Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Campfire. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Campfire. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 marca 2026

MIKISEW PROVINCIAL PARK, ONTARIO: TRZY DNI W OGRZEWANYM NAMIOCIE, 1 - 4 WRZEŚNIA 2025 ROKU






Wrzesień to zwykle idealny miesiąc na biwakowanie: od razu można zauważyć o wiele mniej komarów, nieobecność dzieci w wieku szkolnym i w ogóle mniej biwakowiczów, niż w lato (chociaż od czasów COVID to się drastycznie zmieniło, bo dziesiątki tysięcy osób „odkryło” parki i przyjemność biwakowania). Do tego powietrze jest jakby bardziej świeże, temperatury już nie biją letnich rekordów i dlatego o wiele przyjemniej jest siedzieć nie tylko przy ognisku, ale również w czasie dnia. Dlatego byłem bardzo miło zaskoczony, gdy moi koledzy, Guy i Robin, zaprosili mnie na czteronocny wypad do Mikisew Provincial Park w Ontario — od 1 do 5 września 2025 roku. Nie zastanawiałem się długo i z przyjemnością zaakceptowałem zaproszenie.

Jezioro Eagle Lake
Choć do tej pory odwiedziłem co najmniej 50 parków prowincjonalnych w Ontario, była to moja pierwsza wizyta w Mikisew. O parku słyszałem od dawna, ale jakoś nigdy do niego nie dotarłem — zwykle albo jeździliśmy do Restoule Provincial Park (tuż na północ od Mikisew) albo do Arrowhead Provincial Park (na południe). Mikisew przez lata pozostawał ukryty, czekając cierpliwie na swoją kolej.

Park położony jest nad jeziorem Eagle Lake, od którego wziął swoją nazwę. „Mikisiw” (ᒥᑭᓯᐤ) to słowo w języku Cree oznaczające „orła”. Jest ono spokrewnione z podobnymi określeniami w innych językach algonkiańskich, jak choćby ojibwejskie „migizi”, również znaczące „bielik”. Nazwa elegancka i trochę enigmatyczna — od samego początku sugerująca pewną dzikość i powagę miejsca.

Ponieważ dzień wyjazdu, 1 września 2025 roku, był Dniem Pracy, Labour Day (będącym ostatnim dniem ostatniego długiego weekendu lata), zdecydowana większość samochodów zmierzała w przeciwnym kierunku — do Toronto. Rzeczywiście, niektóre odcinki Highway 400 były kompletnie zakorkowane, podczas gdy ja jechałem na północ bez najmniejszych problemów. Zatrzymałem się w Tim Hortons tuż przy Highway 400 w King City — to mój obowiązkowy przystanek od dziesięcioleci (43°53'42.1"N 79°33'28.6"W / 43.895030, -79.557930). Tym razem ludzi było niewielu (bywają dni, kiedy widząc kolejkę, po prostu jadę dalej), więc bez problemu kupiłem swoją kawę bezkofeinową w rozmiarze „extra large” i bajgla. Znowu zobaczyłem wielki napis: „Pumpkin is Here” — reklama Starbucks promująca Pumpkin Cream Cold Brew i Pumpkin Spice Latte. Ponownie zrobiłem zdjęcie i wysłałem je Catherine z wiadomością: „Znowu piszą, że tutaj jesteś, ale nie mogę Cię znaleźć!”. Dla tych, którzy nie czytali moich poprzednich blogów małe wyjaśnienie: Catherine bardzo często nazywam „Pumpkin”.

Biuro parku
Po minięciu Huntsville uświadomiłem sobie, że zapomniałem zabrać musztardy — absolutnie niewybaczalne zaniedbanie biwakowe. Zaledwie tydzień wcześniej oglądałem vloga polskiej pary mieszkającej w leśnej chacie w tej okolicy — LuckyLuna Forest. Pokazywali oni m.in. dojazd do Tim Hortons i Value Mart w pobliżu Burks Falls, tuż przy Highway 11. Zainspirowany ich vlogiem (i zdesperowany brakiem musztardy) postanowiłem zrobić mały objazd. Niestety, sklep był zamknięty — z okazji Labour Day. Naiwnie zakładałem, że „Święto Pracy” może oznaczać „dzień, w którym się pracuje”, ale najwyraźniej nie według sklepów spożywczych.

