Pokazywanie postów oznaczonych etykietą namiot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą namiot. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 lutego 2026

SIX MILE LAKE PROVINCIAL PARK, ONTARIO: BIWAKOWANIE W LATACH 2024 ORAZ 2025




THIS BLOG IS AVAILABLE IN THE ENGLISH  LANGUAGE/TEN BLOG JEST DOSTĘPNY W JĘZYKU ANGIELSKIM


WIĘCEJ ZDJĘĆ


FILM NA YOUTUBE



Park Prowincjonalny Six Mile Lake może nie należy do czołowych parków Ontario i ma pewne wady — m.in. wielu odwiedzających narzeka na hałas dochodzący z autostrady 400. Jednak jego bliskość do Toronto (169 km), a także jeziora, lasy, stawy bobrowe, plaże i malownicze szlaki sprawiają, że jest to wspaniałe miejsce do odwiedzenia.


Droga w parku Six Mile Lake
Moja pierwsza wizyta w tym parku miała miejsce w lipcu 1993 roku, zaledwie miesiąc po tym, jak kupiłem nowiutką Toyotę Corollę. Wówczas wybrałem się z Tadeuszem Paskiem, znanym polskim popularyzatorem jogi i jego synem Krzysztofem i m.in. wypożyczyliśmy motorówkę i spędziliśmy cały dzień, od wschodu do zachodu słońca, na zatoce Georgian Bay, łowiąc ryby (i złapaliśmy sporo). Co ciekawe, na sąsiednim miejscu biwakował z rodziną facet pochodzenia japońskiego. Okazało się, że nazywał się Fujimoto, był profesorem fizyki i że świetnie znał kolegę Krzysztofa ze studiów (który potem został profesorem na uniwersytecie w Toronto)--czy świat nie jest mały? Od tamtej pory odwiedziłem ten park ponad dwadzieścia razy.


Na długi weekend z okazji Dnia Kanady w czerwcu/lipcu 2024 udało mi się zarezerwować piękne, prywatne, przestronne i malownicze miejsce (44°53'53.7"N 79°45'22.7"W / 44.898250, -79.756300) na jeden tydzień.

A w tym miejscu rozbiłem namiot
Po kilku dniach samotnego biwakowania w 2024 roku dołączył do mnie mój kolega Guy [francuska wymowa imienia „Guy” to „gi”]. Chociaż park był pełen turystów podczas tego popularnego weekendu, widzieliśmy tylko kilka zajętych miejsc w pobliżu stawu bobrowego. Poza tym prawie nie odczuwaliśmy obecności tłumów, spędzając czas na długich, ciekawych rozmowach i wspominaniu różnych historii z naszego życia i wspólnych wypraw.

W 2009 roku Guy założył i przez wiele lat prowadził grupę www.meetup.com o nazwie „Toronto Weekend Adventurers”, która szybko rozrosła się do kilku tysięcy członków i organizowała mnóstwo wydarzeń. Choć nie jest już w niej aktywny, wciąż ma ogromną ilość fascynujących historii do opowiedzenia.


**********


Jeśli czytaliście moje wcześniejsze blogi, z pewnością natknęliście się już nieraz na jeden z moich ulubionych motywów: świat jest mały. Zazwyczaj za takimi stwierdzeniami kryje się jakaś historia — a skoro wcześniej wspomniałem o Guy, to wydaje się, że to idealny moment, by opowiedzieć kolejną z nich.


Guy przywiózł ze sobą Bluetti Power Station (baterię) wraz z 4 Solar Panels, 400 W, które szybko naładowały baterię. Do tego posiadał też lodówkę samochodową na 12 V, którą można było ładować albo w samochodzie, albo z baterii Bluetti. Oczywiście lodówka była "Made in China" i posiadała przyklejoną taką oto notatkę, napisaną "pięknym" językiem angielskim:

Jedzenie jeśli potrzebuje zamrożony efekt, musi być przechowywanie w tym produkcie co najmniej 20 godzin. Włóż jedzenie do lodówki na 12 godzin potem przenieś do tego produktu, użycie będzie lepszy efekt.

