Moja pierwsza wizyta w Parku Prowincjonalnym Restoule miała miejsce we wrześniu 1999 roku i była ‘niezapomniana’ — choć niekoniecznie z właściwych powodów. Krzysztof i ja trafiliśmy na absolutnie fatalną pogodę: nieustający deszcz i przenikliwe zimno (włącznie z minusowymi temperaturami w nocy) sprawiły, że po krótkiej, upartej próbie „prawdziwego biwakowania” przyznaliśmy się do porażki, wynajęliśmy domek letniskowy (cottage) i spędziliśmy w nim kolejne dziesięć dni w luksusie, często obserwując ulewne deszcze siedząc w środku przy buzującym piecyku na drzewo. Mimo wszystko park zrobił na nas na tyle duże wrażenie, że wróciliśmy tam ponownie w 2000 roku, a potem jeszcze raz w 2011. Jak widać, Restoule nie zdołało nas skutecznie zniechęcić.
![]() |
| Wjazd do parku Restoule |
![]() |
| Nasze miejsce na wyspie o kształcie motyla |
Nic więc dziwnego, że gdy na początku 2025 roku przyszło do planowania kolejnej wyprawy, ponowna rezerwacja Restoule wydawała się czymś zupełnie naturalnym. Spróbowałem zarezerwować to samo miejsce — B-3 — lecz było już zajęte. Nie chcąc jednak rezygnować z parku, wybrałem inne: B-9 (46°05'03.7"N 79°46'08.6"W / 46.084367, -79.769067), położone nad jeziorem Stormy Lake, około 1,6 km od parkingu. Biwak znajduje się na wyspie o długości mniej więcej 2,5 km i szerokości około 0,5 km. Widoczna z góry linia brzegowa przypomina nieco motyla — co od razu nadało temu miejscu pewnej poetyckości, jeszcze zanim tam dotarliśmy.
Przeglądając materiały o parku, natknąłem się na krótki film na YouTube poświęcony Restoule. Para, która go nagrała, również biwakowała na miejscu backcountry — niezwykle malowniczym, przestronnym i bardzo prywatnym. Chwilę później zorientowałem się, że to dokładnie to samo miejsce, które zarezerwowaliśmy: B-9. To odkrycie znacznie podniosło nasze oczekiwania — miejsce wyglądało świetnie!
![]() |
| Parking na jeziorze Stormy Lake-tym razem z moim samochodem, w 2015 roku |
Do parku dotarliśmy w poniedziałek, 23 czerwca 2025 roku, w godzinach popołudniowych. Parking nad jeziorem Stormy Lake był niemal pusty, co pozwoliło nam spokojnie i bez pośpiechu rozpakować samochód — rzadko spotykany luksus w popularnych parkach. Zwodowaliśmy kanu i zaczęliśmy przenosić nasze rzeczy. A było ich dużo—jak zawsze. Cieszyłem się, że nikt nie jest świadkiem naszego rozpakowywania, bo obserwator mógłby dojść do wniosku, że wybieramy się tam co najmniej na miesiąc, a nie na tydzień.
![]() |
| Jak widać, kanu jest bardzo pojemne! |
W jakiś sposób — niemal magiczny — wszystko zmieściło się do kanu. Co więcej, zostało nawet miejsce dla nas. Było dość wietrznie. Same fale nie stanowiły problemu, natomiast wiatr wiejący prosto w twarz sprawiał, że wiosłowanie nie należało do przyjemnych. Mimo to parliśmy naprzód i po około 45 minutach dotarliśmy na miejsce.
![]() |
| Niedźwiedzio-bezpieczna skrzynia i nasze miejsce |
Niestety, dobicie do brzegu i rozładunek kanu okazały się dalekie od ideału. Woda przy brzegu była bardzo płytka, ale sama linia brzegowa — choć wysoka zaledwie na około pół metra — była na tyle stroma, że nie dało się po prostu wysunąć kanu na ląd. Do tego dochodziły ostre, śliskie kamienie pod wodą. Przy wietrze i falach nieustannie przesuwających kanu, stanie w wodzie, stabilizowanie łodzi i wyjmowanie bagażu było niewygodne, męczące i lekko stresujące. Cała operacja zajęła sporo czasu i dopiero gdy kanu było niemal puste, udało się je wciągnąć na brzeg. Co ciekawe, przez cały pobyt za każdym razem, gdy wodowaliśmy lub wyciągaliśmy kanu, wiało. Być może jezioro Stormy (burzliwe) naprawdę zasłużyło na swoją nazwę.
![]() |
| Bezpiecznie mogliśmy przechowywać w tej skrzyni jedzenie |
![]() |
| "Thunder box" (toaleta). Pierwszorzędna wentylacja i przepiękny widok |
Kilka metrów dalej znajdował się thunder-box, czyli prymitywna toaleta. Zamontowałem w jej pobliżu migające czerwone światełko, aby łatwo było ją znaleźć w nocy, a drugie — białe — bliżej namiotów, byśmy mogli bezbłędnie wrócić „do domu”. Może to brzmieć zabawnie, ale podczas wcześniejszych wypraw niektórzy ludzie gubili się nocą, mimo że ich namioty znajdowały się bardzo blisko — wystarczyło, że z pełnym przekonaniem poszli w złą stronę i po paru krokach nie wiedzieli, gdzie się znajdują.
Rozbiliśmy namioty blisko siebie, zabezpieczyliśmy całe jedzenie w pojemniku i wreszcie mogliśmy odetchnąć. Ze względu na silny wiatr zrezygnowaliśmy z ogniska pierwszego wieczoru. Wiatr miał jednak swoje zalety — skutecznie odstraszał komary oraz znacznie ograniczał liczbę much końskich i innych latających owadów, które w innym wypadku byłyby bardzo dokuczliwe. Jak podczas wcześniejszych wypraw, przymocowaliśmy lepkie plastry do czapek. Efekty były natychmiastowe i satysfakcjonujące — muchy uwielbiają krążyć wokół głów i na nich siadać, więc w krótkim czasie plastry zapełniły się imponującą kolekcją, przyczyniając się wyraźnie do lokalnego spadku populacji.
Ogólnie rzecz biorąc, komary nie były aż tak uciążliwe. Zazwyczaj pojawiały się wieczorem i znikały po około godzinie. Sądząc po jednym nieprzyjemnym ukłuciu, były tam również muchy meszki (black flies). Nocą, gdy czytałem przy świetle czołówki, drobne owady czasem oblegały mnie tak intensywnie, że zmuszony byłem do strategicznego odwrotu do namiotu. Były też jętki (mayfly), choć na szczęście nie okazywały nam szczególnego zainteresowania.
Oczywiście, następnego wieczoru — i każdego kolejnego — ognisko już buzowało. Drewna nie brakowało. Wiele brzóz przewróciło się i powoli próchniało. Choć wilgotna brzoza nie pali się łatwo, po odpowiednim wyschnięciu blisko płomieni sprawdzała się doskonale, dając ciepło i przyjemną atmosferę.
Z naszego obozu widzieliśmy motorówki pędzące po jeziorze, wędkarzy trolujących lub rzucających z łodzi, a także kajakarzy i kanuistów. Jedni wybrali się na rekreacyjne, jednodniowe przejażdżki, inni zmierzali do swoich biwaków lub z nich wracali. Rozmawialiśmy z kilkoma wędkarzami — wszyscy zgodnie twierdzili, że brania są słabe. Sami również próbowaliśmy, licząc chociaż na jedną rybę na obiad lub kolację, lecz bez powodzenia. Wędkowanie bezpośrednio z brzegu było dodatkowo utrudnione przez drzewa rosnące wzdłuż linii brzegowej oraz kamienie, o które zaczepiały się nasze przynęty. Wkrótce odechciało się nam tego bezowocnego zajęcia. Przez ostatnie dwa lata, mimo szczerych starań, złowiliśmy dokładnie trzy ryby rocznie. Jedyną pociechą był fakt, że inni wędkarze — uzbrojeni w znacznie droższy i bardziej zaawansowany sprzęt — radzili sobie niewiele lepiej. Przynajmniej nie byliśmy sami w tej porażce.
Obserwacje dzikiej przyrody były raczej skromne. Widzieliśmy wiewiórkę, tamias (chipmunk), wodnego węża płynącego wzdłuż brzegu oraz żółwia jaszczurowatego. Rano słychać było ptaki, a od czasu do czasu charakterystyczne stukanie dzięciołów niosło się po lesie. Nocą jezioro ożywało dzięki niezapomnianym głosom nurów — ich jodłowaniu i zawodzeniu — którym wtórowały sowy kreskowane, a ich wołania rozchodziły się daleko nad wodą. Byłem niemal pewien, że żadne większe zwierzęta — jelenie, szopy, łosie czy niedźwiedzie — nie odwiedziły naszego obozu.
| Nur lodowiec (źródło: Wikipedia) |
Na Wikipedia znalazłem ciekawe informacje o odgłosach nura lodowca, które pragnę tutaj zamieścić.
Lecąc, wydaje dźwięk „kwok”, a w czasie gniazdowania długie i żałosne okrzyki. Przeważnie jednak wydziela się cztery odgłosy:
- — Odgłos kontaktowy. Krótki i niezbyt donośny. Służy do porozumiewania się między partnerami i kontaktu z młodymi i innymi osobnikami z grupy.
- — Przeciągły głos tzw. skarga. Usłyszeć go można wieczorem i nocą z odległości nawet kilku kilometrów. W ten sposób lodowce przebywające nad tym samym jeziorem lub w okolicy kontaktują się nawzajem.
- — Tremolo, chichot. To seria 8–10 powtarzających się po sobie głosów z dużą szybkością. Jest to sygnał ostrzegawczy, który manifestuje niepokój ptaka np. wywołany zauważeniem człowieka, drapieżnika lub czasem nawet innego nura lodowca. Ptaki mogą wydawać go w czasie wzbijania się do lotu.
- — Jodłowanie. Wydają je tylko samice, aby odstraszyć niepowołanych intruzów wkraczających na ich terytorium. Usłyszeć je można w czasie wysiadywania jaj i we wczesnym okresie po wykluciu piskląt.
Wieczorami pojawiały się świetliki, często reagujące na nasze zapalanie i gaszenie latarek—starały się z nami komunikować! Jeden z nich wpadł do mojego namiotu i byłem zaskoczony, jak mocne emitował światło—gdyby tak złapać kilka świetlików do butelki, to można byłoby przy ich blasku czytać.
![]() |
| Sklep "Gerry's General Store" w Restoule |
![]() |
| Sklep mięsny w Restoule oraz lodziarnia |
Pojechaliśmy też około 45 km do Powassan (46°04'50.4"N 79°21'38.9"W / 46.080667, -79.360806), aby uzupełnić zapasy żywności, ponieważ było już jasne, że z samego łowienia ryb się nie wyżywimy. Przeszliśmy się po miasteczku, próbując przypomnieć sobie kawiarnie, które odwiedzaliśmy w latach 1999, 2000 i 2011, ale wszystkie dawno już zniknęły. Zatrzymaliśmy się przy bibliotece; mimo że była zamknięta, Wi-Fi nadal działało, a hasło było wywieszone na drzwiach. Dzięki temu mogliśmy sprawdzić prognozę pogody, przeczytać e-maile, rzucić okiem na wiadomości i zadzwonić przez WhatsApp. Zasięg telefonii komórkowej w samym Restoule Park był bardzo słaby, a na naszym kempingu praktycznie żaden — czasami wczytanie samej prognozy trwało całe wieki.