Zaledwie tydzień przed wyjazdem kupiłem nową nawigację samochodową Garmin DriveSmart 66, ponieważ moja poprzednia była już trochę stara i robiła mi różne psikusy. Nowe urządzenie wyglądało bardzo obiecująco — szybsze oraz z większą liczbą funkcji i opcji. Krótko po wjeździe na Highway 11 po nieudanej wyprawie po musztardę, GPS polecił mi zjazd z autostrady. Byłem zdziwiony, bo sądziłem, że powinienem zjechać następnym zjazdem, ale posłusznie wykonałem polecenie. Wkrótce znalazłem się na nieutwardzonych drogach, gdzie nie widziałem ani jednego samochodu, aż w końcu dotarłem do „celu podróży”, którym mieścił się w szczerym polu, a raczej pośrodku drogi... a wokoło pustki. Najwyraźniej ominąłem właściwy wjazd do parku i musiałem zawrócić. Tak oto nowoczesna technologia znów przypomniała mi o swojej ironicznej naturze.

Rejestracja online była szybka i bezproblemowa — zrobiłem ją jeszcze w domu tuż przed wyjazdem. Dzięki temu nie musiałem wchodzić do biura parku, co dawniej potrafiło oznaczać nawet godzinę czekania. Papierowe pozwolenia, które kiedyś należało umieszczać na słupkach na miejscach biwakowych i na deskach rozdzielczych samochodów, również odeszły do lamusa. Moje potwierdzenie rezerwacji pełniło rolę pozwolenia, a numer rejestracyjny auta służył do weryfikacji pobytu. Wciąż jednak należało mieć przy sobie dowód zapłaty i numery miejsca — w formie elektronicznej lub papierowej.


W pobliżu biura parku spotkałem strażniczkę i wdaliśmy się w rozmowę. Była niezwykle sympatyczna, otwarta i kompetentna, a przy tym chętnie odpowiadała na wszystkie moje pytania. Wspomniała również, że od kilku miesięcy nie odnotowano w parku żadnych obserwacji czarnych niedźwiedzi — informacja bardzo uspokajająca, zwłaszcza gdy śpi się w namiocie.

Widok z mojego miejsca na jezioro
Moi koledzy zarezerwowali miejsce nr 158 (45°49'21.5"N 79°30'34.5"W / 45.822630, -79.509580), które było dość prywatne. Mógłbym do nich dołączyć, ale na jednym miejscu mogły parkować jedynie dwa samochody i w takim razie musiałbym parkować dość daleko. Zdecydowałem się więc na wykupienie swojego oddzielnego miejsca kempingowego — nr 153 (45°49'20.4"N 79°30'36.9"W / 45.822320, -79.510260), oddalonego o około 15 metrów od ich obozowiska. Oba miejsca znajdowały się na terenie pola biwakowego Hardwood Campground. Z mojego miejsca widziałem częściowo zakryty drzewami budynek sanitarny z toaletami, prysznicami i pralnią, który codziennie był dokładnie sprzątany. Ponieważ sąsiednie miejsce przez cały mój pobyt pozostało puste, mogliśmy przechodzić przez nie na skróty — do łazienek docieraliśmy w mniej niż minutę. Nasze miejsca znajdowały się po przeciwnych stronach drogi, ale były dobrze osłonięte drzewami i roślinnością. Cena mojego miejsca wynosiła $43,76 plus podatek HST, czyli $49,44 za noc (za miejsce, NIE za osobę—i mogło na nim przebywać do 6 osób lub jedna rodzina).

Moje miejsce nr 153
Podczas rozkładania namiotu wydarzył się mały dramat: jedna z rurek stelaża nagle pękła. Sporo się nagimnastykowałem, by prowizorycznie ją naprawić, aż w końcu znalazłem gwóźdź, który jakimś cudem, na „słowo honoru”, zdał egzamin do końca wyjazdu. Po powrocie do domu skontaktowałem się z firmą Eureka i dowiedziałem się, że mogę bezpłatnie naprawić maszt w Burlington.

Nasze miejsca miały podłączenie do prądu, więc większość pozostałych biwakowiczów posiadała przyczepy kempingowe lub kampery. Byliśmy chyba jedynymi osobami nocującymi w namiotach. Jako że od pewnego czasu interesuję się małą przyczepą turystyczną, rozmawiałem z kilkoma właścicielami RV. Jeden z nich miał przyczepę Hélio produkowaną w Quebec — bardzo małą i lekką. Wszyscy chętnie dzielili się doświadczeniami na temat holowania, wad, zalet i codziennego użytkowania. Zakup przyczepy kempingowej to poważna decyzja, dlatego staram się rozmawiać z jak największą liczbą ich właścicieli.