Ojciec Guy był belgijskim urzędnikiem państwowym i w latach 50. oraz 60. XX wieku pracował w Kongu Belgijskim. Choć sam Guy urodził się w Belgii (a połowa jego rodzeństwa w Kongu), kilka ważnych, formujących lat dzieciństwa spędził właśnie w Kongu. Kraj ten uzyskał niepodległość 30 czerwca 1960 roku, a jego pierwszym szefem rządu został Patrice Lumumba.


Ten blok po lewej stronie to ul. Syreny 44-nawet można zobaczyć mój balkon na szóstym piętrze. Podobne bloki za nim mieściły się na ulicy Lumumby (obecnie Płocka). Źródło: Polska Kronika Filmowa 1945 - 1990 Wytwórnia Filmów Dokumentalnych i Fabularnych WFiD Warszawa 
W tym miejscu pozwolę sobie na krótką osobistą dygresję. W latach 1963–1969 mieszkałem jako mały szkrab na ulicy Syreny w Warszawie. Niedaleko naszego domu znajdowała się ulica nosząca imię Patrice’a Lumumby. W efekcie znałem to nazwisko od bardzo wczesnych lat, na długo zanim miałem jakiekolwiek pojęcie, kim był ten człowiek i dlaczego zapisał się w historii. Dopiero później, z czystej ciekawości, zacząłem zgłębiać jego losy. Niejednokrotnie w dorosłym życiu udawało mi się zresztą zrobić wrażenie na rozmówcach, poprawnie wymawiając jego imię i nazwisko oraz mimochodem wyjaśniając, kim był i dlaczego odegrał tak istotną rolę. Sama ulica Lumumby istniała pod tą nazwą w latach 1961–1993; po upadku komunizmu przywrócono jej historyczną nazwę — ulicę Płocką.

Wracając jednak do Konga. Zaledwie tydzień po ogłoszeniu niepodległości wybuchła brutalna rebelia, a w wielu regionach Europejczycy stali się bezpośrednim celem ataków. W ciągu kilku tygodni belgijskie wojsko — a następnie siły interwencyjne ONZ — rozpoczęły ewakuację zdecydowanej większości spośród ponad 80 tysięcy Belgów mieszkających i pracujących wówczas w kraju. Wśród ewakuowanych znalazła się także rodzina Guy, która ostatecznie bezpiecznie dotarła do Belgii, gdzie została powitana przez Elżbietę Bawarską (Elisabeth Gabriele Valérie Marie), królową wdowę.

Po zakończeniu swojej misji w Kongu ojciec Guy kontynuował karierę dyplomatyczną jako belgijski urzędnik konsularny — najpierw w Nowym Jorku, a później w Toronto (przez jakiś czas pełniąc obowiązki konsula), gdzie oczywiście mieszkał wraz z rodziną, a Guy, jako młody chłopak, często unikał różnego rodzaju tarapatów, legitymując się dyplomatycznym paszportem—tak, był „nietykalny”! Po zakończeniu kariery dyplomatycznej jego ojciec z żoną pozostał w Kanadzie—jak też jego sześcioro dzieci zamieszkało w Kanadzie i w USA.

Przed budynkiem na ulicy 8 King Street East w Toronto, wraz z moją koleżanką z pracy. To zdjęcie było zrobione dnia 3 sierpnia 1985 roku!
Choć poznałem Guy i jego ojca dopiero w 2007 roku, jest bardzo możliwe, że nasze drogi krzyżowały się wielokrotnie już wcześniej. Belgijski Konsulat w Toronto mieścił się bowiem na 19. piętrze Royal Bank Building przy ulicy 8 King Street East — budynku znajdującego się na jednym z najbardziej prestiżowych skrzyżowań ulic w mieście, Yonge & King, który w chwili ukończenia w 1915 roku był najwyższym obiektem w całym Imperium Brytyjskim.


Nota bene, niemal vis-à-vis owego biurowca znajdował się słynny King Edward Hotel, w którym w maju 1969 roku John Lennon i Yoko Ono zatrzymali się w tym samym Apartamencie Królewskim (Royal Suite), w którym Beatlesi mieszkali w 1964 roku. