Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biwakowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biwakowanie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 marca 2026

MIKISEW PROVINCIAL PARK, ONTARIO: TRZY DNI W OGRZEWANYM NAMIOCIE, 1 - 4 WRZEŚNIA 2025 ROKU






Wrzesień to zwykle idealny miesiąc na biwakowanie: od razu można zauważyć o wiele mniej komarów, nieobecność dzieci w wieku szkolnym i w ogóle mniej biwakowiczów, niż w lato (chociaż od czasów COVID to się drastycznie zmieniło, bo dziesiątki tysięcy osób „odkryło” parki i przyjemność biwakowania). Do tego powietrze jest jakby bardziej świeże, temperatury już nie biją letnich rekordów i dlatego o wiele przyjemniej jest siedzieć nie tylko przy ognisku, ale również w czasie dnia. Dlatego byłem bardzo miło zaskoczony, gdy moi koledzy, Guy i Robin, zaprosili mnie na czteronocny wypad do Mikisew Provincial Park w Ontario — od 1 do 5 września 2025 roku. Nie zastanawiałem się długo i z przyjemnością zaakceptowałem zaproszenie.

Jezioro Eagle Lake
Choć do tej pory odwiedziłem co najmniej 50 parków prowincjonalnych w Ontario, była to moja pierwsza wizyta w Mikisew. O parku słyszałem od dawna, ale jakoś nigdy do niego nie dotarłem — zwykle albo jeździliśmy do Restoule Provincial Park (tuż na północ od Mikisew) albo do Arrowhead Provincial Park (na południe). Mikisew przez lata pozostawał ukryty, czekając cierpliwie na swoją kolej.

Park położony jest nad jeziorem Eagle Lake, od którego wziął swoją nazwę. „Mikisiw” (ᒥᑭᓯᐤ) to słowo w języku Cree oznaczające „orła”. Jest ono spokrewnione z podobnymi określeniami w innych językach algonkiańskich, jak choćby ojibwejskie „migizi”, również znaczące „bielik”. Nazwa elegancka i trochę enigmatyczna — od samego początku sugerująca pewną dzikość i powagę miejsca.

Ponieważ dzień wyjazdu, 1 września 2025 roku, był Dniem Pracy, Labour Day (będącym ostatnim dniem ostatniego długiego weekendu lata), zdecydowana większość samochodów zmierzała w przeciwnym kierunku — do Toronto. Rzeczywiście, niektóre odcinki Highway 400 były kompletnie zakorkowane, podczas gdy ja jechałem na północ bez najmniejszych problemów. Zatrzymałem się w Tim Hortons tuż przy Highway 400 w King City — to mój obowiązkowy przystanek od dziesięcioleci (43°53'42.1"N 79°33'28.6"W / 43.895030, -79.557930). Tym razem ludzi było niewielu (bywają dni, kiedy widząc kolejkę, po prostu jadę dalej), więc bez problemu kupiłem swoją kawę bezkofeinową w rozmiarze „extra large” i bajgla. Znowu zobaczyłem wielki napis: „Pumpkin is Here” — reklama Starbucks promująca Pumpkin Cream Cold Brew i Pumpkin Spice Latte. Ponownie zrobiłem zdjęcie i wysłałem je Catherine z wiadomością: „Znowu piszą, że tutaj jesteś, ale nie mogę Cię znaleźć!”. Dla tych, którzy nie czytali moich poprzednich blogów małe wyjaśnienie: Catherine bardzo często nazywam „Pumpkin”.

Biuro parku
Po minięciu Huntsville uświadomiłem sobie, że zapomniałem zabrać musztardy — absolutnie niewybaczalne zaniedbanie biwakowe. Zaledwie tydzień wcześniej oglądałem vloga polskiej pary mieszkającej w leśnej chacie w tej okolicy — LuckyLuna Forest. Pokazywali oni m.in. dojazd do Tim Hortons i Value Mart w pobliżu Burks Falls, tuż przy Highway 11. Zainspirowany ich vlogiem (i zdesperowany brakiem musztardy) postanowiłem zrobić mały objazd. Niestety, sklep był zamknięty — z okazji Labour Day. Naiwnie zakładałem, że „Święto Pracy” może oznaczać „dzień, w którym się pracuje”, ale najwyraźniej nie według sklepów spożywczych.

Zaledwie tydzień przed wyjazdem kupiłem nową nawigację samochodową Garmin DriveSmart 66, ponieważ moja poprzednia była już trochę stara i robiła mi różne psikusy. Nowe urządzenie wyglądało bardzo obiecująco — szybsze oraz z większą liczbą funkcji i opcji. Krótko po wjeździe na Highway 11 po nieudanej wyprawie po musztardę, GPS polecił mi zjazd z autostrady. Byłem zdziwiony, bo sądziłem, że powinienem zjechać następnym zjazdem, ale posłusznie wykonałem polecenie. Wkrótce znalazłem się na nieutwardzonych drogach, gdzie nie widziałem ani jednego samochodu, aż w końcu dotarłem do „celu podróży”, którym mieścił się w szczerym polu, a raczej pośrodku drogi... a wokoło pustki. Najwyraźniej ominąłem właściwy wjazd do parku i musiałem zawrócić. Tak oto nowoczesna technologia znów przypomniała mi o swojej ironicznej naturze.

Rejestracja online była szybka i bezproblemowa — zrobiłem ją jeszcze w domu tuż przed wyjazdem. Dzięki temu nie musiałem wchodzić do biura parku, co dawniej potrafiło oznaczać nawet godzinę czekania. Papierowe pozwolenia, które kiedyś należało umieszczać na słupkach na miejscach biwakowych i na deskach rozdzielczych samochodów, również odeszły do lamusa. Moje potwierdzenie rezerwacji pełniło rolę pozwolenia, a numer rejestracyjny auta służył do weryfikacji pobytu. Wciąż jednak należało mieć przy sobie dowód zapłaty i numery miejsca — w formie elektronicznej lub papierowej.


W pobliżu biura parku spotkałem strażniczkę i wdaliśmy się w rozmowę. Była niezwykle sympatyczna, otwarta i kompetentna, a przy tym chętnie odpowiadała na wszystkie moje pytania. Wspomniała również, że od kilku miesięcy nie odnotowano w parku żadnych obserwacji czarnych niedźwiedzi — informacja bardzo uspokajająca, zwłaszcza gdy śpi się w namiocie.

Widok z mojego miejsca na jezioro
Moi koledzy zarezerwowali miejsce nr 158 (45°49'21.5"N 79°30'34.5"W / 45.822630, -79.509580), które było dość prywatne. Mógłbym do nich dołączyć, ale na jednym miejscu mogły parkować jedynie dwa samochody i w takim razie musiałbym parkować dość daleko. Zdecydowałem się więc na wykupienie swojego oddzielnego miejsca kempingowego — nr 153 (45°49'20.4"N 79°30'36.9"W / 45.822320, -79.510260), oddalonego o około 15 metrów od ich obozowiska. Oba miejsca znajdowały się na terenie pola biwakowego Hardwood Campground. Z mojego miejsca widziałem częściowo zakryty drzewami budynek sanitarny z toaletami, prysznicami i pralnią, który codziennie był dokładnie sprzątany. Ponieważ sąsiednie miejsce przez cały mój pobyt pozostało puste, mogliśmy przechodzić przez nie na skróty — do łazienek docieraliśmy w mniej niż minutę. Nasze miejsca znajdowały się po przeciwnych stronach drogi, ale były dobrze osłonięte drzewami i roślinnością. Cena mojego miejsca wynosiła $43,76 plus podatek HST, czyli $49,44 za noc (za miejsce, NIE za osobę—i mogło na nim przebywać do 6 osób lub jedna rodzina).

Moje miejsce nr 153
Podczas rozkładania namiotu wydarzył się mały dramat: jedna z rurek stelaża nagle pękła. Sporo się nagimnastykowałem, by prowizorycznie ją naprawić, aż w końcu znalazłem gwóźdź, który jakimś cudem, na „słowo honoru”, zdał egzamin do końca wyjazdu. Po powrocie do domu skontaktowałem się z firmą Eureka i dowiedziałem się, że mogę bezpłatnie naprawić maszt w Burlington.

Nasze miejsca miały podłączenie do prądu, więc większość pozostałych biwakowiczów posiadała przyczepy kempingowe lub kampery. Byliśmy chyba jedynymi osobami nocującymi w namiotach. Jako że od pewnego czasu interesuję się małą przyczepą turystyczną, rozmawiałem z kilkoma właścicielami RV. Jeden z nich miał przyczepę Hélio produkowaną w Quebec — bardzo małą i lekką. Wszyscy chętnie dzielili się doświadczeniami na temat holowania, wad, zalet i codziennego użytkowania. Zakup przyczepy kempingowej to poważna decyzja, dlatego staram się rozmawiać z jak największą liczbą ich właścicieli.

Miejsce nr 158
Przywieźliśmy ze sobą przenośne grzejniki elektryczne i korzystając z dostępnego prądu, zamieniliśmy namioty w przytulne kokony. Temperatury nocą spadały poniżej +10°C, a tydzień wcześniej wydano nawet ostrzeżenie o nocnych przymrozkach. Dzięki elektrycznym piecykom namioty pozostały ciepłe i suche, nawet podczas deszczu. Był to dopiero drugi raz w moim życiu, kiedy używałem takiego urządzenia w namiocie — i muszę przyznać, że był to znakomity pomysł: maksymalny komfort, minimalna wilgoć.

