Park
Prowincjonalny Six Mile Lake może nie należy do czołowych
parków Ontario i ma pewne wady — m.in. wielu odwiedzających
narzeka na hałas dochodzący z autostrady 400. Jednak jego bliskość
do Toronto (169 km), a także jeziora, lasy, stawy bobrowe,
plaże i malownicze szlaki sprawiają, że jest to wspaniałe miejsce
do odwiedzenia.
Droga w parku Six Mile Lake
Moja
pierwsza wizyta w tym parku miała miejsce w lipcu 1993
roku, zaledwie miesiąc po tym, jak kupiłem nowiutką Toyotę
Corollę. Wówczas
wybrałem się z Tadeuszem Paskiem,
znanym
polskim popularyzatorem jogi i jego synem Krzysztofem i
m.in. wypożyczyliśmy motorówkę i spędziliśmy cały dzień, od
wschodu do zachodu słońca, na zatoce Georgian Bay, łowiąc ryby (i
złapaliśmy sporo).
Co ciekawe, na sąsiednim miejscu biwakował z rodziną facet
pochodzenia japońskiego. Okazało się, że nazywał
się Fujimoto, był
profesorem fizyki i że świetnie znał
kolegę Krzysztofa ze studiów (który
potem został profesorem na uniwersytecie w Toronto)--czy świat nie jest mały? Od
tamtej pory odwiedziłem
ten
park
ponad dwadzieścia razy.
Na
długi weekend z okazji Dnia Kanady w czerwcu/lipcu 2024 udało
mi się zarezerwować piękne, prywatne, przestronne i malownicze
miejsce (44°53'53.7"N 79°45'22.7"W / 44.898250,
-79.756300) na jeden tydzień.
A w tym miejscu rozbiłem namiot
Po
kilku dniach samotnego biwakowania w 2024 roku dołączył do
mnie mój kolega Guy [francuska wymowa imienia „Guy” to
„gi”]. Chociaż park był pełen turystów podczas tego
popularnego weekendu, widzieliśmy tylko kilka zajętych miejsc w
pobliżu stawu bobrowego. Poza tym prawie nie odczuwaliśmy obecności
tłumów, spędzając czas na długich, ciekawych rozmowach i
wspominaniu różnych historii z naszego życia i wspólnych wypraw.
W
2009
roku Guy założył i przez wiele lat prowadził grupę
www.meetup.com
o nazwie „Toronto
Weekend Adventurers”,
która szybko rozrosła się do kilku
tysięcy członków i organizowała mnóstwo wydarzeń. Choć nie
jest już w niej aktywny, wciąż ma ogromną ilość fascynujących
historii do opowiedzenia.
**********
Jeśli
czytaliście
moje wcześniejsze blogi, z pewnością natknęliście
się już nieraz na jeden z moich ulubionych motywów: świat
jest mały.
Zazwyczaj za takimi stwierdzeniami kryje się jakaś historia — a
skoro wcześniej wspomniałem o Guy, to wydaje się, że to idealny
moment, by opowiedzieć kolejną z nich.
Guy przywiózł ze sobą Bluetti Power Station (baterię) wraz z 4 Solar Panels, 400 W, które szybko naładowały baterię. Do tego posiadał też lodówkę samochodową na 12 V, którą można było ładować albo w samochodzie, albo z baterii Bluetti. Oczywiście lodówka była "Made in China" i posiadała przyklejoną taką oto notatkę, napisaną "pięknym" językiem angielskim:
Jedzenie jeśli potrzebuje zamrożony efekt, musi być przechowywanie w tym produkcie co najmniej 20 godzin. Włóż jedzenie do lodówki na 12 godzin potem przenieś do tego produktu, użycie będzie lepszy efekt.
Ojciec
Guy był belgijskim urzędnikiem państwowym i w latach 50. oraz 60.
XX wieku pracował w Kongu Belgijskim. Choć sam Guy urodził
się w Belgii (a połowa jego rodzeństwa w Kongu), kilka ważnych,
formujących lat dzieciństwa spędził właśnie w Kongu. Kraj ten
uzyskał niepodległość 30 czerwca 1960 roku, a jego
pierwszym szefem rządu został Patrice Lumumba.
Ten blok po lewej stronie to ul. Syreny 44-nawet można zobaczyć mój balkon na szóstym piętrze. Podobne bloki za nim mieściły się na ulicy Lumumby (obecnie Płocka). Źródło: Polska Kronika Filmowa 1945 - 1990 Wytwórnia Filmów Dokumentalnych i Fabularnych WFiD Warszawa
W
tym miejscu pozwolę sobie na krótką osobistą dygresję. W latach
1963–1969 mieszkałem jako mały szkrab na ulicy Syreny w
Warszawie. Niedaleko
naszego domu znajdowała się ulica nosząca imię Patrice’a
Lumumby. W efekcie znałem to nazwisko od bardzo wczesnych lat,
na długo zanim miałem jakiekolwiek pojęcie, kim był ten człowiek
i dlaczego zapisał się w historii. Dopiero później, z czystej
ciekawości, zacząłem zgłębiać jego losy. Niejednokrotnie w
dorosłym życiu udawało mi się zresztą zrobić wrażenie na
rozmówcach, poprawnie wymawiając jego imię i nazwisko oraz
mimochodem wyjaśniając, kim był i dlaczego odegrał tak istotną
rolę. Sama ulica Lumumby istniała pod tą nazwą w latach
1961–1993; po upadku komunizmu przywrócono jej historyczną nazwę
— ulicę Płocką.
Wracając
jednak do Konga. Zaledwie tydzień po ogłoszeniu niepodległości
wybuchła brutalna rebelia, a w wielu regionach Europejczycy stali
się bezpośrednim celem ataków. W ciągu kilku tygodni belgijskie
wojsko — a następnie siły interwencyjne ONZ — rozpoczęły
ewakuację zdecydowanej większości spośród ponad 80 tysięcy
Belgów mieszkających i pracujących wówczas w kraju. Wśród
ewakuowanych znalazła się także rodzina Guy, która ostatecznie
bezpiecznie dotarła do Belgii, gdzie została powitana przez
Elżbietę Bawarską (Elisabeth Gabriele Valérie Marie),
królową wdowę.
Po
zakończeniu swojej misji w Kongu ojciec Guy kontynuował
karierę dyplomatyczną jako belgijski urzędnik konsularny —
najpierw w Nowym Jorku, a później w Toronto (przez
jakiś czas pełniąc obowiązki konsula),
gdzie oczywiście mieszkał wraz z rodziną, a Guy, jako młody
chłopak, często unikał różnego rodzaju tarapatów, legitymując
się dyplomatycznym paszportem—tak, był „nietykalny”! Po
zakończeniu kariery dyplomatycznej jego ojciec z żoną pozostał w
Kanadzie—jak też jego sześcioro dzieci zamieszkało w Kanadzie i
w USA.
Przed budynkiem na ulicy 8 King Street East w Toronto, wraz z moją koleżanką z pracy. To zdjęcie było zrobione dnia 3 sierpnia 1985 roku!
Choć
poznałem Guy i jego ojca dopiero w 2007 roku, jest bardzo
możliwe, że nasze drogi krzyżowały się wielokrotnie już
wcześniej. Belgijski Konsulat w
Toronto mieścił się bowiem na 19. piętrze Royal Bank Building
przy ulicy 8 King Street East — budynku znajdującego się
na jednym z najbardziej prestiżowych skrzyżowań ulic w mieście,
Yonge & King, który w chwili ukończenia w 1915
roku był najwyższym obiektem w całym Imperium Brytyjskim.
Nota
bene, niemal vis-à-vis owego biurowca znajdował się słynny King
Edward Hotel, w którym w maju 1969 roku John Lennon
i Yoko Ono zatrzymali się w tym samym Apartamencie Królewskim
(Royal Suite), w którym Beatlesi mieszkali w 1964
roku. Podczas tej wizyty organizowali konferencje prasowe promujące
swoją akcję „bed-in for peace” oraz spotykali się z fanami i
mediami zaledwie kilka dni przed swoim słynnym montrealskim
„bed-inem”.
King Edward Hotel w Toronto. Źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:King_Edward_Hotel_2025.jpg
Również
podczas pobytu w Toronto w 1988 roku, z okazji szczytu
„Siódemki” (G7 Summit), premier Wielkiej Brytanii
Margaret Thatcher zatrzymała się w King Edward Hotel. Tego
dnia po raz pierwszy spóźniłem się do pracy, czekając przed nim pół godziny,
zanim się pojawiła i pomachała w naszą stronę.
Budynek na ulicy 8 King Street East w Toronto-the Royal Bank Building. Żródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Royal_Bank_Building_Toronto_1.jpg
Co
ciekawe, pod koniec 1982 roku podjąłem swoją pierwszą
pracę w Kanadzie właśnie w tym wieżowcu, również na 19.
piętrze, w niewielkiej, acz prężnej i renomowanej firmie
maklerskiej & inwestycyjnej (ta praca miała ogromny wpływ na
moje przyszłe życie w Kanadzie, ale to już oddzielna historia). Od
czasu do czasu mijałem pracowników belgijskiego konsulatu —
najprawdopodobniej także ojca Guy — nie mając najmniejszego
pojęcia, że nasze życiowe ścieżki kiedyś naprawdę się
przetną.
**********
We wrześniu 2025 roku ponownie zaprosiłem do parku Guy, wraz z dwojgiem innych znajomych, lecz prognozy zapowiadały kilka dni deszczu, toteż nikt nie przyjechał. Postanowiłem jednak pojechać sam. Wyruszyłem z domu rano — deszcz miał spaść później. Po drodze zatrzymałem się w Tim Hortons w King City.
W budynku zauważyłem wielki napis: "Pumpkin is Here" (Pumpkin Jest Tutaj)-reklama Starbucks promująca Pumpkin Cream Cold Brew i Pumpkin Spice Latte. Natychmiast zrobiłem zdjęcie i wysłałem je do Catherine z następującą wiadomością: "Piszą, że jesteś tutaj, ale nie mogę Cię znaleźć!" Dla wyjaśnienia: Catherine bardzo często nazywam "Pumpkin"! Zatrzymałem się raz jeszcze w Tim Hortons w Port Severn i i dotarłem do parku przed południem we wtorek, 23 września 2025. Było pochmurno, gorąco i
wilgotno; zaczęło padać dopiero późnym wieczorem. Udało mi się
biwakować na tym samym miejscu, na którym byłem w 2024 roku
z Guy. Dzięki rozwieszonej nad parkowym stołem plandece mogłem
wygodnie siedzieć na zewnątrz podczas deszczu. Zresztą padało
jedynie przez noc i wczesny ranek.
We wrześniu 2025 roku postawiłem namiot w tym samym miejscu
Delikatny
dźwięk deszczu uderzającego o namiot był tak kojący, że po
przebudzeniu około 8 rano ponownie zasnąłem i wstałem dopiero o
11, gdy deszcz ustał. Od piątku do poniedziałku pogoda była
słoneczna i sucha, więc gratulowałem sobie decyzji, że nie
odwołałem wyjazdu.
Widok z miejsca namiotowego był przecudowny!
Przez
pierwsze cztery noce wydawało się, że jestem jedynym biwakującym
w okolicy — mogłem cieszyć się kompletną ciszą i spokojem! W
weekend park się zapełnił, lecz w niedzielny wieczór powtórnie
zrobiło się cicho, a większość miejsc kempingowych opustoszała.
Bobry były wszechobecne!
Podczas
obu pobytów rozbiłem namiot w tym samym miejscu, co w ubiegłym
roku — około 2 metry od stawu bobrowego i 7 metrów od bobrowego
żeremia. Moim zdaniem, to było jedno z najpiękniejszych miejsc w
całym parku. Spędzałem godziny, obserwując bobry, które
były szczególnie aktywne podczas mojej wrześniowej wizyty. Prawie
o każdej porze można było zobaczyć jednego lub więcej —
pływających, ciągnących gałęzie, jedzących, myjących się lub
niezdarnie człapiących po lądzie w pobliżu mojego obozowiska.
Czasem widziałem aż cztery jednocześnie!
Niedokończona robota bobrów! Nasze i te tak bardzo pracowite zwierzątka czasami zaniechują dalszej pracy
Nie
były zbyt oswojone, ale tak długo jak się zbytnio nie poruszałem
lub robiłem im zdjęcia, nie zwracały na mnie uwagi. Obserwowanie
ich było naprawdę dużą przyjemnością. W nocy, zasypiając,
słyszałem głośne uderzenia ich płaskich ogonów o lustro wody.
Staw bobrowy oraz po prawej stronie mocna tama bobrowa, bez której stałby się one jedynie trzęsawiskiem
We
wcześniejszych latach często widywałem przy stawie bobrowym czaple
modre, lecz podczas tych wyjazdów nie zauważyłem ani jednej.
Strażnik parku powiedział mi później, że nadal je tam widywano,
więc być może to tylko chwilowa nieobecność. Większość z nich
migruje na południe w połowie września, więc prawdopodobnie po
prostu je przegapiłem.
Wiewióreczki ziemne, "chipmunks", non-stop goniły się na moim miejscu i zbierały żołędzie
Jedynymi
innymi zwierzętami, które regularnie widywałem, były wiewiórki
pręgowane (chipmunks), biegające tam i z powrotem,
zbierające żołędzie. Były bardzo terytorialne i często goniły
się nawzajem. Ku mojemu zaskoczeniu, nie były zbyt przyjazne i
nigdy nie próbowały się do mnie zbliżyć — w przeciwieństwie
do wielu innych parków, gdzie te gryzonie szybko kojarzą ludzi z
jedzeniem i nie można się od nich opędzić.
Widok z mojego miejsca biwakowego
Czarne
niedźwiedzie są tu rzadkością, a pracownicy parku
potwierdzili, że od miesięcy nie było żadnych zgłoszonych
obserwacji. Szopy pracze, choć często aktywne nocą, nie
pojawiły się podczas żadnej z moich wizyt. Chociaż grzechotniki
(Eastern Massasauga Rattlesnake), jedyne jadowite węże w
Ontario, można spotkać w okolicach parku (co mi się zdarzyło w
2022 roku), z powodu dziesiątek turystów odwiedzających
corocznie to miejsce, nie spotyka się ich tutaj.
Widok mojego namiotu z miejsca biwakowego znajdującego się po przeciwnej stronie stawu bobrowego
Podczas
biwakowania z Guy codziennie rozpalaliśmy ognisko i siedzieliśmy
przy nim do późna w nocy. Przywiózł nowy generator Bluetti
Power Station wraz z czterema panelami słonecznymi, które
ładował w słoneczne dni. W 2025 roku sam zabrałem mniejszy
model Bluetti Power Station — wystarczający na moje skromne
potrzeby. Ponieważ pogoda była pochmurna, nie zabrałem panelu
słonecznego i zamiast tego ładowałem urządzenie w budynku
sanitarnym parku. W trybie „turbo charge” naładowanie go prawie
do pełna zajmowało mniej niż godzinę, podczas gdy ja siedziałem
w samochodzie z książką lub brałem orzeźwiający prysznic w
nowej „comfort station”.
Nie śmiejcie się, lecz te składniki stanowiły moje codzienne śniadania!
W
2025 roku nie rozpalałem ognisk — nie przepadam za
siedzeniem przy ognisku w samotności. W ogóle nie lubię podróżować
samotnie i w pewnym sensie podziwiam tych, którzy potrafią sami,
bez żadnego towarzystwa, objechać cały świat i nie mają z tym
problemu. Na śniadanie jadłem płatki błonnikowe oraz sześć
cytryn i dwie pomarańcze, z których rano wyciskałem dużą
szklankę świeżego, zdrowego soku. Pojechałem też raz do Tim
Hortons w Port Severn (44°53'53.7"N 79°45'22.7"W /
44.898250, -79.756306) na kawę i muffinkę.
Sanktuarium Męczenników Kanadyjskich w Midland
W
sobotę, 27 września 2025 roku, udałem
się
do Sanktuarium
Męczenników Kanadyjskich
w Midland
(44°44'11.8"N 79°50'32.2"W / 44.736611, -79.842278), aby
uczestniczyć w wieczornej Mszy uzdrowienia, odprawianej przez Ks.
Johna O’Briena SJ,
którego poznałem po raz pierwszy 7
sierpnia 2022
roku w Midland
(dokładnie
3 ½ roku temu, jak piszę te słowa).
Również
prowadzi on rekolekcję w Jezuickim
Ośrodku Rekolekcyjnym „Manresa”
w
Pickering
w Ontario, na które corocznie uczęszczam od 1994
roku, jednakże nigdy nie miałem okazji go tam spotkać. Po
Mszy zatrzymałem się w Walmart, aby kupić świeżą sałatę —
po kilku dniach bez warzyw mój
organizm się ich
domagał,
bo w domu świeże warzywa i sałaty są moim podstawowym, a niekiedy
i głównym pożywieniem.
Moje ulubione miejsce koło namiotu--często tutaj siedziałem i czytałem książki, obserwowałem bobry i rozmawiałem przez Internet
Zaledwie
kilka metrów od stawu bobrowego, obok namiotu, znalazłem formację
skalną przypominającą trochę „fotel”, na której mogłem w
miarę wygodnie siedzieć. Ustawiłem telefon na statywie i
rozmawiałem przez aplikację konwersacji z ludźmi z całego świata.
Ponieważ w tle było widać staw, drzewa i żeremie bobrowe,
niektórzy rozmówcy początkowo sądzili, że używam wirtualnego
tła — dopóki nie zobaczyli prawdziwego bobra przepływającego w
kadrze. Wówczas byli oszołomieni i zachwyceni kanadyjską przyrodą!
Oprócz
Chromebook’a
przywiozłem
też
kilka książek, choć niewiele czasu
spędzałem na czytaniu
— wolałem chłonąć otaczającą mnie naturę. Udało mi się
jednak skończyć fascynującą
autobiografię autorstwa
Gregory’ego Howarda WilliamsaLife
on the Color Line: The True Story of a White Boy Who Discovered He
Was Black
(Życie
na granicy koloru skóry: Prawdziwa historia białego chłopca, który
odkrył, że jest czarny).
Williams dorastał w latach 50. XX
wieku w
stanie Wirginia, wierząc, że jest biały — jego ciemnoskóry
ojciec podawał się za Amerykanina pochodzenia włoskiego — lecz
po przeprowadzce do miasteczka
Muncie
w Indianie
poznał
prawdę o swoim pochodzeniu i wraz
ze swoim bratem zaczął
żyć jako osoba czarnoskóra. Mimo ubóstwa i ogromnych
trudności, zdobył kilka dyplomów uniwersyteckich
i ostatecznie został rektorem Uniwersytetu w Cincinnati, a później
City College of New York.