Miejsce nr 158
Przywieźliśmy ze sobą przenośne grzejniki elektryczne i korzystając z dostępnego prądu, zamieniliśmy namioty w przytulne kokony. Temperatury nocą spadały poniżej +10°C, a tydzień wcześniej wydano nawet ostrzeżenie o nocnych przymrozkach. Dzięki elektrycznym piecykom namioty pozostały ciepłe i suche, nawet podczas deszczu. Był to dopiero drugi raz w moim życiu, kiedy używałem takiego urządzenia w namiocie — i muszę przyznać, że był to znakomity pomysł: maksymalny komfort, minimalna wilgoć.

Kanu do wypożyczenia
Większość czasu spędzałem na miejscu nr 158, gdzie przebywali Guy i Robin (oraz nowy psiak Robina, boston terrier). Dużo rozmawialiśmy, a wieczorami siedzieliśmy przy ognisku często aż do pierwszej w nocy. Było to niezwykle relaksujące. Ponieważ oboje są zawodowymi ekspertami komputerowymi, wiele rozmów obracało się wokół sztucznej inteligencji i technologii — nauczyłem się przy tym sporo nowych rzeczy.

Dużo czasu spędzaliśmy rozmawiając przy ognisku
Robin podarował mi również książkę A Walk in the Woods Billa Brysona. Przeczytałem ją w styczniu–lutym 2026 roku i okazała się doskonała. Autor opisuje próbę przejścia Szlaku Appalachów (Appalachian Trail) w 1996 roku i łączy charakterystyczny humor z historią szlaku, przyrodą, problemami ochrony środowiska oraz portretami spotkanych ludzi. Zdecydowanie polecam. Na podstawie tej książki został nakręcony film z Robertem Redfordem i Nickiem Nolte.

Majówka groniasta (Maianthemum racemosum) Solomon's Plume

Viburnum lantanoides (Viburnum lantanoides) Hobblebush

Niecierpek pomarańczowy (Impatiens capensis) Common Jewelweed
Jedynymi dzikimi zwierzętami, jakie widziałem w parku, były wiewiórki, pręgowce (tamias), sójki i dzięcioły. Na szczęście komary praktycznie się nie pojawiały, a inne owady nie były dokuczliwe. Udało mi się też zidentyfikować kilka roślin rosnących wokół naszych biwaków:

Niecierpek pomarańczowy (Impatiens capensis) Common Jewelweed
Viburnum lantanoides (Viburnum lantanoides) Hobblebush
Majówka groniasta (Maianthemum racemosum) Solomon's Plume

Jack-in-the-Pulpit (Arisaema triphyllum), po polsku arizema trójlistkowa
Jedna roślina szczególnie przykuła naszą uwagę — pojedynczy okaz z jednym owocem o intensywnie czerwonej barwie. Przez chwilę pomyślałem: „A co, jeśli odkryłem nowy gatunek? Nazwą go moim imieniem!”. I rzeczywiście, roślina została nazwana moim imieniem—ale już dawno, dawno temu: JACK-in-the-Pulpit (Arisaema triphyllum), po polsku arizema trójlistkowa! Słyszałem o niej od lat, ale dopiero po raz pierwszy zobaczyłem.

Tu chciałbym dodać, że nazwa „Jack-in-the-pulpit” pochodzi od unikalnej struktury kwiatu tej rośliny, która przypomina kaznodzieję (Jack) stojącego na zadaszonej ambonie (pulpit). „Ambona” to prążkowana, kielichowata pochwa kwiatowa, natomiast „Jack” to centralny, wyprostowany kłos (spadix) zawierający drobne, ukryte kwiaty.

Plaża w parku na jeziorze Eagle Lake
Kilka razy objechałem park samochodem i bardzo mi się spodobał. Choć większość miejsc z prądem była zajęta, wiele tych niemających podłączenie do prądu pozostawało pustych — i pod względem prywatności wydawały się nawet lepsze. Większość była przestronna i bez problemu pomieściłaby duże przyczepy. W parku znajdowało się także fajne miejsce biwakowe grupowe, oddalone od głównej części kempingu i położone blisko jeziora.

Miejsce do wodowania łodzi
Zasięg telefonii komórkowej był dostępny na terenie całego parku i nie mieliśmy problemów ani z rozmowami, ani z Internetem — co wciąż nie jest standardem w wielu innych częściach południowego Ontario.

Sklep Eagle Lake Narrows Country Store 
Od czasu do czasu widywałem samochody należące do administracji parku, patrolujące park, ale specjalnie wszyscy biwakowicze zachowywali się spokojne. Po godzinie 22:00 park pogrążał się w ciszy — większość ludzi spała lub siedziała w milczeniu przy ogniskach.

Tablica z nazwiskami właścicieli domków letniskowych (cottages) w pobliżu parku
Park posiadał kilka szlaków pieszych (z których tym razem nie skorzystałem) oraz pole golfowe. W biurze parku działał niewielki sklep z pamiątkami, pocztówkami, ubraniami, naklejkami, kawą, drewnem opałowym i lodem, choć w dni powszednie zamykał się już o 16:00. Niedaleko — około 3 km samochodem lub 2 km pieszo — znajdował się sklep Eagle Lake Narrows Country Store (45°50'05.0"N 79°29'57.9"W / 45.834722, -79.499417). Obsługa była bardzo miła i można było w nim nabyć drzewo na ognisko, artykuły spożywcze, kawę, frytki, pizzę i „wszystko, czego potrzeba, by przetrwać”. Spędziłem około 10 minut na rozmowie z właścicielką — niezwykle sympatyczną kobietą, która opowiadała o swoich podróżach po Ameryce Środkowej i Południowej oraz pokazała mi zdjęcia czarnych niedźwiedzi zrobione na pobliskim wysypisku.

Little Free Library
W pobliżu znajdowała się także Little Free Library, a ja nigdy nie potrafię przejść obok nich obojętnie. W środku znalazłem książkę Rise to Greatness: The History of Canada From the Vikings to the Present autorstwa „słynnego” Conrada Blacka — z autografem autora. Postanowiłem ją zabrać.

Na szczęście rozwiesiliśmy plandekę i dzięki niej mogliśmy do późna w nocy siedzieć przy ognisku pomimo deszczu
W środę, 3 września 2025 roku, późnym wieczorem zaczęło padać. Przewidując deszcz, wcześniej rozłożyliśmy plandekę nad stołem i częściowo nad paleniskiem. Deszcz padał i przestawał, temperatura znacznie się obniżyła, a my mimo wszystko siedzieliśmy przy ognisku aż do pierwszej w nocy. 

Gdy opuszczałem park, na moim miejscu porobiły się spore kałuże
Padało przez całą noc i prawdopodobnie przestało dopiero przed południem, kiedy się obudziłem. Na zewnątrz było wyraźnie chłodniej, niż poprzedniego dnia, ale w namiocie panował przyjemny komfort dzięki grzejnikowi. Po szybkim śniadaniu i ćwiczeniach poszedłem na na miejsce nr 158. Wiedziałem, że Guy planował wyjechać dzień wcześniej, ale spodziewałem się go jeszcze zobaczyć — tymczasem już opuścił park. Jak później wyjaśnił, obudził się wcześniej, ale nadal padało, toteż poczekał aż przestało lać i wtedy spakował się i pojechał do domu. Robin, który planował zostać do piątku, zdecydował się też skrócić pobyt o jeden dzień, ponieważ jego pies trząsł się z zimna, a prognozy zapowiadały kolejne opady. Uznaliśmy, że powrót do domu będzie rozsądnym posunięciem. Przed 16:00 byłem spakowany i pożegnawszy się z Robinem, wkrótce opuściłem park.


Oczywiście mój samochodowy system nawigacyjny GPS po raz kolejny próbował skierować mnie na jakieś trzeciorzędne, nieasfaltowane drogi. Tym razem zignorowałem jego wskazówki i pojechałem w przeciwnym kierunku, znacznie szybciej docierając do autostrady (Highway 11). Raz tylko zatrzymałem się w Tim Hortons w Burks Falls. Ruch był znikomy i cała podróż do domu (297 km) zajęła mi nieco ponad trzy godziny.

Podsumowując — był to bardzo przyjemny wyjazd, a odpoczynek był mi naprawdę potrzebny. „Odkryłem” nowy park prowincjonalny, który okazał się bardzo sympatyczny. Z pewnością nie miałbym nic przeciwko temu, by jeszcze kiedyś wrócić do Mikisew.

Nasze miejsce biwakowe tak nie wyglądało, ale pomarzyć można...

THIS BLOG IS AVAILABLE IN THE ENGLISH LANGUAGE/TEN BLOG JEST DOSTĘPNY W JĘZYKU ANGIELSKIM