszony,
a niedobitki szukały schronienia w sąsiedztwie Quebec, gdzie dziś, w wiosce
Lorette, nadal mieszkają ich potomkowie, w większości posiadając krew francuską”.
Ponownie pragnę zacytować fragmenty wiersza E.J. Pratt’a, przedstawiające wydarzenia,
które rozegrały się po tym, jak Brébeuf i Lalemant zostali schwytani w Misji St.
Louis i zabrani do Misji St. Ignace II (wersja oryginalna):
And when, resistance crushed, the Iroquois
Took all they had not slain back to St. Ignace,
The vanguard of the prisoners were the priests.
Three miles from town to town over the snow,
Naked, laden with pillage from the lodges,
The captives filed like wounded beasts of burden,
Three hours on the march, and those that fell
Or slowed their steps were killed.
(…)
No doubt in the mind of Brébeuf that this was the last
Journey—three miles over the snow.
(…)
By noon St. Ignace! The arrival there
The signal for the battle-cries of triumph,
The gauntlet of the clubs.
(…)
The Iroquois had waited long
For this event. Their hatred for the Hurons
Fused with their hatred for the French and priests
Was to be vented on this sacrifice,
And to that camp had come apostate Hurons,
United with their foes in common hate
To settle up their reckoning with Echon [Brébeuf].
Now three o’clock, and capping the height of the passion,
Confusing the sacraments under the pines of the forest,
Under the incense of balsam, under the smoke
Of the pitch, was offered the rite of the font. On the head,
The breast, the loins and the legs, the boiling water! (…)
The fury of taunt was followed by fury of blow.
Why did not the flesh of Brébeuf cringe to the scourge,
Respond to the heat, for rarely the Iroquois found
A victim that would not cry out in such pain—yet here
The fire was on the wrong fuel. Whenever he spoke,
It was to rally the soul of his friend whose turn
Was to come through the night while the eyes were uplifted in prayer,
Imploring the Lady of Sorrows, the mother of Christ,
As pain brimmed over the cup and the will was called
To stand the test of the coals.
(…)
In the thews of his thighs which had mastered the trails of the Neutrals?
They would gash and beribbon those muscles. Was it the blood?
They would draw it fresh from its fountain. Was it the heart?
They dug for it, fought for the scraps in the way of the wolves.
(…)
The wheel had come full circle with the visions
In France of Brébeuf poured through the mould of St. Ignace.
Lalemant died in the morning at nine, in the flame.
W jeden dzień udało mi się zwiedzić trzy historycznie bardzo ważne miejsca.
Mam nadzieję, że Sanktuarium zostanie ponownie otwarte w 2022 r. i że będę w
stanie go ponownie odwiedzić. Jednakże gdy piszę te słowa – 5 stycznia 2022 r.
– z powodu nowego wariantu COVID-19, Omicron, prowincja Ontario ma ponad 10
tysięcy udokumentowanych przypadków nowych infekcji dziennie – a rzeczywista
liczba jest prawdopodobnie od 5 do 10 razy wyższa. Trudno jest obecnie robić
jakiekolwiek plany na przyszłość.
W parku Six Mile Lake miałem zrobioną drugą rezerwację w pierwszej połowie października,
2021 roku, nawet na tym samym miejscu biwakowym, koło stawu bobrowego—zamierzałem
spędzić tam Thanksgiving Day, Dzień
Dziękczynienia, i pozostać jeszcze jedną noc, opuszczając park12 października—w
dniu jego zamknięcia na sezon. Chociaż niezmiernie pragnąłem odbyć tą ostatnią
wycieczkę biwakową, prognoza pogody zapowiadała właściwie każdego dnia bardzo
duże prawdopodobieństwo opadów, co było główną przyczyną, że wyjazd odwołałem.