Park
Prowincjonalny Six Mile Lake może nie należy do czołowych
parków Ontario i ma pewne wady — m.in. wielu odwiedzających
narzeka na hałas dochodzący z autostrady 400. Jednak jego bliskość
do Toronto (169 km), a także jeziora, lasy, stawy bobrowe,
plaże i malownicze szlaki sprawiają, że jest to wspaniałe miejsce
do odwiedzenia.
Droga w parku Six Mile Lake
Moja
pierwsza wizyta w tym parku miała miejsce w lipcu 1993
roku, zaledwie miesiąc po tym, jak kupiłem nowiutką Toyotę
Corollę. Wówczas
wybrałem się z Tadeuszem Paskiem,
znanym
polskim popularyzatorem jogi i jego synem Krzysztofem i
m.in. wypożyczyliśmy motorówkę i spędziliśmy cały dzień, od
wschodu do zachodu słońca, na zatoce Georgian Bay, łowiąc ryby (i
złapaliśmy sporo).
Co ciekawe, na sąsiednim miejscu biwakował z rodziną facet
pochodzenia japońskiego. Okazało się, że nazywał
się Fujimoto, był
profesorem fizyki i że świetnie znał
kolegę Krzysztofa ze studiów (który
potem został profesorem na uniwersytecie w Toronto)--czy świat nie jest mały? Od
tamtej pory odwiedziłem
ten
park
ponad dwadzieścia razy.
Na
długi weekend z okazji Dnia Kanady w czerwcu/lipcu 2024 udało
mi się zarezerwować piękne, prywatne, przestronne i malownicze
miejsce (44°53'53.7"N 79°45'22.7"W / 44.898250,
-79.756300) na jeden tydzień.
A w tym miejscu rozbiłem namiot
Po
kilku dniach samotnego biwakowania w 2024 roku dołączył do
mnie mój kolega Guy [francuska wymowa imienia „Guy” to
„gi”]. Chociaż park był pełen turystów podczas tego
popularnego weekendu, widzieliśmy tylko kilka zajętych miejsc w
pobliżu stawu bobrowego. Poza tym prawie nie odczuwaliśmy obecności
tłumów, spędzając czas na długich, ciekawych rozmowach i
wspominaniu różnych historii z naszego życia i wspólnych wypraw.
W
2009
roku Guy założył i przez wiele lat prowadził grupę
www.meetup.com
o nazwie „Toronto
Weekend Adventurers”,
która szybko rozrosła się do kilku
tysięcy członków i organizowała mnóstwo wydarzeń. Choć nie
jest już w niej aktywny, wciąż ma ogromną ilość fascynujących
historii do opowiedzenia.
**********
Jeśli
czytaliście
moje wcześniejsze blogi, z pewnością natknęliście
się już nieraz na jeden z moich ulubionych motywów: świat
jest mały.
Zazwyczaj za takimi stwierdzeniami kryje się jakaś historia — a
skoro wcześniej wspomniałem o Guy, to wydaje się, że to idealny
moment, by opowiedzieć kolejną z nich.
Guy przywiózł ze sobą Bluetti Power Station (baterię) wraz z 4 Solar Panels, 400 W, które szybko naładowały baterię. Do tego posiadał też lodówkę samochodową na 12 V, którą można było ładować albo w samochodzie, albo z baterii Bluetti. Oczywiście lodówka była "Made in China" i posiadała przyklejoną taką oto notatkę, napisaną "pięknym" językiem angielskim:
Jedzenie jeśli potrzebuje zamrożony efekt, musi być przechowywanie w tym produkcie co najmniej 20 godzin. Włóż jedzenie do lodówki na 12 godzin potem przenieś do tego produktu, użycie będzie lepszy efekt.
Ojciec
Guy był belgijskim urzędnikiem państwowym i w latach 50. oraz 60.
XX wieku pracował w Kongu Belgijskim. Choć sam Guy urodził
się w Belgii (a połowa jego rodzeństwa w Kongu), kilka ważnych,
formujących lat dzieciństwa spędził właśnie w Kongu. Kraj ten
uzyskał niepodległość 30 czerwca 1960 roku, a jego
pierwszym szefem rządu został Patrice Lumumba.
Ten blok po lewej stronie to ul. Syreny 44-nawet można zobaczyć mój balkon na szóstym piętrze. Podobne bloki za nim mieściły się na ulicy Lumumby (obecnie Płocka). Źródło: Polska Kronika Filmowa 1945 - 1990 Wytwórnia Filmów Dokumentalnych i Fabularnych WFiD Warszawa
W
tym miejscu pozwolę sobie na krótką osobistą dygresję. W latach
1963–1969 mieszkałem jako mały szkrab na ulicy Syreny w
Warszawie. Niedaleko
naszego domu znajdowała się ulica nosząca imię Patrice’a
Lumumby. W efekcie znałem to nazwisko od bardzo wczesnych lat,
na długo zanim miałem jakiekolwiek pojęcie, kim był ten człowiek
i dlaczego zapisał się w historii. Dopiero później, z czystej
ciekawości, zacząłem zgłębiać jego losy. Niejednokrotnie w
dorosłym życiu udawało mi się zresztą zrobić wrażenie na
rozmówcach, poprawnie wymawiając jego imię i nazwisko oraz
mimochodem wyjaśniając, kim był i dlaczego odegrał tak istotną
rolę. Sama ulica Lumumby istniała pod tą nazwą w latach
1961–1993; po upadku komunizmu przywrócono jej historyczną nazwę
— ulicę Płocką.
Wracając
jednak do Konga. Zaledwie tydzień po ogłoszeniu niepodległości
wybuchła brutalna rebelia, a w wielu regionach Europejczycy stali
się bezpośrednim celem ataków. W ciągu kilku tygodni belgijskie
wojsko — a następnie siły interwencyjne ONZ — rozpoczęły
ewakuację zdecydowanej większości spośród ponad 80 tysięcy
Belgów mieszkających i pracujących wówczas w kraju. Wśród
ewakuowanych znalazła się także rodzina Guy, która ostatecznie
bezpiecznie dotarła do Belgii, gdzie została powitana przez
Elżbietę Bawarską (Elisabeth Gabriele Valérie Marie),
królową wdowę.
Po
zakończeniu swojej misji w Kongu ojciec Guy kontynuował
karierę dyplomatyczną jako belgijski urzędnik konsularny —
najpierw w Nowym Jorku, a później w Toronto (przez
jakiś czas pełniąc obowiązki konsula),
gdzie oczywiście mieszkał wraz z rodziną, a Guy, jako młody
chłopak, często unikał różnego rodzaju tarapatów, legitymując
się dyplomatycznym paszportem—tak, był „nietykalny”! Po
zakończeniu kariery dyplomatycznej jego ojciec z żoną pozostał w
Kanadzie—jak też jego sześcioro dzieci zamieszkało w Kanadzie i
w USA.
Przed budynkiem na ulicy 8 King Street East w Toronto, wraz z moją koleżanką z pracy. To zdjęcie było zrobione dnia 3 sierpnia 1985 roku!
Choć
poznałem Guy i jego ojca dopiero w 2007 roku, jest bardzo
możliwe, że nasze drogi krzyżowały się wielokrotnie już
wcześniej. Belgijski Konsulat w
Toronto mieścił się bowiem na 19. piętrze Royal Bank Building
przy ulicy 8 King Street East — budynku znajdującego się
na jednym z najbardziej prestiżowych skrzyżowań ulic w mieście,
Yonge & King, który w chwili ukończenia w 1915
roku był najwyższym obiektem w całym Imperium Brytyjskim.
Nota
bene, niemal vis-à-vis owego biurowca znajdował się słynny King
Edward Hotel, w którym w maju 1969 roku John Lennon
i Yoko Ono zatrzymali się w tym samym Apartamencie Królewskim
(Royal Suite), w którym Beatlesi mieszkali w 1964
roku. Podczas tej wizyty organizowali konferencje prasowe promujące
swoją akcję „bed-in for peace” oraz spotykali się z fanami i
mediami zaledwie kilka dni przed swoim słynnym montrealskim
„bed-inem”.
King Edward Hotel w Toronto. Źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:King_Edward_Hotel_2025.jpg
Również
podczas pobytu w Toronto w 1988 roku, z okazji szczytu
„Siódemki” (G7 Summit), premier Wielkiej Brytanii
Margaret Thatcher zatrzymała się w King Edward Hotel. Tego
dnia po raz pierwszy spóźniłem się do pracy, czekając przed nim pół godziny,
zanim się pojawiła i pomachała w naszą stronę.
Budynek na ulicy 8 King Street East w Toronto-the Royal Bank Building. Żródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Royal_Bank_Building_Toronto_1.jpg
Co
ciekawe, pod koniec 1982 roku podjąłem swoją pierwszą
pracę w Kanadzie właśnie w tym wieżowcu, również na 19.
piętrze, w niewielkiej, acz prężnej i renomowanej firmie
maklerskiej & inwestycyjnej (ta praca miała ogromny wpływ na
moje przyszłe życie w Kanadzie, ale to już oddzielna historia). Od
czasu do czasu mijałem pracowników belgijskiego konsulatu —
najprawdopodobniej także ojca Guy — nie mając najmniejszego
pojęcia, że nasze życiowe ścieżki kiedyś naprawdę się
przetną.
**********
We wrześniu 2025 roku ponownie zaprosiłem do parku Guy, wraz z dwojgiem innych znajomych, lecz prognozy zapowiadały kilka dni deszczu, toteż nikt nie przyjechał. Postanowiłem jednak pojechać sam. Wyruszyłem z domu rano — deszcz miał spaść później. Po drodze zatrzymałem się w Tim Hortons w King City.
W budynku zauważyłem wielki napis: "Pumpkin is Here" (Pumpkin Jest Tutaj)-reklama Starbucks promująca Pumpkin Cream Cold Brew i Pumpkin Spice Latte. Natychmiast zrobiłem zdjęcie i wysłałem je do Catherine z następującą wiadomością: "Piszą, że jesteś tutaj, ale nie mogę Cię znaleźć!" Dla wyjaśnienia: Catherine bardzo często nazywam "Pumpkin"! Zatrzymałem się raz jeszcze w Tim Hortons w Port Severn i i dotarłem do parku przed południem we wtorek, 23 września 2025. Było pochmurno, gorąco i
wilgotno; zaczęło padać dopiero późnym wieczorem. Udało mi się
biwakować na tym samym miejscu, na którym byłem w 2024 roku
z Guy. Dzięki rozwieszonej nad parkowym stołem plandece mogłem
wygodnie siedzieć na zewnątrz podczas deszczu. Zresztą padało
jedynie przez noc i wczesny ranek.
We wrześniu 2025 roku postawiłem namiot w tym samym miejscu
Delikatny
dźwięk deszczu uderzającego o namiot był tak kojący, że po
przebudzeniu około 8 rano ponownie zasnąłem i wstałem dopiero o
11, gdy deszcz ustał. Od piątku do poniedziałku pogoda była
słoneczna i sucha, więc gratulowałem sobie decyzji, że nie
odwołałem wyjazdu.
Widok z miejsca namiotowego był przecudowny!
Przez
pierwsze cztery noce wydawało się, że jestem jedynym biwakującym
w okolicy — mogłem cieszyć się kompletną ciszą i spokojem! W
weekend park się zapełnił, lecz w niedzielny wieczór powtórnie
zrobiło się cicho, a większość miejsc kempingowych opustoszała.
Bobry były wszechobecne!
Podczas
obu pobytów rozbiłem namiot w tym samym miejscu, co w ubiegłym
roku — około 2 metry od stawu bobrowego i 7 metrów od bobrowego
żeremia. Moim zdaniem, to było jedno z najpiękniejszych miejsc w
całym parku. Spędzałem godziny, obserwując bobry, które
były szczególnie aktywne podczas mojej wrześniowej wizyty. Prawie
o każdej porze można było zobaczyć jednego lub więcej —
pływających, ciągnących gałęzie, jedzących, myjących się lub
niezdarnie człapiących po lądzie w pobliżu mojego obozowiska.
Czasem widziałem aż cztery jednocześnie!
Niedokończona robota bobrów! Nasze i te tak bardzo pracowite zwierzątka czasami zaniechują dalszej pracy
Nie
były zbyt oswojone, ale tak długo jak się zbytnio nie poruszałem
lub robiłem im zdjęcia, nie zwracały na mnie uwagi. Obserwowanie
ich było naprawdę dużą przyjemnością. W nocy, zasypiając,
słyszałem głośne uderzenia ich płaskich ogonów o lustro wody.
Staw bobrowy oraz po prawej stronie mocna tama bobrowa, bez której stałby się one jedynie trzęsawiskiem
We
wcześniejszych latach często widywałem przy stawie bobrowym czaple
modre, lecz podczas tych wyjazdów nie zauważyłem ani jednej.
Strażnik parku powiedział mi później, że nadal je tam widywano,
więc być może to tylko chwilowa nieobecność. Większość z nich
migruje na południe w połowie września, więc prawdopodobnie po
prostu je przegapiłem.
Wiewióreczki ziemne, "chipmunks", non-stop goniły się na moim miejscu i zbierały żołędzie
Jedynymi
innymi zwierzętami, które regularnie widywałem, były wiewiórki
pręgowane (chipmunks), biegające tam i z powrotem,
zbierające żołędzie. Były bardzo terytorialne i często goniły
się nawzajem. Ku mojemu zaskoczeniu, nie były zbyt przyjazne i
nigdy nie próbowały się do mnie zbliżyć — w przeciwieństwie
do wielu innych parków, gdzie te gryzonie szybko kojarzą ludzi z
jedzeniem i nie można się od nich opędzić.
Widok z mojego miejsca biwakowego
Czarne
niedźwiedzie są tu rzadkością, a pracownicy parku
potwierdzili, że od miesięcy nie było żadnych zgłoszonych
obserwacji. Szopy pracze, choć często aktywne nocą, nie
pojawiły się podczas żadnej z moich wizyt. Chociaż grzechotniki
(Eastern Massasauga Rattlesnake), jedyne jadowite węże w
Ontario, można spotkać w okolicach parku (co mi się zdarzyło w
2022 roku), z powodu dziesiątek turystów odwiedzających
corocznie to miejsce, nie spotyka się ich tutaj.
Widok mojego namiotu z miejsca biwakowego znajdującego się po przeciwnej stronie stawu bobrowego
Podczas
biwakowania z Guy codziennie rozpalaliśmy ognisko i siedzieliśmy
przy nim do późna w nocy. Przywiózł nowy generator Bluetti
Power Station wraz z czterema panelami słonecznymi, które
ładował w słoneczne dni. W 2025 roku sam zabrałem mniejszy
model Bluetti Power Station — wystarczający na moje skromne
potrzeby. Ponieważ pogoda była pochmurna, nie zabrałem panelu
słonecznego i zamiast tego ładowałem urządzenie w budynku
sanitarnym parku. W trybie „turbo charge” naładowanie go prawie
do pełna zajmowało mniej niż godzinę, podczas gdy ja siedziałem
w samochodzie z książką lub brałem orzeźwiający prysznic w
nowej „comfort station”.
Nie śmiejcie się, lecz te składniki stanowiły moje codzienne śniadania!
W
2025 roku nie rozpalałem ognisk — nie przepadam za
siedzeniem przy ognisku w samotności. W ogóle nie lubię podróżować
samotnie i w pewnym sensie podziwiam tych, którzy potrafią sami,
bez żadnego towarzystwa, objechać cały świat i nie mają z tym
problemu. Na śniadanie jadłem płatki błonnikowe oraz sześć
cytryn i dwie pomarańcze, z których rano wyciskałem dużą
szklankę świeżego, zdrowego soku. Pojechałem też raz do Tim
Hortons w Port Severn (44°53'53.7"N 79°45'22.7"W /
44.898250, -79.756306) na kawę i muffinkę.
Sanktuarium Męczenników Kanadyjskich w Midland
W
sobotę, 27 września 2025 roku, udałem
się
do Sanktuarium
Męczenników Kanadyjskich
w Midland
(44°44'11.8"N 79°50'32.2"W / 44.736611, -79.842278), aby
uczestniczyć w wieczornej Mszy uzdrowienia, odprawianej przez Ks.
Johna O’Briena SJ,
którego poznałem po raz pierwszy 7
sierpnia 2022
roku w Midland
(dokładnie
3 ½ roku temu, jak piszę te słowa).
Również
prowadzi on rekolekcję w Jezuickim
Ośrodku Rekolekcyjnym „Manresa”
w
Pickering
w Ontario, na które corocznie uczęszczam od 1994
roku, jednakże nigdy nie miałem okazji go tam spotkać. Po
Mszy zatrzymałem się w Walmart, aby kupić świeżą sałatę —
po kilku dniach bez warzyw mój
organizm się ich
domagał,
bo w domu świeże warzywa i sałaty są moim podstawowym, a niekiedy
i głównym pożywieniem.
Moje ulubione miejsce koło namiotu--często tutaj siedziałem i czytałem książki, obserwowałem bobry i rozmawiałem przez Internet
Zaledwie
kilka metrów od stawu bobrowego, obok namiotu, znalazłem formację
skalną przypominającą trochę „fotel”, na której mogłem w
miarę wygodnie siedzieć. Ustawiłem telefon na statywie i
rozmawiałem przez aplikację konwersacji z ludźmi z całego świata.
Ponieważ w tle było widać staw, drzewa i żeremie bobrowe,
niektórzy rozmówcy początkowo sądzili, że używam wirtualnego
tła — dopóki nie zobaczyli prawdziwego bobra przepływającego w
kadrze. Wówczas byli oszołomieni i zachwyceni kanadyjską przyrodą!
Oprócz
Chromebook’a
przywiozłem
też
kilka książek, choć niewiele czasu
spędzałem na czytaniu
— wolałem chłonąć otaczającą mnie naturę. Udało mi się
jednak skończyć fascynującą
autobiografię autorstwa
Gregory’ego Howarda WilliamsaLife
on the Color Line: The True Story of a White Boy Who Discovered He
Was Black
(Życie
na granicy koloru skóry: Prawdziwa historia białego chłopca, który
odkrył, że jest czarny).
Williams dorastał w latach 50. XX
wieku w
stanie Wirginia, wierząc, że jest biały — jego ciemnoskóry
ojciec podawał się za Amerykanina pochodzenia włoskiego — lecz
po przeprowadzce do miasteczka
Muncie
w Indianie
poznał
prawdę o swoim pochodzeniu i wraz
ze swoim bratem zaczął
żyć jako osoba czarnoskóra. Mimo ubóstwa i ogromnych
trudności, zdobył kilka dyplomów uniwersyteckich
i ostatecznie został rektorem Uniwersytetu w Cincinnati, a później
City College of New York.
Gregory Howard Williams
Autor
był brutalnie szczery, opisując swoje życie. Kiedy wraz z ojcem
przeniósł się do Indiany i zaczął żyć jako czarnoskóry,
jego matka zostawiła jego, brata i ojca, wyprowadzając się do
innego stanu. Pewnego dnia ojciec powiedział mu, że widział jego
matkę, która mieszkała w Waszyngtonie „z tym czarnym
draniem, z którym uciekła”, i że „pytała, jak sobie radzicie,
chłopcy”. Gdy młodszy brat autora zapytał ojca, co jej
odpowiedział, ten odparł: „Powiedziałem jej, że jesteście w
Muncie i uczycie się, jak być czarnuchami!” (I
told her you were in Muncie, learning how to be niggers!)
Po
przeczytaniu książki chciałem napisać do niego krótki list z
podziękowaniem, lecz dowiedziałem się, że zmarł zaledwie miesiąc
wcześniej — 12 sierpnia 2025 roku, w wieku 81 lat.
Porannej gimnastyce zawsze towarzyszyło mi słuchanie książek audiobooks
Kilka
razy zatrzymywałem się w sklepie parkowym na kawę ($2,15 CAD za
filiżankę) i z przyjemnością rozmawiałem z bardzo sympatycznym
strażnikiem, który opowiadał mi o parku i swojej pracy.
Jedno z lepszych miejsc biwakowych w parku, na którym wielokrotnie biwakowałem z Catherine, Guy, Krzysztofem, Patrizią i Zoranem
Park
opuściłem rankiem 29 września 2025 roku, zatrzymując się
tylko w Tim Hortons w Port Severn. Ruch na autostradzie nr 400
był niewielki, ale zbliżając się do Toronto, postanowiłem
ułatwić sobie życie, wybierając płatną autostradę nr 407, by
uniknąć ewentualnych korków na autostradzie nr 401.
I jeszcze jedno zdjęcie, przedstawiające widok rozciągający się z mojego miejsca biwakowego!
Oba
wyjazdy okazały się niezmiernie przyjemne i relaksujące. I choć
uwielbiam biwakować w bardziej odległych miejscach, z przyjemnością
powrócę do Parku Prowincjonalnego Six Mile Lake,
aby w nim spędzić nawet
kilka dni pod namiotem!
Tak wyglądał wjazd do naszego miejsca biwakowego. Szkoda, że nie przywiozłem kanu i sprzętu wędkarskiego, mogliśmy już na biwaku pływać i łowić ryby w kałużach!
Mapa satelitarna parku Arrowhead, na której widoczna jest rzeka Big East River wraz z jej licznymi meandrami. Meandry przesuwają się w miarę upływu czasu ku ujściu rzeki, zwiększając swoją krzywiznę oraz poszerzając dolinę. Mogą wówczas zostać odcięte od głównego biegu rzeki, np. wskutek chwilowego podniesienia się poziomu wody i wymycia nowego koryta; wówczas dawny meander staje się starorzeczem--i na tej mapie świetnie widać wiele z takich starorzeczy, zwanych również jeziorami przyrzecznymi. Zazwyczaj posiadają one kształt sierpowy. Po pewnym czasie starorzecza stopniowo wypełniają się osadami i przekształcają się w bagna lub trzęsawisk, a ostatecznie wysychają i stają się "bliznami meandrowymi", jako że starorzecza zostały odcięte od głównej rzeki i tracą źródła wody z powodu parowania, a do tego cały czas odkładają się w nich osady i szczątki roślinne. Na mapie można dojrzeć "blizny meandrowe." Lokacja naszego miejsca biwakowego jest oznaczona czerwonym punktem.
Po
dość rozczarowującej wyprawie nad rzekę
French River mieliśmy ochotę na spędzenie
kilku dni pod namiotem w bardziej „cywilizowanym” parku
– łatwo dostępnym
samochodem i bez potrzeby
pływania na kanu. Jako że zakaz palenia ognisk został wreszcie
zniesiony, a prognoza pogody zapowiadała się obiecująco –
przynajmniej jak na środek lata – mogliśmy spodziewać się co
wieczór uczestniczyć w ważnym dla nas rytuale,
którego tak
bardzo nam brakowało podczas pobytu w parku French River Provincial
Park: ogniska. Park Prowincjonalny
Arrowhead wydawał się idealny. Kilka
miesięcy wcześniej zarezerwowałem miejsce
biwakowe numer 337
(45°22'47.2"N 79°12'25.7"W) – dokładnie to samo, na
którym biwakowałem parę lat wcześniej.
Pomimo licznych kałuż, nasze miejsce nr 337 była bardzo przestronne, ustronne i prywatne
Co
ciekawe, po raz pierwszy nie było już potrzeby posiadania
wydrukowanego pozwolenia, które zawsze otrzymywało się w dwóch
egzemplarzach—jeden zawieszało na słupku przy miejscu biwakowym,
a drugi kładło na desce rozdzielczej w samochodzie. Napis przy
wjeździe do parku informował, że jeśli ma się zrobioną
rezerwację, można bez zatrzymywania kierować się na biwak. W
duchu pogratulowałem tego nowego systemu, który faktycznie ułatwiał
życie, zamiast je utrudniać: ileż to razy musieliśmy czekać w
długich kolejkach tylko po to, aby „zameldować” nasz przyjazd i
otrzymać pozwolenie. Zresztą mniej więcej w 2010 napisałem do
administracji parków prowincjonalnych dość długi i detaliczny
list, sugerując liczne usprawnienia i krytykując pewne rzeczy—m.
in. proponowałem wyeliminowanie „meldowania się” przy wjeździe
do parku, jeżeli ma się zrobioną rezerwację, jak też
postulowałem zmianę firmy dostarczającej drzewo na ognisko,
dostępne w sprzedaży w parkach—było ono strasznie mokre i z
trudem się paliło. Otrzymana odpowiedź negowała wszystkie moje
sugestie i zarzuty—chociaż już niebawem park przyznał się, że
drzewo rzeczywiście było złej jakości, a po 13 latach wreszcie
usprawnił system wjazdu do parków.
Plandeka bardzo się przydała. Jednakże specjalnie nie narzekaliśmy na deszcze-głównie padało w dniu naszego przyjazdu, i stosunkowo krótko. Zresztą dzięki takiej pogodzie można było palić ogniska, czego nie byliśmy w stanie robić podczas naszej ostatniej wycieczce na French River
Po
dotarciu na miejsce nr 337, zastaliśmy na nim, a szczególnie
przy jego wjeździe, ogromne kałuże po ostatnich deszczach.
Ponieważ zapowiadano kolejne opady tego dnia, od razu zabraliśmy
się za rozstawianie namiotów i plandeki. Decyzja okazała się
słuszna – ledwo skończyliśmy, lunęło jak z cebra. Schroniliśmy
się w samochodzie, słuchając rytmicznego bębnienia kropel o dach
i czekając, aż deszcz ustanie. Gdy w końcu burza minęła, kałuże
jeszcze bardziej się powiększyły. Pomyślałem, że powinienem był
przywieźć ze sobą kanu i sprzęt wędkarski—moglibyśmy na nim
pływać i łowić ryby nie opuszczając naszego miejsca! Na
szczęście drewno, które wcześniej schowałem pod plandeką,
pozostało zupełnie suche. Późnym popołudniem pojechaliśmy do
pobliskiego miasteczka Huntsville (45°19'35.0"N
79°13'06.2"W). Przeszliśmy się trochę po centrum, zrobiliśmy
drobne zakupy wróciliśmy do parku. Wkrótce siedzieliśmy przy
ciepłym ognisku, popijając czerwone wino i wsłuchując się w
kojące dźwięki lasu.
Główna atrakcja parku, zakole meandrującej rzeki Big East River
Podczas
pobytu w parku postanowiliśmy odbyć
kilka przejażdżek samochodowych po okolicy.
Najpierw
pojechaliśmy do głównej atrakcji parku,Big
Bend Lookout
– krótki spacer prowadzi do punktu widokowego, z którego
rozpościera się panorama meandrującej
rzeki Big
East River (45°23'18.4"N
79°11'30.0"W / 45.388444, -79.191667).W
tym miejscu powstało przepiękne zakole rzeki. Niestety, pewnego
dnia nastąpi ścięcie zakola lub rozcięcie jego pętli i rzeka
popłynie „na skrót”, a obecna część rzeki zostanie
opuszczona i przekształci się w starorzecze, stopniowo zarastające
i wypełniające się. Otaczające
lasy tętniły ptasim śpiewem, szelestem drobnych zwierząt
buszujących w podszyciu i intensywnym, ziemistym zapachem,
występującym
po
deszczu.
Słynny sklep "Robinson's General Store" w Dorset, Ontario
Następnie
pojechaliśmy do Dorset,
niewielkiej miejscowości położonej między Big
a Little
Trading Bay
na jeziorze Lake
of Bays,
połączone
Kanałem Dorset.
Naszym pierwszym przystankiem był słynny Robinson’s
General Store
(45°14'41.0"N 78°53'38.0"W). Sklep, prowadzony przez tę
samą rodzinę od 1921 do 2023 roku, zachował swój klasyczny, dawny
urok – drewniane półki wypełnione przetworami, rękodziełami
i drobiazgami, które sprawiały, że przez chwilę zastanawiałem
się, czy w miejskim życiu czegoś mi
nie brakuje. Catherine zawsze lubiła tu zaglądać podczas naszych
podróży, a
potem udać się do pobliskiej lodziarni na porcję lodów.
Tym razem wraz
z Krzysztofem
skusiliśmy się na lody
i siedząc
na zewnątrz przy wąskim kanale i obserwując łodzie płynące w
stronę przesmyku, delektowaliśmy
się nimi.
JezioroLake
of Bays
wyraźnie przyciągało zamożniejszą klientelę, o
czym świadczyły
domki letniskowe
rozsiane wzdłuż brzegu, drogie
łodzie, jakimi przypływali do miasteczka, a
nawet ceny w sklepie: zauważyłem
steki
po niemal 200 dolarów za kilogram! Przekonany
jestem, że jeżeli potrzeba by było natychmiast lekarza, dentysty
czy adwokata, momentalnie znalazłoby się ich kilkadziesiąt wśród
wczasowiczów!
Most na przesmyku w Dorset
W
2017 roku umieszczono tam tablicę historyczną (w języku angielskim
i odżibwej) , poświęconą Indianom zamieszkałym na tych terenach:
ANISHINAABEG NAD JEZIOREM LAKE OF
BAYS
Anishinaabeg
– pierwotni mieszkańcy tego regionu – byli społecznością
zbieracko-łowiecką, która często podróżowała do cieśniny w
zatoce Trading Bay (na Jeziorze Lake of Bays). Obszar, który obecnie
jest częścią Dorset, był specjalnym, duchowym miejscem, bogatym w
zasoby naturalne. Przez tysiące lat Anishinaabeg zakładali tu małe
obozowiska, zbierając syrop klonowy i korę brzozową, łowiąc ryby
i handlując wiosną i latem, a także polując i zakładając
pułapki jesienią i zimą. W końcu Anishinaabeg zdali sobie sprawę,
że ich prawa do polowań i zbiorów oraz ich terytorium zostały
utracone na mocy szeregu traktatów. Nadal podróżowali do tego
regionu, pracując jako przewodnicy wędkarscy i myśliwscy oraz
handlując z sezonowymi turystami i właścicielami domków
letniskowych. Potomkowie Anishinaabeg należą do siedmiu Plemion Indian
Kanadyjskich objętych Traktatami Williamsa (1923 r.), z których
najbliższym są Indianie Odżibwejowie (Czipewejowie) zamieszkali w
Rezerwacie Rama. Ślady pierwotnych mieszkańców przetrwały w
licznych zabytkach, rzekach, jeziorach i wyspach, które noszą nazwy
geograficzne w języku Anishinaabemowin (Odżibwejów).
Witamy w Dorset!
Później
odwiedziliśmy
parking i
punkt wodowania (tzn.
spuszczania kanu na wodę)
na jeziorzeHerb
Lake
(45°14'44.8"N 78°47'39.1"W), gdzie Catherine i ja
spędziliśmy tydzień na wycieczce
na kanu
w 2016 roku(https://ontario-nature-polish.blogspot.com/2017/08/haliburton-highlands-ontario-na.html).
Wspomnienia
natychmiast ożyły – mgła unosząca się nad taflą wody, ciche
uderzenia wioseł, nawoływanie
nurów w oddali…
Nawet bez kanu
czułem, jak jezioro szepcze: „Witaj z powrotem, stary
przyjacielu.”
Albert Maw, legendarny wytwórca drewnianych kanu
Sądzę,
że
punktem kulminacyjnym wyjazdu była wizyta u Alberta
Maw,
legendarnego miejscowego konstruktora drewnianychkanu
i właściciela firmyNorthland
Canoes
(45°27'22.5"N 79°13'15.1"W). Pisałem już o nim w innym
wpisie na blogu:
https://ontario-nature-polish.blogspot.com/2023/05/biwakowanie-w-parku-prowincjonalnym.html.
Początkowo myślałem, że nie ma go w domu – na werandzie
w lodówce były
jajka na sprzedaż, ale pomimo
pukania, nikt się nie pojawił.
Postanowiłem
kupić jedno opakowanie i zostawić pieniądze
w kopercie – po kanadyjsku (system bazuje
na zaufaniu,
ale
w Toronto raczej by się nie sprawdził—wkrótce
nie byłoby ani jajek, ani pieniędzy).
Nieoczekiwanie
pojawił się pan Maw.
Mimo swoich
89
lat był zadziwiająco żwawy, pełen energii, humoru i gotowy
do rozmowy.
Z uśmiechem wspominał wypadki, które przeszedł przez lata,
pokazując nawet swoje zdeformowane kości – a mimo to emanował
siłą i radością życia. Poszliśmy do jego warsztatu, gdzie
naprawiał duże,
starekanu,
wymieniając żebra i konserwująctu
i tam przegniłe lub pęknięte poszycie.
Wspomniał, że to ostatniekanu,
nad którym pracuje, bo postanowił przejść na emeryturę – ale
jestem pewien, że znajdzie tysiąc innych zajęć, które pozwolą
mu pozostać aktywnym i twórczym. Jego
wieloletnia praca była inspirująca i stanowiła potwierdzenie, że
ciężka
praca, optymizm
i
proste życie z
dala od zgiełku miast, pozwala pozostać
sprawnym i zdrowym nawet w tak zaawansowanym wieku.
Albert Maw właśnie restaurował to kanu-i powiedział, to jest ostatnie kanu, nad którym pracuje, bo przechodzi na emeryturę!
O
8:30 rano, 24 lipca 2023 roku, namioty były już spakowane, plandeka
złożona, a miejsce wyglądała tak, jak je zastaliśmy. Pobyt w
Parku Arrowhead pozwolił nam „na luzie” spędzić kilka
dni na łonie natury, przy conocnym ognisku, jak też odwiedzić
okoliczne atrakcje. Gdy odjeżdżaliśmy, ogarnęła mnie głęboka
wdzięczność, że mogłem cieszyć się tymi prostymi
przyjemnościami: ogniskiem, przyrodą i wypoczynkiem z dala od
miejskiej aglomeracji.