Kanu do wypożyczenia
Większość czasu spędzałem na miejscu nr 158, gdzie przebywali Guy i Robin (oraz nowy psiak Robina, boston terrier). Dużo rozmawialiśmy, a wieczorami siedzieliśmy przy ognisku często aż do pierwszej w nocy. Było to niezwykle relaksujące. Ponieważ oboje są zawodowymi ekspertami komputerowymi, wiele rozmów obracało się wokół sztucznej inteligencji i technologii — nauczyłem się przy tym sporo nowych rzeczy.

Dużo czasu spędzaliśmy rozmawiając przy ognisku
Robin podarował mi również książkę A Walk in the Woods Billa Brysona. Przeczytałem ją w styczniu–lutym 2026 roku i okazała się doskonała. Autor opisuje próbę przejścia Szlaku Appalachów (Appalachian Trail) w 1996 roku i łączy charakterystyczny humor z historią szlaku, przyrodą, problemami ochrony środowiska oraz portretami spotkanych ludzi. Zdecydowanie polecam. Na podstawie tej książki został nakręcony film z Robertem Redfordem i Nickiem Nolte.

Majówka groniasta (Maianthemum racemosum) Solomon's Plume

Viburnum lantanoides (Viburnum lantanoides) Hobblebush

Niecierpek pomarańczowy (Impatiens capensis) Common Jewelweed
Jedynymi dzikimi zwierzętami, jakie widziałem w parku, były wiewiórki, pręgowce (tamias), sójki i dzięcioły. Na szczęście komary praktycznie się nie pojawiały, a inne owady nie były dokuczliwe. Udało mi się też zidentyfikować kilka roślin rosnących wokół naszych biwaków:

Niecierpek pomarańczowy (Impatiens capensis) Common Jewelweed
Viburnum lantanoides (Viburnum lantanoides) Hobblebush
Majówka groniasta (Maianthemum racemosum) Solomon's Plume

Jack-in-the-Pulpit (Arisaema triphyllum), po polsku arizema trójlistkowa
Jedna roślina szczególnie przykuła naszą uwagę — pojedynczy okaz z jednym owocem o intensywnie czerwonej barwie. Przez chwilę pomyślałem: „A co, jeśli odkryłem nowy gatunek? Nazwą go moim imieniem!”. I rzeczywiście, roślina została nazwana moim imieniem—ale już dawno, dawno temu: JACK-in-the-Pulpit (Arisaema triphyllum), po polsku arizema trójlistkowa! Słyszałem o niej od lat, ale dopiero po raz pierwszy zobaczyłem.

Tu chciałbym dodać, że nazwa „Jack-in-the-pulpit” pochodzi od unikalnej struktury kwiatu tej rośliny, która przypomina kaznodzieję (Jack) stojącego na zadaszonej ambonie (pulpit). „Ambona” to prążkowana, kielichowata pochwa kwiatowa, natomiast „Jack” to centralny, wyprostowany kłos (spadix) zawierający drobne, ukryte kwiaty.

Plaża w parku na jeziorze Eagle Lake
Kilka razy objechałem park samochodem i bardzo mi się spodobał. Choć większość miejsc z prądem była zajęta, wiele tych niemających podłączenie do prądu pozostawało pustych — i pod względem prywatności wydawały się nawet lepsze. Większość była przestronna i bez problemu pomieściłaby duże przyczepy. W parku znajdowało się także fajne miejsce biwakowe grupowe, oddalone od głównej części kempingu i położone blisko jeziora.

Miejsce do wodowania łodzi
Zasięg telefonii komórkowej był dostępny na terenie całego parku i nie mieliśmy problemów ani z rozmowami, ani z Internetem — co wciąż nie jest standardem w wielu innych częściach południowego Ontario.

Sklep Eagle Lake Narrows Country Store 
Od czasu do czasu widywałem samochody należące do administracji parku, patrolujące park, ale specjalnie wszyscy biwakowicze zachowywali się spokojne. Po godzinie 22:00 park pogrążał się w ciszy — większość ludzi spała lub siedziała w milczeniu przy ogniskach.

Tablica z nazwiskami właścicieli domków letniskowych (cottages) w pobliżu parku
Park posiadał kilka szlaków pieszych (z których tym razem nie skorzystałem) oraz pole golfowe. W biurze parku działał niewielki sklep z pamiątkami, pocztówkami, ubraniami, naklejkami, kawą, drewnem opałowym i lodem, choć w dni powszednie zamykał się już o 16:00. Niedaleko — około 3 km samochodem lub 2 km pieszo — znajdował się sklep Eagle Lake Narrows Country Store (45°50'05.0"N 79°29'57.9"W / 45.834722, -79.499417). Obsługa była bardzo miła i można było w nim nabyć drzewo na ognisko, artykuły spożywcze, kawę, frytki, pizzę i „wszystko, czego potrzeba, by przetrwać”. Spędziłem około 10 minut na rozmowie z właścicielką — niezwykle sympatyczną kobietą, która opowiadała o swoich podróżach po Ameryce Środkowej i Południowej oraz pokazała mi zdjęcia czarnych niedźwiedzi zrobione na pobliskim wysypisku.

Little Free Library
W pobliżu znajdowała się także Little Free Library, a ja nigdy nie potrafię przejść obok nich obojętnie. W środku znalazłem książkę Rise to Greatness: The History of Canada From the Vikings to the Present autorstwa „słynnego” Conrada Blacka — z autografem autora. Postanowiłem ją zabrać.

Na szczęście rozwiesiliśmy plandekę i dzięki niej mogliśmy do późna w nocy siedzieć przy ognisku pomimo deszczu
W środę, 3 września 2025 roku, późnym wieczorem zaczęło padać. Przewidując deszcz, wcześniej rozłożyliśmy plandekę nad stołem i częściowo nad paleniskiem. Deszcz padał i przestawał, temperatura znacznie się obniżyła, a my mimo wszystko siedzieliśmy przy ognisku aż do pierwszej w nocy. 

Gdy opuszczałem park, na moim miejscu porobiły się spore kałuże
Padało przez całą noc i prawdopodobnie przestało dopiero przed południem, kiedy się obudziłem. Na zewnątrz było wyraźnie chłodniej, niż poprzedniego dnia, ale w namiocie panował przyjemny komfort dzięki grzejnikowi. Po szybkim śniadaniu i ćwiczeniach poszedłem na na miejsce nr 158. Wiedziałem, że Guy planował wyjechać dzień wcześniej, ale spodziewałem się go jeszcze zobaczyć — tymczasem już opuścił park. Jak później wyjaśnił, obudził się wcześniej, ale nadal padało, toteż poczekał aż przestało lać i wtedy spakował się i pojechał do domu. Robin, który planował zostać do piątku, zdecydował się też skrócić pobyt o jeden dzień, ponieważ jego pies trząsł się z zimna, a prognozy zapowiadały kolejne opady. Uznaliśmy, że powrót do domu będzie rozsądnym posunięciem. Przed 16:00 byłem spakowany i pożegnawszy się z Robinem, wkrótce opuściłem park.


Oczywiście mój samochodowy system nawigacyjny GPS po raz kolejny próbował skierować mnie na jakieś trzeciorzędne, nieasfaltowane drogi. Tym razem zignorowałem jego wskazówki i pojechałem w przeciwnym kierunku, znacznie szybciej docierając do autostrady (Highway 11). Raz tylko zatrzymałem się w Tim Hortons w Burks Falls. Ruch był znikomy i cała podróż do domu (297 km) zajęła mi nieco ponad trzy godziny.

Podsumowując — był to bardzo przyjemny wyjazd, a odpoczynek był mi naprawdę potrzebny. „Odkryłem” nowy park prowincjonalny, który okazał się bardzo sympatyczny. Z pewnością nie miałbym nic przeciwko temu, by jeszcze kiedyś wrócić do Mikisew.

Nasze miejsce biwakowe tak nie wyglądało, ale pomarzyć można...

THIS BLOG IS AVAILABLE IN THE ENGLISH LANGUAGE/TEN BLOG JEST DOSTĘPNY W JĘZYKU ANGIELSKIM

poniedziałek, 9 lutego 2026

SIX MILE LAKE PROVINCIAL PARK, ONTARIO: BIWAKOWANIE W LATACH 2024 ORAZ 2025




THIS BLOG IS AVAILABLE IN THE ENGLISH  LANGUAGE/TEN BLOG JEST DOSTĘPNY W JĘZYKU ANGIELSKIM


WIĘCEJ ZDJĘĆ


FILM NA YOUTUBE



Park Prowincjonalny Six Mile Lake może nie należy do czołowych parków Ontario i ma pewne wady — m.in. wielu odwiedzających narzeka na hałas dochodzący z autostrady 400. Jednak jego bliskość do Toronto (169 km), a także jeziora, lasy, stawy bobrowe, plaże i malownicze szlaki sprawiają, że jest to wspaniałe miejsce do odwiedzenia.


Droga w parku Six Mile Lake
Moja pierwsza wizyta w tym parku miała miejsce w lipcu 1993 roku, zaledwie miesiąc po tym, jak kupiłem nowiutką Toyotę Corollę. Wówczas wybrałem się z Tadeuszem Paskiem, znanym polskim popularyzatorem jogi i jego synem Krzysztofem i m.in. wypożyczyliśmy motorówkę i spędziliśmy cały dzień, od wschodu do zachodu słońca, na zatoce Georgian Bay, łowiąc ryby (i złapaliśmy sporo). Co ciekawe, na sąsiednim miejscu biwakował z rodziną facet pochodzenia japońskiego. Okazało się, że nazywał się Fujimoto, był profesorem fizyki i że świetnie znał kolegę Krzysztofa ze studiów (który potem został profesorem na uniwersytecie w Toronto)--czy świat nie jest mały? Od tamtej pory odwiedziłem ten park ponad dwadzieścia razy.


Na długi weekend z okazji Dnia Kanady w czerwcu/lipcu 2024 udało mi się zarezerwować piękne, prywatne, przestronne i malownicze miejsce (44°53'53.7"N 79°45'22.7"W / 44.898250, -79.756300) na jeden tydzień.

A w tym miejscu rozbiłem namiot
Po kilku dniach samotnego biwakowania w 2024 roku dołączył do mnie mój kolega Guy [francuska wymowa imienia „Guy” to „gi”]. Chociaż park był pełen turystów podczas tego popularnego weekendu, widzieliśmy tylko kilka zajętych miejsc w pobliżu stawu bobrowego. Poza tym prawie nie odczuwaliśmy obecności tłumów, spędzając czas na długich, ciekawych rozmowach i wspominaniu różnych historii z naszego życia i wspólnych wypraw.

W 2009 roku Guy założył i przez wiele lat prowadził grupę www.meetup.com o nazwie „Toronto Weekend Adventurers”, która szybko rozrosła się do kilku tysięcy członków i organizowała mnóstwo wydarzeń. Choć nie jest już w niej aktywny, wciąż ma ogromną ilość fascynujących historii do opowiedzenia.


**********


Jeśli czytaliście moje wcześniejsze blogi, z pewnością natknęliście się już nieraz na jeden z moich ulubionych motywów: świat jest mały. Zazwyczaj za takimi stwierdzeniami kryje się jakaś historia — a skoro wcześniej wspomniałem o Guy, to wydaje się, że to idealny moment, by opowiedzieć kolejną z nich.


Guy przywiózł ze sobą Bluetti Power Station (baterię) wraz z 4 Solar Panels, 400 W, które szybko naładowały baterię. Do tego posiadał też lodówkę samochodową na 12 V, którą można było ładować albo w samochodzie, albo z baterii Bluetti. Oczywiście lodówka była "Made in China" i posiadała przyklejoną taką oto notatkę, napisaną "pięknym" językiem angielskim:

Jedzenie jeśli potrzebuje zamrożony efekt, musi być przechowywanie w tym produkcie co najmniej 20 godzin. Włóż jedzenie do lodówki na 12 godzin potem przenieś do tego produktu, użycie będzie lepszy efekt.

Ojciec Guy był belgijskim urzędnikiem państwowym i w latach 50. oraz 60. XX wieku pracował w Kongu Belgijskim. Choć sam Guy urodził się w Belgii (a połowa jego rodzeństwa w Kongu), kilka ważnych, formujących lat dzieciństwa spędził właśnie w Kongu. Kraj ten uzyskał niepodległość 30 czerwca 1960 roku, a jego pierwszym szefem rządu został Patrice Lumumba.


Ten blok po lewej stronie to ul. Syreny 44-nawet można zobaczyć mój balkon na szóstym piętrze. Podobne bloki za nim mieściły się na ulicy Lumumby (obecnie Płocka). Źródło: Polska Kronika Filmowa 1945 - 1990 Wytwórnia Filmów Dokumentalnych i Fabularnych WFiD Warszawa 
W tym miejscu pozwolę sobie na krótką osobistą dygresję. W latach 1963–1969 mieszkałem jako mały szkrab na ulicy Syreny w Warszawie. Niedaleko naszego domu znajdowała się ulica nosząca imię Patrice’a Lumumby. W efekcie znałem to nazwisko od bardzo wczesnych lat, na długo zanim miałem jakiekolwiek pojęcie, kim był ten człowiek i dlaczego zapisał się w historii. Dopiero później, z czystej ciekawości, zacząłem zgłębiać jego losy. Niejednokrotnie w dorosłym życiu udawało mi się zresztą zrobić wrażenie na rozmówcach, poprawnie wymawiając jego imię i nazwisko oraz mimochodem wyjaśniając, kim był i dlaczego odegrał tak istotną rolę. Sama ulica Lumumby istniała pod tą nazwą w latach 1961–1993; po upadku komunizmu przywrócono jej historyczną nazwę — ulicę Płocką.

Wracając jednak do Konga. Zaledwie tydzień po ogłoszeniu niepodległości wybuchła brutalna rebelia, a w wielu regionach Europejczycy stali się bezpośrednim celem ataków. W ciągu kilku tygodni belgijskie wojsko — a następnie siły interwencyjne ONZ — rozpoczęły ewakuację zdecydowanej większości spośród ponad 80 tysięcy Belgów mieszkających i pracujących wówczas w kraju. Wśród ewakuowanych znalazła się także rodzina Guy, która ostatecznie bezpiecznie dotarła do Belgii, gdzie została powitana przez Elżbietę Bawarską (Elisabeth Gabriele Valérie Marie), królową wdowę.

Po zakończeniu swojej misji w Kongu ojciec Guy kontynuował karierę dyplomatyczną jako belgijski urzędnik konsularny — najpierw w Nowym Jorku, a później w Toronto (przez jakiś czas pełniąc obowiązki konsula), gdzie oczywiście mieszkał wraz z rodziną, a Guy, jako młody chłopak, często unikał różnego rodzaju tarapatów, legitymując się dyplomatycznym paszportem—tak, był „nietykalny”! Po zakończeniu kariery dyplomatycznej jego ojciec z żoną pozostał w Kanadzie—jak też jego sześcioro dzieci zamieszkało w Kanadzie i w USA.

Przed budynkiem na ulicy 8 King Street East w Toronto, wraz z moją koleżanką z pracy. To zdjęcie było zrobione dnia 3 sierpnia 1985 roku!
Choć poznałem Guy i jego ojca dopiero w 2007 roku, jest bardzo możliwe, że nasze drogi krzyżowały się wielokrotnie już wcześniej. Belgijski Konsulat w Toronto mieścił się bowiem na 19. piętrze Royal Bank Building przy ulicy 8 King Street East — budynku znajdującego się na jednym z najbardziej prestiżowych skrzyżowań ulic w mieście, Yonge & King, który w chwili ukończenia w 1915 roku był najwyższym obiektem w całym Imperium Brytyjskim.


Nota bene, niemal vis-à-vis owego biurowca znajdował się słynny King Edward Hotel, w którym w maju 1969 roku John Lennon i Yoko Ono zatrzymali się w tym samym Apartamencie Królewskim (Royal Suite), w którym Beatlesi mieszkali w 1964 roku. Podczas tej wizyty organizowali konferencje prasowe promujące swoją akcję „bed-in for peace” oraz spotykali się z fanami i mediami zaledwie kilka dni przed swoim słynnym montrealskim „bed-inem”.

King Edward Hotel w Toronto. Źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:King_Edward_Hotel_2025.jpg
Również podczas pobytu w Toronto w 1988 roku, z okazji szczytu „Siódemki” (G7 Summit), premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher zatrzymała się w King Edward Hotel. Tego dnia po raz pierwszy spóźniłem się do pracy, czekając przed nim pół godziny, zanim się pojawiła i pomachała w naszą stronę.

Budynek na ulicy 8 King Street East w Toronto-the Royal Bank Building. Żródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Royal_Bank_Building_Toronto_1.jpg
Co ciekawe, pod koniec 1982 roku podjąłem swoją pierwszą pracę w Kanadzie właśnie w tym wieżowcu, również na 19. piętrze, w niewielkiej, acz prężnej i renomowanej firmie maklerskiej & inwestycyjnej (ta praca miała ogromny wpływ na moje przyszłe życie w Kanadzie, ale to już oddzielna historia). Od czasu do czasu mijałem pracowników belgijskiego konsulatu — najprawdopodobniej także ojca Guy — nie mając najmniejszego pojęcia, że nasze życiowe ścieżki kiedyś naprawdę się przetną.

**********


We wrześniu 2025 roku ponownie zaprosiłem do parku Guy, wraz z dwojgiem innych znajomych, lecz prognozy zapowiadały kilka dni deszczu, toteż nikt nie przyjechał. Postanowiłem jednak pojechać sam. Wyruszyłem z domu rano — deszcz miał spaść później. Po drodze zatrzymałem się w Tim Hortons w King City

W budynku zauważyłem wielki napis: "Pumpkin is Here" (Pumpkin Jest Tutaj)-reklama Starbucks promująca Pumpkin Cream Cold Brew i Pumpkin Spice Latte. Natychmiast zrobiłem zdjęcie i wysłałem je do Catherine z następującą wiadomością: "Piszą, że jesteś tutaj, ale nie mogę Cię znaleźć!" Dla wyjaśnienia: Catherine bardzo często nazywam "Pumpkin"! Zatrzymałem się raz jeszcze w Tim Hortons w Port Severn i dotarłem do parku przed południem we wtorek, 23 września 2025. Było pochmurno, gorąco i wilgotno; zaczęło padać dopiero późnym wieczorem. Udało mi się biwakować na tym samym miejscu, na którym byłem w 2024 roku z Guy. Dzięki rozwieszonej nad parkowym stołem plandece mogłem wygodnie siedzieć na zewnątrz podczas deszczu. Zresztą padało jedynie przez noc i wczesny ranek.

We wrześniu 2025 roku postawiłem namiot w tym samym miejscu
Delikatny dźwięk deszczu uderzającego o namiot był tak kojący, że po przebudzeniu około 8 rano ponownie zasnąłem i wstałem dopiero o 11, gdy deszcz ustał. Od piątku do poniedziałku pogoda była słoneczna i sucha, więc gratulowałem sobie decyzji, że nie odwołałem wyjazdu.

Widok z miejsca namiotowego był przecudowny!
Przez pierwsze cztery noce wydawało się, że jestem jedynym biwakującym w okolicy — mogłem cieszyć się kompletną ciszą i spokojem! W weekend park się zapełnił, lecz w niedzielny wieczór powtórnie zrobiło się cicho, a większość miejsc kempingowych opustoszała.

Bobry były wszechobecne!
Podczas obu pobytów rozbiłem namiot w tym samym miejscu, co w ubiegłym roku — około 2 metry od stawu bobrowego i 7 metrów od bobrowego żeremia. Moim zdaniem, to było jedno z najpiękniejszych miejsc w całym parku. Spędzałem godziny, obserwując bobry, które były szczególnie aktywne podczas mojej wrześniowej wizyty. Prawie o każdej porze można było zobaczyć jednego lub więcej — pływających, ciągnących gałęzie, jedzących, myjących się lub niezdarnie człapiących po lądzie w pobliżu mojego obozowiska. Czasem widziałem aż cztery jednocześnie!
Niedokończona robota bobrów! Nasze i te tak bardzo pracowite zwierzątka czasami zaniechują dalszej pracy
Nie były zbyt oswojone, ale tak długo jak się zbytnio nie poruszałem lub robiłem im zdjęcia, nie zwracały na mnie uwagi. Obserwowanie ich było naprawdę dużą przyjemnością. W nocy, zasypiając, słyszałem głośne uderzenia ich płaskich ogonów o lustro wody.

Staw bobrowy oraz po prawej stronie mocna tama bobrowa, bez której stałby się one jedynie trzęsawiskiem
We wcześniejszych latach często widywałem przy stawie bobrowym czaple modre, lecz podczas tych wyjazdów nie zauważyłem ani jednej. Strażnik parku powiedział mi później, że nadal je tam widywano, więc być może to tylko chwilowa nieobecność. Większość z nich migruje na południe w połowie września, więc prawdopodobnie po prostu je przegapiłem.

Wiewióreczki ziemne, "chipmunks", non-stop goniły się na moim miejscu i zbierały żołędzie
Jedynymi innymi zwierzętami, które regularnie widywałem, były wiewiórki pręgowane (chipmunks), biegające tam i z powrotem, zbierające żołędzie. Były bardzo terytorialne i często goniły się nawzajem. Ku mojemu zaskoczeniu, nie były zbyt przyjazne i nigdy nie próbowały się do mnie zbliżyć — w przeciwieństwie do wielu innych parków, gdzie te gryzonie szybko kojarzą ludzi z jedzeniem i nie można się od nich opędzić.

Widok z mojego miejsca biwakowego
Czarne niedźwiedzie są tu rzadkością, a pracownicy parku potwierdzili, że od miesięcy nie było żadnych zgłoszonych obserwacji. Szopy pracze, choć często aktywne nocą, nie pojawiły się podczas żadnej z moich wizyt. Chociaż grzechotniki (Eastern Massasauga Rattlesnake), jedyne jadowite węże w Ontario, można spotkać w okolicach parku (co mi się zdarzyło w 2022 roku), z powodu dziesiątek turystów odwiedzających corocznie to miejsce, nie spotyka się ich tutaj.

Widok mojego namiotu z miejsca biwakowego znajdującego się po przeciwnej stronie stawu bobrowego
Podczas biwakowania z Guy codziennie rozpalaliśmy ognisko i siedzieliśmy przy nim do późna w nocy. Przywiózł nowy generator Bluetti Power Station wraz z czterema panelami słonecznymi, które ładował w słoneczne dni. W 2025 roku sam zabrałem mniejszy model Bluetti Power Station — wystarczający na moje skromne potrzeby. Ponieważ pogoda była pochmurna, nie zabrałem panelu słonecznego i zamiast tego ładowałem urządzenie w budynku sanitarnym parku. W trybie „turbo charge” naładowanie go prawie do pełna zajmowało mniej niż godzinę, podczas gdy ja siedziałem w samochodzie z książką lub brałem orzeźwiający prysznic w nowej „comfort station”.

Nie śmiejcie się, lecz te składniki stanowiły moje codzienne śniadania!
W 2025 roku nie rozpalałem ognisk — nie przepadam za siedzeniem przy ognisku w samotności. W ogóle nie lubię podróżować samotnie i w pewnym sensie podziwiam tych, którzy potrafią sami, bez żadnego towarzystwa, objechać cały świat i nie mają z tym problemu. Na śniadanie jadłem płatki błonnikowe oraz sześć cytryn i dwie pomarańcze, z których rano wyciskałem dużą szklankę świeżego, zdrowego soku. Pojechałem też raz do Tim Hortons w Port Severn (44°53'53.7"N 79°45'22.7"W / 44.898250, -79.756306) na kawę i muffinkę.

Sanktuarium Męczenników Kanadyjskich w Midland
W sobotę, 27 września 2025 roku, udałem się do Sanktuarium Męczenników Kanadyjskich w Midland (44°44'11.8"N 79°50'32.2"W / 44.736611, -79.842278), aby uczestniczyć w wieczornej Mszy uzdrowienia, odprawianej przez Ks. Johna O’Briena SJ, którego poznałem po raz pierwszy 7 sierpnia 2022 roku w Midland (dokładnie 3 ½ roku temu, jak piszę te słowa). Również prowadzi on rekolekcję w Jezuickim Ośrodku Rekolekcyjnym „Manresa” w Pickering w Ontario, na które corocznie uczęszczam od 1994 roku, jednakże nigdy nie miałem okazji go tam spotkać. Po Mszy zatrzymałem się w Walmart, aby kupić świeżą sałatę — po kilku dniach bez warzyw mój organizm się ich domagał, bo w domu świeże warzywa i sałaty są moim podstawowym, a niekiedy i głównym pożywieniem.

Moje ulubione miejsce koło namiotu--często tutaj siedziałem i czytałem książki, obserwowałem bobry i rozmawiałem przez Internet
Zaledwie kilka metrów od stawu bobrowego, obok namiotu, znalazłem formację skalną przypominającą trochę „fotel”, na której mogłem w miarę wygodnie siedzieć. Ustawiłem telefon na statywie i rozmawiałem przez aplikację konwersacji z ludźmi z całego świata. Ponieważ w tle było widać staw, drzewa i żeremie bobrowe, niektórzy rozmówcy początkowo sądzili, że używam wirtualnego tła — dopóki nie zobaczyli prawdziwego bobra przepływającego w kadrze. Wówczas byli oszołomieni i zachwyceni kanadyjską przyrodą!

Oprócz Chromebook’a przywiozłem też kilka książek, choć niewiele czasu spędzałem na czytaniu — wolałem chłonąć otaczającą mnie naturę. Udało mi się jednak skończyć fascynującą autobiografię autorstwa Gregory’ego Howarda Williamsa Life on the Color Line: The True Story of a White Boy Who Discovered He Was Black (Życie na granicy koloru skóry: Prawdziwa historia białego chłopca, który odkrył, że jest czarny). Williams dorastał w latach 50. XX wieku w stanie Wirginia, wierząc, że jest biały — jego ciemnoskóry ojciec podawał się za Amerykanina pochodzenia włoskiego — lecz po przeprowadzce do miasteczka Muncie w Indianie poznał prawdę o swoim pochodzeniu i wraz ze swoim bratem zaczął żyć jako osoba czarnoskóra. Mimo ubóstwa i ogromnych trudności, zdobył kilka dyplomów uniwersyteckich i ostatecznie został rektorem Uniwersytetu w Cincinnati, a później City College of New York.

Gregory Howard Williams
Autor był brutalnie szczery, opisując swoje życie. Kiedy wraz z ojcem przeniósł się do Indiany i zaczął żyć jako czarnoskóry, jego matka zostawiła jego, brata i ojca, wyprowadzając się do innego stanu. Pewnego dnia ojciec powiedział mu, że widział jego matkę, która mieszkała w Waszyngtonie „z tym czarnym draniem, z którym uciekła”, i że „pytała, jak sobie radzicie, chłopcy”. Gdy młodszy brat autora zapytał ojca, co jej odpowiedział, ten odparł: „Powiedziałem jej, że jesteście w Muncie i uczycie się, jak być czarnuchami!” (I told her you were in Muncie, learning how to be niggers!)

Po przeczytaniu książki chciałem napisać do niego krótki list z podziękowaniem, lecz dowiedziałem się, że zmarł zaledwie miesiąc wcześniej — 12 sierpnia 2025 roku, w wieku 81 lat.


Porannej gimnastyce zawsze towarzyszyło mi słuchanie książek audiobooks
Kilka razy zatrzymywałem się w sklepie parkowym na kawę ($2,15 CAD za filiżankę) i z przyjemnością rozmawiałem z bardzo sympatycznym strażnikiem, który opowiadał mi o parku i swojej pracy.

Jedno z lepszych miejsc biwakowych w parku, na którym wielokrotnie biwakowałem z Catherine, Guy, Krzysztofem, Patrizią i Zoranem
Park opuściłem rankiem 29 września 2025 roku, zatrzymując się tylko w Tim Hortons w Port Severn. Ruch na autostradzie nr 400 był niewielki, ale zbliżając się do Toronto, postanowiłem ułatwić sobie życie, wybierając płatną autostradę nr 407, by uniknąć ewentualnych korków na autostradzie nr 401.
I jeszcze jedno zdjęcie, przedstawiające widok rozciągający się z mojego miejsca biwakowego!
Oba wyjazdy okazały się niezmiernie przyjemne i relaksujące. I choć uwielbiam biwakować w bardziej odległych miejscach, z przyjemnością powrócę do Parku Prowincjonalnego Six Mile Lake, aby w nim spędzić nawet kilka dni pod namiotem!