Gregory Howard Williams
Autor
był brutalnie szczery, opisując swoje życie. Kiedy wraz z ojcem
przeniósł się do Indiany i zaczął żyć jako czarnoskóry,
jego matka zostawiła jego, brata i ojca, wyprowadzając się do
innego stanu. Pewnego dnia ojciec powiedział mu, że widział jego
matkę, która mieszkała w Waszyngtonie „z tym czarnym
draniem, z którym uciekła”, i że „pytała, jak sobie radzicie,
chłopcy”. Gdy młodszy brat autora zapytał ojca, co jej
odpowiedział, ten odparł: „Powiedziałem jej, że jesteście w
Muncie i uczycie się, jak być czarnuchami!” (I
told her you were in Muncie, learning how to be niggers!)
Po
przeczytaniu książki chciałem napisać do niego krótki list z
podziękowaniem, lecz dowiedziałem się, że zmarł zaledwie miesiąc
wcześniej — 12 sierpnia 2025 roku, w wieku 81 lat.
Porannej gimnastyce zawsze towarzyszyło mi słuchanie książek audiobooks
Kilka
razy zatrzymywałem się w sklepie parkowym na kawę ($2,15 CAD za
filiżankę) i z przyjemnością rozmawiałem z bardzo sympatycznym
strażnikiem, który opowiadał mi o parku i swojej pracy.
Jedno z lepszych miejsc biwakowych w parku, na którym wielokrotnie biwakowałem z Catherine, Guy, Krzysztofem, Patrizią i Zoranem
Park
opuściłem rankiem 29 września 2025 roku, zatrzymując się
tylko w Tim Hortons w Port Severn. Ruch na autostradzie nr 400
był niewielki, ale zbliżając się do Toronto, postanowiłem
ułatwić sobie życie, wybierając płatną autostradę nr 407, by
uniknąć ewentualnych korków na autostradzie nr 401.
I jeszcze jedno zdjęcie, przedstawiające widok rozciągający się z mojego miejsca biwakowego!
Oba
wyjazdy okazały się niezmiernie przyjemne i relaksujące. I choć
uwielbiam biwakować w bardziej odległych miejscach, z przyjemnością
powrócę do Parku Prowincjonalnego Six Mile Lake,
aby w nim spędzić nawet
kilka dni pod namiotem!
W niedzielę, 15 sierpnia 2021 r., spędziłem kilka godzin czytając różne
gazety i przeglądając wiadomości na Internecie, których pokaźne tytuły
sugerowały, że wydarzenia są bezprecedensowe: „Upadek Rządu Afganistanu”,
„Przywódca Afganistanu Uciekł z Kraju, Talibowie Wkraczają do Kabulu”,
„Talibowie w Kabulu, Ewakuacja w Toku”.
Wiele krajów zachodnich wyraziło
ogromne zdziwienie, że coś takiego tak szybko i nieoczekiwanie mogło się
zdarzyć—jeszcze kilka dni temu pisano, że Kabul będzie mógł się bronić przez
następne kilka miesięcy. Osobiście nie byłem zaskoczony tą wiadomością, a
raczej niesłychanie zdumiony, że CIA i podobne agencje wywiadowcze nie miały
zupełnie pojęcia o panującej w Afganistanie sytuacji. Wielu komentatorów dostrzegało
analogię pomiędzy upadkiem Kabulu a upadkiem Sajgonu—rzeczywiście, trudno nie dostrzec
podobieństw pomiędzy tymi dwoma wydarzeniami. Podczas gdy rzesze ludzi w
Afganistanie starały się za wszelką cenę opuścić kraj, następnego dnia, 16
sierpnia, wyjechałem na tygodniowy wypoczynek pod namiotem do parku Six Mile
Lake, zapominając o Afganistanie, Kabulu i innych sprawach dotyczących
polityki.
Miałem szczęście, że udało mi się zarezerwować moje ulubione miejsce
biwakowe, położone nad sporym stawem bagienno/bobrowym, na którym wielokrotnie bywałem
z Krzysztofem, Catherine, a nawet w 2012 r. z pieskiem Gabby, która ujrzawszy
po raz pierwszy w życiu pływającego bobra, wskoczyła do wody i nie mogła pojąć,
dlaczego nagle on przepadł… jak kamień w wodę!
To właśnie na tym miejscu w
październiku 2012 roku zrobiłem krótkie wideo, dzięki któremu rozwiązałem
zagadkę naszych znikających produktów żywnościowych, które ze sobą
przywieźliśmy!
Staw bobrowy (czy też małe jeziorko—zależy, jak się na nie patrzy),
niewiele się zmienił od 2008 roku, niemniej jednak brakowało żeremia bobrowego,
które przez wiele lat stanowiło integralną częścią pejzażu. Może bobry
przeniosły się w inną część jeziorka? W przeszłości obserwowałem tutaj mnóstwo
bobrów, niektóre nawet niezdarnie kuśtykały po polu biwakowym. Podczas mojego obecnego
pobytu nie dostrzegłem ani nie słyszałem tych poczciwych stworzonek, jednak tama
bobrowa, znajdująca się zaledwie kilka metrów od mojego obozowiska, wydawała
się całkiem solidna i zadbana.
Na tym samym miejscu biwakowym w październiku 2012 roku, z Gabby i Catherine. W 2021 roku znikneło żeremie bobrowe, jak też kilka drzew
Po przybyciu na biwak ujrzałem majestatyczną czaplę błękitną! Stała jak
posąg w wodzie, w miejscu gdzie dawniej znajdowało się żeremie bobrowe, i
zapewne polowała na ryby lub żaby. Chociaż czapla od czasu do czasu zmieniała
miejsce, widywałem ją prawie codziennie w różnych częściach jeziorka. Pewnego
wieczoru, gdy było już prawie ciemno, udało mi się zaobserwować, jak czapla
majestatycznie wzbiła się z jeziora i wylądowała na gałęzi drzewa po drugiej
stronie stawu, gdzie prawdopodobnie spędziła noc—nawet udało mi się zrobić
zdjęcie, na którym jest widoczna jej sylwetka.
Żółwie malowane, "Midland Painted Turtle"
Kilka metrów od brzegu, na wpół zanurzona kłoda stanowiła świetne miejsce
dla żółwi (podgatunek żółwika malowanego, „Midland Painted Turtle”, Chrysemys picta marginata), które się na
nią wspinały i godzinami wygrzewały na słońcu. Nad powierzchnią wody
nieustannie latały małe ptaszki w poszukiwaniu pożywienia. Na biwaku były dwie
norki, bardzo szybko pojawiła się też wiewióreczka ziemna, chipmunk, która zawsze myszkowała po stole, szukając pozostawionego
jedzenia.
Prawdopodobnie czapla spędzała noc na tym drzewie
Często siadałem na brzegu, czytając książki, obserwując żółwie,
czaplę błękitną, żaby i po prostu delektowałem się przepięknym widokiem. To
było idealne miejsce do wypoczynku na łonie natury! Ponieważ miejsce nie było
specjalnie zacienione, już o godzinie 8:00 rano ostre promienie słońca padały
na namiot i zmuszony byłem wstać i wyjść – bo nie dało się długo przebywać w
środku. Przynajmniej nie potrzebowałem budzika!
Park był dość ruchliwy i czasami hałaśliwy, ale mi to specjalnie nie
przeszkadzało. Od czasu do czasu przejeżdżał samochód ze strażnikami parku, a
nawet raz czy dwa zauważyłem należący do parku samochód elektryczny! W pobliżu
znajdowały się dwie stacje ładowania pojazdów elektrycznych – Patrizia, która
biwakowała przez kilka nocy, naturalnie z nich skorzystała, ładując swoją
Teslę. Cały czas było słychać hałas z autostrady 400, ale ponieważ był ciągły i
nieprzerwany, po chwili przestałem go postrzegać i właściwie dla mnie nie
stanowił on dużej niedogodności.
Moje miejsce biwakowe!
Pogoda była idealna i nie spadła kropla deszczu, ale na wszelki wypadek zawiesiłem
pomiędzy drzewami bardzo prymitywną plandekę. Na plaży było trochę ludzi,
niektórzy przywieźli dmuchane kajaki, które coraz bardziej stają się popularne,
i nawet poszliśmy popływać w jeziorze Six Mile Lake. Co najważniejsze, nie było
żadnych komarów, ANI RAZU nie musiałem używać sprayu na komary. Nigdy nie
doświadczyłem takiego bez-komarowego sezonu podczas moich ponad 30 lat
biwakowania!
To było idealne miejce do wypoczynku, medytacji, obserwowania czapli, żółwi, żab, ptaków i czytania książek
Dużo czasu spędzałem na czytaniu książek. Od dawna planowałem przeczytać
„Amerykański Snajper” Chrisa Kyle'a i wreszcie udało mi się tego dokonać. Całkiem
dobra książka… ale mogła być lepsza. Szokujące, że ostatecznie został zabity
nie w Iraku przez wroga, ale w USA, przez 25-letniego weterana amerykańskiej piechoty
morskiej cierpiącego na zespół stresu pourazowego, któremu Kyle pomagał. Druga
przeczytana książka to „The Chamber” (Komora) Johna Grishama. Jakieś 20 lat
temu przeczytałem kilka książek Grishama („Obrońca Ulicy”, „Bractwo”, „Firma” i
„Klient”), a potem przez około 15 lat nie sięgnąłem po żadną książkę tego
autora. Tego rodzaju pozycje do czytania zabieram ze sobą na wakacje być może
dlatego, że w domu czytam głównie literaturę faktu, która często zupełnie nie
nadaje się do bardziej relaksowego czytania przy ognisku. „Komora” m. in.
dotyczyła stosunków rasowych i zawiłości systemu prawnego, aby uchronić
skazańca przed karą śmierci. To była z pewnością jedna z lepszych książek Grishama
i świetnie się ją czytało! I jeszcze przeczytałem trzecią książkę, „Testament”,
chyba jedna z najlepszych, jakie czytałem tego autora.
Gdy biwakowaliśmy na tym samym miejscu w 2010 roku, żeremie bobrowe było spore, jak też pływało dużo bobrów. W 2021 roku nie było ani żeremia, ani bobrów
ZESPÓŁ STRESU POURAZOWEGO
Kiedy dowiedziałem się, że Chris Kyle
został zabity przez weterana cierpiącego na zespół stresu pourazowego, od razu przypomniała
mi się tragiczna historia, która przydarzyła się znanej mi osobie z Polski.
W latach 70. i na początku 80. XX w. w
sercu Warszawy dominowało potężne gmaszysko Pałacu Kultury i Nauki – mający 42
kondygnacje, powierzchnię użytkową 123,084 m2 (1,324,865 stóp kwadratowych) i
237 metrów wysokości (z iglicą), wówczas był to najwyższy budynek w Polsce
(obecnie na drugim miejscu). Ten wspaniały budynek – lub monstrum, w zależności
od tego, z kim się rozmawiało – stanowił „dar” od Józefa Stalina. Został
zbudowany w 3 lata przez 3,500 rosyjskich robotników i ukończony w 1955 roku.
Pierwotnie nosił imię dobroczyńcy i był oficjalnie znany jako Pałac Kultury i
Nauki Józefa Stalina; po okresie destalinizacji imię Stalina zostało usunięte
(kiedyś w budynku znalazłem stare formy noszące jeszcze pierwotną nazwę i
żałuję, że ich nie wziąłem). Wtedy mieściły się w nim różne instytucje
publiczne i kulturalne, m. in. 3 kina, muzea, biblioteki, 3 teatry,
restauracje, urzędy oraz władze Polskiej Akademii Nauk. Znajdowała się w nim
również Salą Kongresowa na 3000 osób, w której odbywało się wiele koncertów i
przedstawień, a także co kilka tam miały w niej miejsce Zjazdy Polskiej
Zjednoczonej Partii Robotniczej, PZPR (podczas jednego z nich, w grudniu 1975
r., dobrze podchmielony przywódca Związku Radzieckiego Leonid Breżniew zaczął dyrygować
delegatami i przywódcami PZPR podczas śpiewania „Międzynarodówki”). Ta scena zaczyna się w 0:50.
A słynny
taras Pałacu Kultury na 30. piętrze, na wysokości 114 metrów (374 stóp), z
panoramicznym widokiem na miasto, był dla wielu odwiedzających Warszawę główną
atrakcją turystyczną.
W Pałacu Kultury i Nauki mieścił się
również Pałac Młodzieży, ogromny dom kultury dla młodzieży szkolnej, oferujący
liczne działy zainteresowań i warsztaty m.in.: fotografii, muzyki, tańca,
krótkofalarstwa, szermierki, żeglarstwa i wiele innych. Prawdopodobnie w 1974
roku zostałem członkiem Pałacu Młodzieży, dołączając do sekcji pływackiej:
znajdował się w nim imponujący basen o długości 25 metrów, z trampolinami i 4
wieżami (3 metry, 10 metrów i dwie 5 metrów).
Tak wyglądał basen w 1955 roku, jak też w latach siedemdziesiątych XX w.
Source: Nowa Warszawa w ilustracjach, Warszawski Tygodnik Ilustrowany "Stolica", Warszawa 1955, p. 75. This photograph is in the public domain
Nota bene, basen pojawił się w
filmie Agnieszki Holland „Europa, Europa” – wszak imponująca architektura
socrealizmu nie różniła się zbytnio od architektury niemieckiej III Rzeszy.
Poza tym cały budynek pojawiał się w niezliczonych polskich filmach tamtej
epoki.
Zazwyczaj basen był podzielony na dwie części – podczas gdy w jednej pływaliśmy,
z drugiej korzystał klub skoków do wody. Uczestnicy powoli wchodzili po
drabinkach na jedną z wież, wykonywali skok i od ponownie wchodzili na wieżę. Niektórzy
skakali z 10-metrowej wieży — byliśmy naprawdę pod wrażeniem, ponieważ pewnie
większość z nas miałaby duże trudności z wejściem na tą wieżę, nie mówiąc już o
skoczeniu z niej! Raz skoczyłem z najniższej, 3-metrowej wieży – i to był mój
pierwszy i ostatni tego rodzaju skok! Ponieważ w tym czasie Polska nie miała
zbyt wielu podobnych obiektów (nawet w Warszawie nie było łatwo znaleźć
pływalnię), większość osób trenujących na basenie skoki do wody była mistrzami
Polski i często brali oni udział w zawodach międzynarodowych, w tym igrzyskach
olimpijskich. I jeszcze jedno—któryś już raz z rzędu powtarzam się, ale to
prawda: ŚWIAT JEST MAŁY! Otóż mój pierwszy lekarz rodzinny w Toronto, Dr
Jerzy Kowalewski, uprawiał skoki do wody w Pałacu Młodzieży, był wielokrotnym
mistrzem Polski w tej dyscyplinie, brał udział w dwóch Igrzyskach Olimpijskich
(w Rzymie w 1960 r. i w Meksyku w 1968 r.) i świetnie pamiętałem jego współzawodników/kolegów,
ponieważ niektórzy z nich byli za ‘moich czasów’ trenerami w Pałacu Młodzieży!
To jest chyba jedyna fotografia, na której widnieję, jaką posiadam z Pałacu Młodzieży, zrobiona na pływalni, prawdopodobnie w roku 1976 lub 1977
Jednym z czołowych skoczków był Krzysztof
Miller, szesnastokrotny mistrz Polski, który bardzo często trenował na basenie.
Wciąż pamiętam, że potrafił nawet skakać z 10-metrowej wieży stojąc na rękach,
co zapierało dech w piersiach! Ponieważ byliśmy rówieśnikami, kilka razy ze
sobą rozmawialiśmy, a także mieliśmy wspólnych znajomych. Uczestnicząc w jakiejś
imprezie w Pałacu Młodzieży, usłyszałem, jak mu gratulowano, ponieważ niedawno
zdobył (złoty?) medal w zawodach w skokach do wody w Hawanie na Kubie. Kiedy w
2009 roku byłem w Hawanie, przewodnik wskazał na pozornie zrujnowany i na wpół
opuszczony basen z wieżami do skoków do wody i powiedział, że rzeczywiście
odbywały się na tym obiekcie międzynarodowe zawody w tej dyscyplinie w połowie
lat 70. XX w. Od razu pomyślałem o Krzysztofie Millerze – może to właśnie z tej
wieży skoczył i zdobył medal?
Hall Pałacu Młodzieży Credit: Adrian Grycuk/CC BY-SA 3.0-pl/Wikimedia Commons
Ponad 10 lat temu przypadkowo odkryłem, że
po zakończeniu kariery sportowej stał się bardzo dobrym – niektórzy twierdzili,
że najlepszym w Polsce, a nawet na świecie – fotografem i fotoreporterem
wojennym. Odwiedził ponad 60 krajów, niektóre 10 lub więcej razy (Afganistan,
Rwandę, Czeczenię, Bośnię i Hercegowinę, Rwandę, Zair, Kongo, Irak, Macedonię,
Kosowo, Sudan, RPA i wiele innych), dokumentując aparatem fotograficznym różnego
rodzaju krwawe wojny i konflikty. Jego zdjęcia były publikowane w różnych gazetach
i magazynach, a także prezentowane na wystawach. Napisał też książkę „13 wojen i
jedna. Historia fotoreportera wojennego”.
Wspominał, że oglądał rzeczy, których
niedane było zobaczyć nawet większości żołnierzom. Być może był świadkiem zbyt
wielu ludzkich cierpień i tragedii. Wiele jego zdjęć nigdy nie zostało
opublikowanych, ponieważ były zbyt makabryczne (jednakże były wykorzystywane
przez osoby badające zbrodnie i masowe ludobójstwa). W końcu zdiagnozowano u
niego zespół stresu pourazowego (PTSD) i przeszedł szereg długotrwałych terapii
w Klinice Psychiatrii i Stresu Bojowego w Warszawie, spędzając w niej pół roku.
Niestety, ostatnie 25 lat relacjonowania tak wielu krwawych wojen i konfliktów
w końcu okazało się dla niego zbyt rozdzierające i po prostu nie do zniesienia.
Krzysztof Miller popełnił samobójstwo 9
września 2016 roku w wieku 54 lat.
Arteria wodna „Trent-Severn Waterway” to 386-kilometrowa trasa kanałowa
łącząca jezioro Ontario w Trenton z zatoką Georgian Bay (na jeziorze Huron) w
Port Severn. Znajduje się na niej 45 śluz—włącznie z 2 „windami/podnośnikami”
łodzi i Big Chute Marine Railway (po
polsku bodajże „pochylnia”). Ta pochylnia znajduje się niedaleko Port Severn i parku
Six Mile Lake. Jest to wyjątkowe urządzenie, które transportuje łodzie
rekreacyjne pomiędzy dwoma jeziorami drogą lądową. Jest to jedyna tego typu pochylnia
w Ameryce Północnej.
Wagon/platforma zjeżdża do wody i do środka wpływają łodzie. Następnie jest
on wciągany na ląd na szynach za pomocą stalowych lin, a następnie powoli wjeżdża
do jeziora. Przewożone łodzie po prostu odpływają—i wpływają następne, płynące
w przeciwną stronę, po czym cała procedura odbywa się ponownie.
Chociaż obecna pochylnia została otwarta w 1978 r., oryginalna już istniała
w 1917 r., a jej gruntowny remont przeprowadzono w 1923 r. Nadal można obejrzeć
dawną pochylnię, wraz z wagonem do przewożenia łodzi. Po wybudowaniu nowej była
ona jeszcze przez jakiś czas eksploatowana, ale od lat stanowi jedynie
zabytkowy artefakt.
Również znajduje się tam taras widokowy i centrum informacyjne, ale obydwa były
nieczynne z powodu COVID-19. W pobliżu są budynki starej, ale nadal działającej
elektrowni wodnej. Na YouTube zamieściłem kilkuminutowy film, pokazujący
transport łodzi.
Gdy opowiadam o arterii wodnej Trent-Severn
Waterway, niektórzy są ciekawi, czy kiedykolwiek przepłynąłem na kanu ten
cały szlak wodny. Swego czasu braliśmy pod uwagę tego rodzaju wyprawę, ale
szybko zorientowaliśmy się, że nie jest to dobry pomysł: musielibyśmy płynąc „w
towarzystwie” motorówek, jachtów i ogromnych łodzi motorowych, a także znalezienie
dobrych miejsce do biwakowania nie byłoby proste i niektóre odcinki tej trasy
wymagałby wiosłowania na otwartych, nieosłoniętych od wiatru akwenach. Niemniej
jednak kilkakrotnie pływaliśmy na kanu na niektórych odcinkach arterii wodnej: w
okolicach Port Severn i Severn Falls oraz na jeziorach Gloucester Pool, Clear
Lake, Stoney Lake, Lower Buckhorn Lake i Canal Lake (na łodzi motorowej,
podczas wędkowania).
Żywy Skansen
„Św. Maria Wśród Huronów” (Sainte-Marie Among
the Hurons)
Kanadyjski Artysta,
Ilustrator, Autor i Historyk C.W. Jefferys
Klub Sztuki
i Literatury w Toronto
Mapa ukazująca miejsce, gdzie znajdowała się misja Ste. Marie. Fort Ste. Marie No. 1, Jefferys, Charles W. 1942, The Picture Gallery of Canadian History Volume 1, p. 102. Source: https://www.cwjefferys.ca/fort-ste-marie-no-1-a?mid=0
Kilkadziesiąt kilometrów od parku Six Mile Lake znajduje się słynne Sanktuarium
Jezuickich Męczenników Kanadyjskich w Midland, w którym złożone są relikwie św.
Jean’a de Brébeuf’a, św. Gabriela Lalemant’a i św. Karola Garniera. Papież Jan Paweł
II odwiedził Sanktuarium podczas swojej wizyty w Kanadzie we wrześniu 1984
roku. Również każdego lata wielotysięczne pielgrzymki etniczne zmierzają do Sanktuarium.
Mój znajomy, nieżyjący już Tadeusz Pasek (znany polski jogin i akademik, z
którym m. in. biwakowałem w parku Six Mile Lake Park w 1993 roku), brał udział
w inauguracyjnej polskiej pielgrzymce w 1982 roku z Toronto do Midland, a
następnie corocznie uczestniczył w 9 kolejnych—są one organizowane do dzisiaj.
Fort Ste. Marie No. 1. Jefferys, Charles W. 1942. The Picture Gallery of Canadian History Volume 1, p. 103f Source: https://www.cwjefferys.ca/fort-ste-marie-no-1-b
Wprawdzie w Sanktuarium byłem na początku lat osiemdziesiątych XX w. oraz w
2012 roku wraz z Catherine (i pieskiem Gabby, który posłusznie pozostał w
samochodzie), lecz zamierzałem tam się udać ponownie. Patrizia zatelefonowała
do Sanktuarium, aby uzyskać informacje o terminach jego otwarcia. Niestety,
drugi już rok z rzędu pozostawało zamknięte – możliwe jednak było zarezerwowanie
prywatnej „wycieczki rodzinnej lub grupowej” do Sanktuarium, wraz z udziałem w
celebrowanej mszy świętej. Ksiądz, który udzielił Patrizi informacji, nazywał
się Robert Foliot, jezuita, którego wielokrotnie spotykałem podczas moich
ignacjańskich rekolekcji w Jezuickim Ośrodku Rekolekcyjnym „Manresa” (w
Pickering, Ontario) i też właśnie on kilka razy prowadził rekolekcje. Nadal
pamiętam temat jednej z prowadzonych przez niego rekolekcji – „Pani z wyższego
piętra”. Tytuł nawiązywał do jego mamy, która gdy wychodziła sama z domu (a
miała wtedy prawie 100 lat), mówiła: „Nie martwcie się, nie idę sama – towarzyszy
mi ta pani z góry” – oczywiście nie miała na myśli sąsiadki rzekomo
mieszkającej na wyższym piętrze, ale Maryję! I rzeczywiście Maryja przez długi czas
czuwała nad jej bezpieczeństwem i zdrowiem, bo zmarła w 2011 roku, w wieku 104
lat!
Mapa z 1657 roku, przedstawiająca męczeństwo Brebeuf'a i Lalemant'a. Na mapie widać jeziora Ontario, Erie, Huron, jak też zatokę Georgian Bay, nad którą znajdowała się misja Ste. Marie
Dosłownie vis-a-vis Sanktuarium,
po drugiej stronie drogi, znajduje się żywy skansen „Sainte Marie Among
Hurons”—i na szczęście był otwarty. Trochę wstyd mi się przyznać: chociaż mieszkam
w Ontario przez 39 lat, dopiero teraz odwiedziłem to historyczne miejsce!
Misja Sainte Marie jest żywym skansenem i pracownicy/przewodnicy ubrani są w ówczesne stroje-nie wiedziałem, że 350 lat temu noszono niebieskie maski na twarzy...
Francuscy jezuici rozpoczęli budowę tej małej misji w 1639 roku; zawierała ona
koszary, kościół, warsztaty, rezydencje i osłonięty teren dla przybywających
Indian. Misja istniała od 1639 do 1649 roku i była pierwszą europejską osadą
w obecnej prowincji Ontario. W latach 1642-1649 ośmiu misjonarzy zginęło
śmiercią męczeńską w wojnie pomiędzy Indianami Huron i Irokezami. Na terenie misji
znajdują się groby św. Jean’a de Brébeuf’a i św. Gabriela Lalemant’a.
W 1649 misjonarze postanowili spalić misję, obawiając się, że zostanie
podbita i zbezczeszczona przez Irokezów.
W 1964 roku Sainte-Marie została zrekonstruowana jako miejsce historyczne i
„żywy skansen”. Prawdopodobnie z powodu COVID-19 nie było zbyt wielu turystów,
dzięki czemu mogłem bez pośpiechu zwiedzić wszystkie budynki i pogadać z elokwentnymi
i kompetentnymi pracownikami muzeum, którzy nosili takie same ubrania, jak
oryginalni mieszkańcy osady i wykonywali te same czynności, którymi zajmowali
się pierwotni mieszkańcy około 360 lat temu. W kościele św. Józefa przebywała
starsza Indianka, która opowiedziała nam wiele ciekawych faktów z historii i
własnego życia. W kościele znajdowały się groby św. Jean’a de Brébeuf’a i św.
Gabriela Lalemant’a, a do kościoła przylega cmentarz z tamtego okresu. Czasami
jezuici odprawiają tutaj msze.
Groby Brebeuf'a i Lalemanta w środku kościoła
Jest to doskonałe miejsce dla zapoznania się „na żywo” z historią. Skansen
posiada wiele ciekawych eksponatów i artefaktów. Ogólnie rzecz biorąc, jest to niezmiernie
oryginalny obiekt i z przyjemnością odwiedziłbym go ponownie!
W środku kościoła siedziała Indianka i dużo się od niej dowiedziałem ciekawych rzeczy
Poszukując dodatkowych informacji na temat misji Sainte Marie i
kanadyjskich męczenników, natknąłem się na bardzo intrygujące malunki i zapiski
autorstwa Charlesa Williama Jefferys’a na stronie internetowej https://www.cwjefferys.ca/, prowadzonej przez Anthony'ego Allena. Muszę
przyznać, że bardzo mało wiedziałem o C.W. Jefferys i jedynym powodem, dla
którego w ogóle przedtem jego nazwisko obiło mi się o uszy, była lokalizacja
szkoły średniej imienia C.W. Jefferys. Szkoła znajduje się w Toronto, koło
skrzyżowania ulic Finch i Sentinel, pomiędzy ulicami Jane i Keele: od 1982 r.
do 1984 r. mieszkałem na ulicy 11 Catford Road i często mijałem szkołę w drodze
do lokalnego supermarketu „Bonanza” przy 134 Hucknall Rd (zburzonego ponad 10
lat temu—na jego miejscu wybudowano nowe osiedle na nowej ulicy o nazwie
Mantello Drive).
Jezuici-męczennicy i misjonarze. Jefferys, Charles W. 1942. The Picture Gallery of Canadian History Volume 1, p.105. Source: https://www.cwjefferys.ca/jesuit-martyrs-and-missionaries
Na tej witrynie internetowej spędziłem ponad 2 godziny, zapoznając się z
twórczością tego naprawdę wybitnego kanadyjskiego artysty, ilustratora, autora
i historyka. Znalazłem też kilka malunków autorstwa C.W. Jefferys na temat
męczeństwa św. Jean’a de Brébeuf’a i św. Gabriela Lalemant’a oraz osady Fort
Ste. Marie, oraz natknąłem się na jego ciekawe opisy dotyczące wydarzeń
przedstawionych na jego malunkach. Postanowiłem zadzwonić po dalsze informacje
do Anthony'ego Allena, który okazał się być wnukiem Jefferys’a i przez pół
godziny rozmawialiśmy na wiele niezmiernie zajmujących tematów. Między innymi
dowiedziałem się, że C.W. Jefferys był prezesem klubu „The Arts & Letters
Club” (Klub Sztuki i Literatury) w Toronto w latach 1923/24.
Charles William Jefferys (August 25, 1869 – October 8, 1951)
Ten znany klub od 1920 roku ma swoją stałą siedzibę w St. Georges Hall,
przy ulicy 14 Elm Street (w samym sercu Toronto, zaledwie kilka kroków od placu
Dundas Square na skrzyżowaniu ulic Yonge & Dundas). Według informacji na
stronie internetowej klubu (https://artsandlettersclub.ca/),
„Od ponad wieku Klub Sztuki i Literatury jest znaczącą
organizacją na kanadyjskiej scenie kulturalnej. Obecnie stanowi dynamiczną
społeczność mężczyzn i kobiet w każdym wieku, dla których sztuka jest istotną
częścią życia – miejscem poszukiwania twórczej ekspresji, angażowania się w
wolną i energiczną wymianę poglądów i opinii oraz spotykania się w celu odbycia
dyskusji na ciekawe tematy i spotkania się z ludźmi o podobnych
zainteresowaniach i wartościach, z bratnimi duszami”.
Spis obecnych i byłych członków klubu jest niczym księga kanadyjskiej elity
intelektualnej: dwóch członków jest laureatami Nagrody Nobla, sześciu otrzymało
tytuł szlachecki (knighood), a około
200 jest laureatami Orderu Kanady, najwyższego odznaczenia kanadyjskiego. Poza
tym, wszyscy członkowie słynnej grupy malarzy kanadyjskich, „Grupy Siedmiu” (Group of Seven), byli członkami klubu i
regularnie spotykali się na lunchu w klubie. Istnieje bardzo znana fotografia
siedzących w Klub Sztuki i Literatury sześciu członków „Grupy Siedmiu”, którą
tutaj zamieszczam.
Sześciu członków Grupy Siedmiu (Group of Seven), plus ich przyjaciel, Barker Fairley, w 1920 r. Od lewej do prawej strony: Frederick Varley, A. Y. Jackson, Lawren Harris, Barker Fairley, Frank Johnston, Arthur Lismer, and J. E. H. MacDonald. Zdjęcie zostało zrobione w Klubie Sztuki i Literatury (The Arts and Letters Club of Toronto) przez Arthura Goss'a. Źródło nieznane, Public Domain, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=6489569
Ponieważ jest to klub prywatny, otwarty jedynie dla członków i ich gości, nigdy
przedtem nie udało mi się do niego zawitać. Ale parę lat temu, gdy akurat
przechodziłem koło budynku, właśnie opuszczało go wiele osób—zapewne zakończyła
się jakaś impreza—i po prostu wszedłem do środka, spędzając w nim ponad godzinę
i bez przeszkód zwiedzając każdy jego dostępny zakamarek! Gdybym obecnie
mieszkał w Toronto, z pewnością zostałbym jego członkiem – nie dlatego, że
jestem artystą, ale z przyjemnością uczestniczyłbym w regularnie organizowanych
przez klub imprezach: spotkaniach z pisarzami, prelekcjach, koncertach,
pogadankach ze znanymi i ciekawymi osobistościami i prezentacjach na różnorakie
intrygujące tematy.
Pan Allen powiedział, że kilka lat temu przemawiał w klubie, stojąc
dokładnie w miejscu, w którym prawie 100 lat temu przemawiał jego dziadek, jako
prezes Klubu Sztuki i Literatury. Z pewnością musiało być to niepowszednie uczucie!
Dowiedziałem się również, że C.W. Jefferys zmarł w 1951 roku przy ulicy 4111
Yonge Street w Toronto – co ciekawe, dom wciąż tam stoi, choć otoczony jest
mnóstwem nowych biurowców. Tabliczka na nim cytuje jego wypowiedź:
„Jeśli moja twórczość wzbudziła jakiekolwiek
zainteresowanie naszym krajem i jego przeszłością, wynagrodzono mnie z nawiązką”.
Mogę jednoznacznie oznajmić, że u mnie jego twórczość wzbudziła ogromne
zainteresowanie Kanadą i jej przeszłością!
„Misja rozwijała się, a ojcowie jezuici wspólnie wykonywali
różne prace. W niektórych wioskach zbudowano małe drewniane kapliczki, którymi
kierowali księża-rezydenci. Centrum działalności ustanowiono w Ste. Marie, nad
rzeką Wye, w pobliżu obecnego miasta Midland. W tym miejscu w 1639 r. wzniesiono
kamienny fort z kaplicą, szpitalem i domami dla misjonarzy i robotników. Znajdowały
się tam pola uprawne, ptactwo, świnie, a nawet bydło, sprowadzone z
niewiarygodnym trudem rzeką Ottawa. Przyszłość
wydawała się obiecująca, ale nadciągała nieunikniona klęska. Między Huronami a
ich pobratymcami, Irokezami, istniała śmiertelna wrogość. Lepiej uzbrojeni i
zorganizowani Irokezi nie tylko atakowali trasę z Ottawy do Quebec i obrzeża
Huroni, ale również przeniknęli do serca kraju. Dochodziło do kolejnych
najazdów, a w 1648 r. pierwszy jezuita, ksiądz Daniel, zginął w czasie zniszczenia
wsi St. Joseph, niedaleko jeziora Simcoe”.
Kanadyjski poeta E.J. Pratt (1882-1964) w 1940 napisał „Brébeuf i jego Bracia”,
epos o misji Jean’a de Brébeuf’a i jego siedmiu towarzyszy-jezuitów
mieszkających z Huronami, o założeniu przez nich misji Sainte-Marie-Among-the-Hurons, i ich ostatecznym męczeństwie zadanym
przez Irokezów. W tym samym roku autor otrzymał jedną z trzech Nagród Gubernatora
Generalnego Kanady z dziedziny poezji. W taki sposób wiersz Pratt’a opisuje założenie
misji Sainte-Marie (wiersz podaję w oryginalnym brzmieniu—tłumaczenie na polski
okazało się zbyt skomplikowanym i pracochłonnym przedsięwzięciem):
AKTUALIZACJA, PAŹDZIERNIK 2025 ROKU: Używając ChatGPT, zrobiłem tłumaczenie tego wiersza i zamieszczam go poniżej
“The migrant habits of the Indians
With their desertion of the villages
Through pressure of attack or want of food
Called for a central site where undisturbed
The priests with their attendants might pursue
Their culture, gather strength from their devotions,
Map out the territory, plot the routes,
Collate their weekly notes and write their letters.
The roll was growing—priests and colonists,
Lay brothers offering services for life.
For on the ground or on their way to place
Themselves at the command of Lalemant,
Superior, were (…). And so to house
Them all the Residence—Fort Sainte Marie!
Strategic as a base for trade or war
The site received the approval of Quebec,
Was ratified by Richelieu who saw
Commerce and exploration pushing west,
Fulfilling the long vision of Champlain—
‘Greater New France beyond those inland seas.’
The fort was built, two hundred feet by ninety,
Upon the right bank of the River Wye:
Its north and eastern sides of masonry,
Its south and west of double palisades,
And skirted by a moat, ran parallel
To stream and lake. Square bastions at the corners,
Watch-towers with magazines and sleeping posts,
Commanded forest edges and canoes
That furtively came up the Matchedash,
And on each bastion was placed a cross.
Inside, the Fathers built their dwelling house,
No longer the bark cabin with the smoke
Ill-trained to work its exit through the roof,
But plank and timber—at each end a chimney
Of lime and granite field-stone. Rude it was
But clean, capacious, full of twilight calm.
Across the south canal fed by the river,
Ringed by another palisade were buildings
Offering retreat to Indian fugitives
Whenever war and famine scourged the land.”
*********
Wędrowny los plemion indiańskich,
Ich wioski pustoszałe w głód i w bitwach,
Zmuszały ojców, by wśród puszcz i ciszy
Założyli miejsce trwałe — święte schronienie,
Gdzie w spokoju mogli modły swe zanosić,
Wiedzę szerzyć, z modlitw czerpać siłę,
Mapy kreślić, drogi w głąb wyznaczać,
Noty zbierać, listy pisać co tydzień.
Rosła liczba dusz — i księży, i kolonów,
I braci świeckich, co oddali życie służbie.
Bo wszyscy oni, z bliska lub z daleka,
Szli, by służyć Lalemantowi, przełożonemu.
A by ich wszystkich pomieścić — wzniesiono
Rezydencję, Fort Sainte-Marie!
Strategiczny, jak twierdza handlu i obrony,
Zyskał łaskę Quebecu i zgodę Richelieu,
Który widział handel i odkrycia płynące na zachód,
Spełniające wielką wizję Champlaina —
„Nowa Francja, co sięga poza jeziora wnętrza świata.”
Fort stanął — dwieście stóp na dziewięćdziesiąt,
Na prawym brzegu rzeki Wye.
Północ i wschód z kamienia,
Południe, zachód — z palisad podwójnych,
A wokół rów, co biegł wzdłuż wody i jeziora.
Na rogach — bastiony, kwadratowe straże,
Z wieżami, z sypialniami i zbrojowniami,
Patrzyły w las, w czajki, co skrycie
Płynęły w górę Matchedash.
A na każdym bastionie wznosił się krzyż.
Wewnątrz ojcowie dom wznosili nowy —
Już nie chatę z kory, gdzie dym uciekał w szczeliny,
Lecz dom z belek, z desek, z dwoma kominami
Z wapienia i z granitu polnych głazów.
Surowy — lecz czysty, przestronny, spokojny,
Jak zmierzch w dolinie po modlitwie.
Za kanałem, co rzeka karmiła,
Znów otoczony palisadą wznosił się
Przytułek dla Indian zbiegłych z wojen,
By mieli schron, gdy głód i wojna
Pustoszyły ziemię ich przodków.
Jako że Sainte Marie Among the Huron
zawsze kojarzy się z męczeństwem, chciałbym wspomnieć o innej tragedii, która
wydarzyła się w Peru 360 lat później, ale poniekąd łączy się z tym miejscem. W
2009 roku spotkałem w Ontario Jarka Frąckiewicza i Celinę Mróz, polskich
kajakarzy, którzy przepłynęli z Georgian Bay do rzeki Ottawa River. W maju 2011
r. udali się do Peru i płynąc kajakiem po rzece Ukajali, 27 maja 2011 r.
zostali bez powodu zamordowani przez miejscowych Indian (więcej informacji znajduje
się moim blogu: https://ontario-nature-polish.blogspot.com/2011/07/french-river-dokis-2011.html). Podczas swojej wizyty w Kanadzie w 2009
roku m. in. odwiedzili skansen-muzeum Sainte
Marie Among the Hurons i opublikowali to zdjęcie na swojej stronie
internetowej, jak stoją przed kaplicą:
Jarek Frąckowiak i Celina Mróz w skansenie Ste. Marie Among the Hurons w 2009 roku, wraz z pracownikami
Misja Saint-Louis
Niedaleko Sainte-Marie Among Hurons
znajduje miejsce historyczne Kanady, Misja Saint-Louis, w której schwytano jezuitów
Jean’a de Brébeuf’a i Gabriela Lalemant’a. Historyczna tablica na wzniesionym kopcu
głosi:
„Saint-Louis to nazwa nadana przez jezuitów
palisadowej wiosce Ataronchronon w latach czterdziestych XVII wieku. Rankiem 16
marca 1649 r. duża grupa wojenna Irokezów zaatakowała sąsiednią wioskę
Teanhatentaron (Saint-Ignace), a następnie napadła na Saint-Louis. Wśród
schwytanych pośród ruin Saint-Ignace i wywiezionych na śmierć byli ojcowie Jean
de Brébeuf i Gabriel Lalemant, którzy prowadzili misję w Saint-Louis. W ciągu
roku najazdy Irokezów zniszczyły Huronie i rozproszyły jej niegdyś liczną populację”.
Dwie tablice informacyjne zawierają następujący opis:
„Przybycie jezuitów do Nowej Francji w 1625 r.
przyniosło wiele zmian i stworzyło podziały między tradycyjnymi członkami
plemienia Huron-Wendat a tymi, którzy zdecydowali się nawrócić. W tym czasie
Konfederacja Irokezów zaczęła rozszerzać swoje terytorium na Huroni. Ekspansja
doprowadziła obie konfederacje do narastającego konfliktu i w rezultacie doszło
do zniszczenia misji St. Ignace II, St. Louis i St. Marie, rozproszenia
Huron-Wendat z Huroni i wycofania się jezuitów do Quebec. Podobne konflikty
trwały w regionie Wielkich Jezior aż do podpisania Wielkiego Pokoju
Montrealskiego w 1701 roku.
Historyczny sojusz między Huron-Wendat i
Francuzami głęboko naznaczył historię Kanady. Dla dzisiejszych potomków Huron-Wendat
ważne jest, aby odwiedzający to miejsce uświadomili sobie, że duch Huron-Wendat
jest zawsze obecny na terytorium Huroni”.
„Na początku lat czterdziestych XVI wieku miejsce
to było siedzibą głównej wioski ludu Ataronchronon z Konfederacji Huron-Wendat
(8endat) Huroni. Członkowie społeczności Huron-Wendat uprawiali kukurydzę słoneczniki,
jabłka, śliwki, winogrona, orzechy, jagody i dynie jak też polowali na bobry,
ryby i jelenie. Wioski często przenosiły się co 8 do 12 lat, gdy piaszczysta
gleba na polach wyjawiała się. Ludność Konfederacji Irokezów prowadziła bardzo
podobny, oparty na rolnictwie styl życia na terytorium na południe od jeziora
Ontario, znanym jako Dolina Mohawków (Mohawk
Valley). Naród Huron-Wendat jako pierwszy w tym regionie zetknął się z
europejskimi odkrywcami, ich zwyczajami, z bronią, z ekonomią, z religią i z
ich nowymi chorobami. Rozwój handlu futrami w XVII wieku wytworzył rosnącą
presję kulturową na narody aborygeńskie w miarę rozszerzania się kolonii
narodów europejskich. Do 1640 r. liczne epidemie w całej Huroni znacznie
zmniejszyły populację narodu Huron-Wendat z 30.000 do 10.000 osób”.
„Najcięższy cios spadł w następnym roku. Wczesnym
rankiem 17 marca [1649 r.] oddział wojenny składający się z tysiąca dwustu
Irokezów niepostrzeżenie wdarł się do wioski St. Ignace, około siedmiu mil od misji
Ste. Marie. Jej obrońcy zostali zabici, a wieś spalona. Irokezi napadli na
następną wioskę, St. Louis. Tutaj zamieszkiwał ksiądz Brébeuf i jego asystent
misjonarz, ksiądz Gabriel Lalemant, którzy dotarli do Huroni zaledwie rok
wcześniej. Lalemant był fizycznie uderzającym kontrastem do Brébeuf’a, o
kruchej i delikatnej kondycji zdrowotnej; pomimo intensywnego pragnienia
wyjazdu jako misjonarz do Kanady, jego przełożeni od dawna mu tego odmawiali.
Ale jego duch był równie stanowczy, jak jego silniejszego towarzysza. Obaj
odmówili opuszczenia swoje indiańskie grupy wiernych, chociaż Huronowie
błagali, aby uciekli do Ste. Marie. Pozostali w środku walk, aby móc udzielić ostatnich
obrzędów kościelnych swoim rannym i umierającym nawróconym Indianom. Huronowie,
liczący tylko około osiemdziesięciu wojowników, walczyli dzielnie, ale Irokezi
wkrótce przedarli się przez obronę i schwytali ocalałych, w tym dwóch
misjonarzy.
A w taki sposób E.J. Pratt w swoim opisowy wierszu „Brébeuf i jego Współbracia”
przedstawił wydarzenia, które miały miejsce w Misji Saint-Louis (wersja oryginalna):
AKTUALIZACJA, PAŹDZIERNIK 2025 ROKU: Używając ChatGPT, zrobiłem tłumaczenie tego wiersza i zamieszczam go poniżej
Less than two hours it took the Iroquois
To capture, sack and garrison St. Ignace,
And start then for St. Louis. The alarm
Sounded, five hundred of the natives fled
To the mother fort only to be pursued
And massacred in the snow. The eighty braves
That manned the stockades perished at the breaches;
And what was seen by Ragueneau and the guard
Was smoke from the massed fire of cabin bark.
Brébeuf and Lalemant were not numbered
In the five hundred of the fugitives.
They had remained, infusing nerve and will
In the defenders, rushing through the cabins
Baptizing and absolving those who were
Too old, too young, too sick to join the flight.
And when, resistance crushed, the Iroquois
Took all they had not slain back to St. Ignace.
**********
Nie minęły dwie godziny, gdy Irokezi
Zdobyli, złupili i obsadzili św. Ignacego,
A potem ruszyli ku św. Ludwikowi.
Zabrzmiał alarm — pięciuset tubylców uciekło
Do matczynego fortu, lecz ścigani
Zginęli w śniegu, siekani bez litości.
Osiemdziesięciu wojowników broniących palisad
Padło w przełomach, wśród dymu i krzyków;
A to, co ujrzeli Ragueneau i straż,
Był dym, co wzbił się z ognia płonących chat.
Brébeuf i Lalemant nie znaleźli się
Wśród pięciuset zbiegów.
Zostali — by dodać ducha i odwagi obrońcom,
By biec przez chaty, chrzcić i rozgrzeszać
Tych zbyt starych, zbyt młodych, zbyt słabych,
By mogli uciec.
A gdy opór zgasł, Irokezi
Zabrali wszystko, co żyło —
Z powrotem do św. Ignacego.
Misja Saint Ignace II
W niewielkiej odległości od Misji Saint-Louis znajduje się misja św.
Ignacego II (Saint Ignace II). Po schwytaniu misjonarzy Jean’a de Brébeuf’a i
Gabriela Lalemant’a w misji Saint-Louis, zostali oni sprowadzeni z powrotem do
Saint Ignace II i tutaj zabici.
Mapa misji St. Ignace sporządzona przez Wilfrid Jury w 1946 roku
Św. Ignacy II była jedną z kilku misji jezuickich. 16 marca 1649 został
zaatakowana i zdobyta przez Irokezów, którzy następnie zaatakowali wioskę i
misję St. Louis. Jezuiccy misjonarze Jean de Brébeuf i Gabriel Lalemant zostali
schwytani, sprowadzeni z powrotem do St. Ignace II i po przejściu straszliwych
tortur, zamordowani następnego dnia. Misja św. Ignacego II w 1955 roku została
uznana za narodowe miejsce historyczne Kanady.
Męczeństwo Brébeuf'a i Lalemant'a. Jefferys, Charles W. 1942. The Picture Gallery of Canadian History Vol. 1, p.106. Żródło: https://www.cwjefferys.ca/martyrdom-of-brebeuf-and-lalemant
Na polu, pod otwartą wiatą stoi duży brukowany krzyż i ołtarz, wzniesiony
przez Jezuitów. Tablica w ołtarzu upamiętnia Alphonse'a Arpina i jego pomocnika
T.G. Connon, który „niestrudzenie pracował nad odnalezieniem lokalizacji misji St.
Ignace II”. Jest tam też krzyż, najprawdopodobniej w miejscu męczeństwa dwóch
misjonarzy.
W lipcu i sierpniu w każdą środę o godzinie 15:00 odprawiana jest tu Msza
św. Patrizia również mnie poinformowała, ze 9 października 2021 r. była
zorganizowana finałowa pielgrzymka roku z misji St. Marie Among the Hurons do wioski Huronów St. Ignace, razem 15
kilometrów, w której wzięła udział—prowadziła trasą, którą po raz ostatni przed
śmiercią przemierzyli Brébeuf i Lalemant.
Podczas moich niedawnych corocznych rekolekcji w Manresie w listopadzie
2021 r. znalazłem artykuł o męczeństwie Brébeuf’a i Lalemant’a oraz fotografię z
1967 roku, na której o. Pedro Arrupe, Generał Jezuitów, klęczy dokładnie w
miejscu, w którym zamęczono obu jezuitów w St. Ignace.
Podczas wizyty do Kanady w 1967 roku, o. Pedro Arrupe, Generał Zakonu Jezuitów, uklęknął dokładnie w miejscu, gdzie Św. Jean de Brébeuf i Gabriel Lalemant ponieśli męczeńską śmierć
„[Brébeuf i Lalemant] zostali zaprowadzeni z
powrotem do St. Ignace i poddani straszliwym torturom, jakie Irokezi zadawali
swoim więźniom. Brébeuf cierpiał przez cztery godziny, aż wreszcie wódz [Irokezów]
wyciął mu serce i zakończył jego agonię. Lalemant, pomimo swojej wątłej budowy
ciała, pozostał przy życiu przez czternaście godzin, zanim również on podzielił
los Brébeuf’a. W wyniku tej nieustannej wojny naród Huronów został rozproszony,
a niedobitki szukały schronienia w sąsiedztwie Quebec, gdzie dziś, w wiosce
Lorette, nadal mieszkają ich potomkowie, w większości posiadając krew francuską”.
Ponownie pragnę zacytować fragmenty wiersza E.J. Pratt’a, przedstawiające wydarzenia,
które rozegrały się po tym, jak Brébeuf i Lalemant zostali schwytani w Misji St.
Louis i zabrani do Misji St. Ignace II (wersja oryginalna):
AKTUALIZACJA, PAŹDZIERNIK 2025 ROKU: Używając ChatGPT, zrobiłem tłumaczenie tego wiersza i zamieszczam go poniżej
And when, resistance crushed, the Iroquois
Took all they had not slain back to St. Ignace,
The vanguard of the prisoners were the priests.
Three miles from town to town over the snow,
Naked, laden with pillage from the lodges,
The captives filed like wounded beasts of burden,
Three hours on the march, and those that fell
Or slowed their steps were killed.
(…)
No doubt in the mind of Brébeuf that this was the last
Journey—three miles over the snow.
(…)
By noon St. Ignace! The arrival there
The signal for the battle-cries of triumph,
The gauntlet of the clubs.
(…)
The Iroquois had waited long
For this event. Their hatred for the Hurons
Fused with their hatred for the French and priests
Was to be vented on this sacrifice,
And to that camp had come apostate Hurons,
United with their foes in common hate
To settle up their reckoning with Echon [Brébeuf].
Now three o’clock, and capping the height of the passion,
Confusing the sacraments under the pines of the forest,
Under the incense of balsam, under the smoke
Of the pitch, was offered the rite of the font. On the head,
The breast, the loins and the legs, the boiling water! (…)
The fury of taunt was followed by fury of blow.
Why did not the flesh of Brébeuf cringe to the scourge,
Respond to the heat, for rarely the Iroquois found
A victim that would not cry out in such pain—yet here
The fire was on the wrong fuel. Whenever he spoke,
It was to rally the soul of his friend whose turn
Was to come through the night while the eyes were uplifted in prayer,
Imploring the Lady of Sorrows, the mother of Christ,
As pain brimmed over the cup and the will was called
To stand the test of the coals.
(…)
In the thews of his thighs which had mastered the trails of the Neutrals?
They would gash and beribbon those muscles. Was it the blood?
They would draw it fresh from its fountain. Was it the heart?
They dug for it, fought for the scraps in the way of the wolves.
(…)
The wheel had come full circle with the visions
In France of Brébeuf poured through the mould of St. Ignace.
Lalemant died in the morning at nine, in the flame.
**********
A gdy, po zdławieniu oporu, Irokezi
Zabrali tych, których nie zdołali zabić, z powrotem do św. Ignacego,
Na czele jeńców szli kapłani.
Trzy mile z miasta do miasta przez śnieg,
Nadzy, obładowani łupem z chat,
Szli pojmani jak zranione zwierzęta juczne,
Trzy godziny marszu — a tych, co padli,
Lub zwolnili kroku, dobijano na miejscu.
(…)
Nie miał Brébeuf wątpliwości, że to była
Ostatnia podróż — trzy mile przez śnieg.
(…)
W południe — św. Ignacy! A ich przybycie
Stało się sygnałem do okrzyków zwycięstwa,
Do biegu przez pałujący szpaler.
(…)
Irokezi długo czekali na ten dzień.
Ich nienawiść do Huronów
Stopiła się z nienawiścią do Francuzów i księży,
By wybuchnąć w tej ofierze.
Do obozu przyszli także odszczepieńcy z Huronów,
Złączeni z wrogiem wspólną nienawiścią,
By wyrównać rachunki z Echonem — Brébeufem.
Teraz godzina trzecia — szczyt szału.
Wśród sosen, w dymie żywicy i balsamicznej woni,
Pomieszano sakramenty —
Pod kadzidłem igliwia, pod dymem smoły
Odprawiono rytuał chrztu: na głowę,
Na pierś, na biodra i nogi — wrząca woda!
(…)
Po fali szyderstw nadeszła fala ciosów.
Czemu ciało Brébeufa nie drgnęło pod biczem,
Nie zadrżało w żarze? Irokezi rzadko widywali
Ofiarę, co nie krzyczy w takim bólu — a tu
Ogień trafił na złą pochodnię.
Ilekroć przemówił, to tylko po to, by dodać ducha
Przyjacielowi, którego kolej
Miała nadejść nocą — z oczami wzniesionymi ku niebu,
Z błaganiem do Matki Boleściwej, Matki Chrystusa,
Gdy kielich bólu się przepełniał, a wola
Musiała wytrwać w próbie żaru.
(…)
W ścięgnach jego ud, które znały szlaki Neutralnych —
Rżnęli i wstążkowali mięśnie. Czy to o krew chodziło?
Ściągali ją świeżą z samego źródła. A serce?
Wykopali je, walczyli o jego strzępy jak wilki.
(…)
Koło zatoczyło pełen obrót — wizje
Z Francji Brébeufa przelały się w formę św. Ignacego.
Lalemant zginął rankiem, o dziewiątej — w płomieniach.
W jeden dzień udało mi się zwiedzić trzy historycznie bardzo ważne miejsca.
Mam nadzieję, że Sanktuarium zostanie ponownie otwarte w 2022 r. i że będę w
stanie go ponownie odwiedzić. Jednakże gdy piszę te słowa – 5 stycznia 2022 r.
– z powodu nowego wariantu COVID-19, Omicron, prowincja Ontario ma ponad 10
tysięcy udokumentowanych przypadków nowych infekcji dziennie – a rzeczywista
liczba jest prawdopodobnie od 5 do 10 razy wyższa. Trudno jest obecnie robić
jakiekolwiek plany na przyszłość.
W parku Six Mile Lake miałem zrobioną drugą rezerwację w pierwszej połowie października,
2021 roku, nawet na tym samym miejscu biwakowym, koło stawu bobrowego—zamierzałem
spędzić tam Thanksgiving Day, Dzień
Dziękczynienia, i pozostać jeszcze jedną noc, opuszczając park12 października—w
dniu jego zamknięcia na sezon. Chociaż niezmiernie pragnąłem odbyć tą ostatnią
wycieczkę biwakową, prognoza pogody zapowiadała właściwie każdego dnia bardzo
duże prawdopodobieństwo opadów, co było główną przyczyną, że wyjazd odwołałem.