![]() |
| Gerry's General Store w Restoule. Ceny benzyny: jeden litr regularnej $1,389, a premium $1,429. Przy cenach benzyny nadal stosuje się dziesiąte centa |
Jedną z największych atrakcji tych krótkich wypadów był gorący prysznic na „zwykłym” polu namiotowym typu drive-in. Po kilku dniach biwakowania było to wręcz luksusowe przeżycie. Posiadanie miejsca dostępnego z wody tak blisko samochodu okazało się idealnym połączeniem: znakomita prywatność i piękne, odosobnione miejsce namiotowe, a jednocześnie możliwość szybkiego wypadu do miasteczka, na zakupy czy do parku pod prawdziwy prysznic.
Przejechaliśmy się także po miejscach biwakowych samochodowych, „drive-in”, na terenie parku. Wydawały się całkowicie zapełnione. Niektóre oferowały więcej prywatności niż inne, ale moim zdaniem nawet najmniej atrakcyjne miejsce, do którego trzeba dopłynąć na kanu, backcountry, przewyższa najlepsze miejsce samochodowe, „drive-in,” pod względem odosobnienia, ciszy i ogólnego poczucia kontaktu z dziką przyrodą.
![]() |
| Co za "bohaterska" rodzina! Byłem dla nich pełen podziwu |
Pewnego dnia, wracając kanu do naszego miejsca biwakowego, zauważyłem przy pomoście kanu z dwojgiem dorosłych i czwórką małych dzieci. Później, gdy byliśmy już na jeziorze Stormy Lake, zobaczyliśmy ich ponownie — tym razem na otwartych wodach jeziora. Zrobiłem zdjęcie tego niezwykłego widoku i porozmawiałem z nimi. Byłem pod ogromnym wrażeniem.
Przez lata spotkałem wiele osób, które bały się biwakować w parkach prowincjonalnych, bo uważały, że ich dzieci są jeszcze za małe — chociaż często miały już od 7 do 12 lat. „Pojedziemy, gdy będą starsze” — mówili. Paradoks polega na tym, że gdy dzieci dorastają, często wcale nie chcą już jeździć z rodzicami na tego rodzaju wyprawy. Jeszcze mniej rodziców wyobraża sobie zabranie dzieci na wyprawę kanu, zakładając, że to niebezpieczne. A jednak widziałem załadowane łodzie z ekwipunkiem biwakowym, dwojgiem rodziców i bardzo małymi dziećmi — czasem mającymi dwa lub trzy lata. Dzieci miały na sobie specjalne kamizelki ratunkowe, które w razie wpadnięcia do wody obracają je twarzą do góry. Jedna para powiedziała mi nawet, że ćwiczyli z dziećmi wywrotkę kanu i kamizelki zadziałały perfekcyjnie. Nie mieli obaw o bezpieczeństwo — tylko pewność siebie i doświadczenie.
Powinienem też wspomnieć, że zabrałem ze sobą stację zasilania Bluetti Power Station AC2A (300 W) oraz składany panel słoneczny Allpowers Solar Panel SP12 (100 W). Ładowanie stacji okazało się wyzwaniem, ponieważ nasze miejsce było mocno zalesione i musiałem bez przerwy przestawiać panel. Ponieważ był składany, trudno było ustawić go pod optymalnym kątem do słońca, więc najczęściej rozkładałem go płasko na ziemi. Udało mi się dość szybko naładować baterię do około 66%. Niestety kolejne dni były wietrzne, deszczowe i — jak łatwo się domyślić — pochmurne. Bez bezpośredniego światła słonecznego panel był w zasadzie bezużyteczny.
Oczywiście zabrałem ze sobą kilka książek i udało mi się przeczytać dwie z nich. Pierwszą były Dzieci Arbatu Anatolija Rybakowa, powieść osadzona w realiach epoki stalinowskiej. Pamiętam doskonale, jak książka ukazała się w Związku Radzieckim w 1987 roku (choć została napisana znacznie wcześniej) — było to prawdziwe wydarzenie literackie. Mimo że posiadałem ten tytuł od wielu lat, dopiero teraz znalazłem czas, aby go wreszcie przeczytać.
I rzeczywiście — była to książka fascynująca, a jej sensacyjny odbiór w czasach pierestrojki stał się dla mnie całkowicie zrozumiały. Zawierała bowiem otwartą krytykę systemu sowieckiego oraz niezwykle szczerą i jednoznacznie negatywną charakterystykę Józefa Stalina jako paranoicznego i bezwzględnego dyktatora. Zdarzało się, że było już dobrze po północy, wokół mojej czołówki krążyły drobne muszki przyciągane światłem, a ja — mimo wszystko — nie mogłem oderwać się od lektury. Dopiero później dowiedziałem się, że Dzieci Arbatu są pierwszą częścią trylogii; mam nadzieję sięgnąć po pozostałe tomy w niedalekiej przyszłości.
Druga książka, którą przeczytałem, również dotyczyła życia w kraju komunistycznym — tym razem była to Korea Północna. In Order to Live. A North Korean Girl’s Journey to Freedom (Przeżyć. Droga dziewczyny z Korei Północnej do wolności) autorstwa Yeonmi Park to wstrząsająca autobiografia dziewczyny, która w wieku 13 lat uciekła z Korei Północnej wraz z matką w 2007 roku, by po dwóch latach dramatycznej tułaczki dotrzeć do Korei Południowej. Jest to historia bolesna i wręcz wstydliwa — opowieść o sprzedaniu jej i matki do przymusowych „małżeństw” przez chińskich pośredników.
Początkowo autorka próbowała ukrywać te doświadczenia, starając się wtopić w południowokoreańskie społeczeństwo, lecz z czasem uświadomiła sobie, że jej historia przetrwania może dać siłę innym. Co więcej, jej siostra, która uciekła wcześniej, zaginęła w Chinach na wiele lat, co skłoniło Yeonmi Park do upublicznienia swojej opowieści w nadziei na odnalezienie siostry. Oglądałem wcześniej wiele dokumentów o Korei Północnej na YouTube, dlatego sam opis życia w tym państwie-więzieniu nie był dla mnie wielkim zaskoczeniem. Natomiast to, co spotkało autorkę już poza granicami Korei Północnej — w „wolnych” (a przynajmniej wolniejszych) Chinach — było szokujące i głęboko przygnębiające.
Dla miłośników kina ciekawostka: jesienią 2013 roku część filmu Backcountry (z Missy Peregrym i Jeffem Roopem w rolach głównych) była kręcona właśnie w tym parku. Ponieważ Catherine i ja biwakowaliśmy w Restoule we wrześniu 2013 roku, film powstawał prawdopodobnie niedługo po naszym wyjeździe. W parku nakręcono m.in.:
• Scenę przyjazdu pary do parku.
• Krótką wizytę w biurze parku (oryginalny budynek został od tego czasu zastąpiony większym).
• Parking, na którym bohaterowie zostawiają samochód, oraz scenę wypłynięcia z pomostu — nagraną na parkingu przy jeziorze Stormy Lake. To dokładnie ten sam parking, na którym zaparkowaliśmy my, i ten sam pomost, z którego wypłynęliśmy (i na szczęście wróciliśmy w jednym kawałku, w przeciwieństwie do bohaterów filmu). Co więcej, nasz biwak backcountry, numer B-3, po drugiej stronie jeziora, na którym nocowaliśmy w 2013 roku, można na moment dostrzec w filmie.
• Finałowa scena również została nakręcona na tym samym parkingu.
• Parking, na którym bohaterowie zostawiają samochód, oraz scenę wypłynięcia z pomostu — nagraną na parkingu przy jeziorze Stormy Lake. To dokładnie ten sam parking, na którym zaparkowaliśmy my, i ten sam pomost, z którego wypłynęliśmy (i na szczęście wróciliśmy w jednym kawałku, w przeciwieństwie do bohaterów filmu). Co więcej, nasz biwak backcountry, numer B-3, po drugiej stronie jeziora, na którym nocowaliśmy w 2013 roku, można na moment dostrzec w filmie.
• Finałowa scena również została nakręcona na tym samym parkingu.
![]() |
| Jak się chce, to wszystko można! Facet wędkował z tego małego kajaka i jakoby złapał kilka ryb "Bass" |
Nasze miejsce opuściliśmy 2 lipca 2025 roku. Oczywiście ponowne pakowanie kanu wymagało sporo wysiłku i dobrej organizacji, jednak gdy tylko zaczęliśmy wiosłować, wiatr wyraźnie nam sprzyjał i dotarcie do pomostu zajęło nam około 20 minut. Sprawnie zapakowaliśmy cały sprzęt do samochodu, ułożyliśmy kanu na dachu i solidnie je przymocowaliśmy. Rozmawiałem też z pewnym mężczyzną, który właśnie zakończył swój wypad wędkarski — łowił z małego kajaka i powiedział, że udało mu się złowić kilka bassów.
![]() |
| Po drodze zatrzymaliśmy się na drodze Highway 124 w Rock n' Duck Resto w osadzie Whitestone |
Zanim opuściliśmy park i ruszyliśmy w drogę powrotną, bardzo liczyliśmy na ostatni prysznic — niestety akurat wtedy nastąpiła awaria prądu i prysznice nie działały. Pojechaliśmy więc wokół jeziora Commanda i zajrzeliśmy na chwilę do Commanda Lake Resort, gdzie w 1999 roku wynajmowaliśmy domek. Miejsce zmieniło się nie do poznania.
![]() |
| Zawsze lubimy wskoczyć do tego sklepu z używanymi rzeczami, tym bardziej, że znajduję się nieopodal supermarketu No Frills i kawiarni Tim Hortons. Oczywiście, 90% czasu spędzam w sekcji z książkami. |
Zamiast jechać prosto do domu autostradą 11, zdecydowałem się wybrać trasę Highway 124 na zachód, a następnie Highway 400 — była to bardzo przyjemna i malownicza droga.
![]() |
| Wiadukt w Parry Sound oraz historyczna tablica przedstawiająca reprodukcję malowidła tego wiaduktu wykonaną przez słynnego malarza kanadyjskiego Tom Thomson. |
Zatrzymaliśmy się jeszcze w Parry Sound. Najpierw odwiedziliśmy sklep Salvation Army Thrift Shop (zawsze sprawia mi to frajdę!), potem No Frills, gdzie kupiliśmy sałatę, chleb, ser, pomidory, następnie kawę w Tim Hortons. Na koniec pojechaliśmy na James Street, zaparkowaliśmy samochód i zjedliśmy lunch na pół-opuszczonym pomoście pod wiaduktem — miejscu, które od ponad 15 lat było dla mnie, Catherine i Krzysztofa tradycyjnym miejscem zatrzymania się na posiłek.
Zrobiłem też kilka zdjęć restauracji Golden Dragon (2 James Street). W 2008 roku mieściła się tam kawiarnia, w której — trzy dni po pierwszym spotkaniu Catherine podczas biwaku w pobliskim parku — Catherine, jej przyjaciółka Jane, Guy i ja spotkaliśmy się na kawę, ciastka i drinki na tarasie.
![]() |
| Restauracja "Golden Dragon" w Parry Sound. Chociaż restauracja się zmieniła, sam budynek pozostał taki sam od 2008 roku |
Ogólnie rzecz biorąc, pobyt w parku był bardzo udany, choć Krzysztof narzekał na komary, muchy końskie i jelenie, był rozczarowany ograniczoną przestrzenią na codzienne spacery oraz niezadowolony ze śliskich i ostrych skał oraz trudności z łowieniem ryb z brzegu. Zasugerowałem mu więc, że następnym razem powinien wynająć cztero- lub pięciogwiazdkowy domek letniskowy, z osłoniętą od komarów werandą, pomostem z łatwym dostępem do wody i… zatrudnić przewodnika wędkarskiego--albo jeszcze lepiej--dobrego wędkarza!
![]() |
| Nasze super miejsce biwakowe! |
Mimo wszystko spróbujemy wrócić do tego parku w 2026 roku — być może wybierając biwak położony bliżej parkingu, który jest wyjątkowo malowniczy.
























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz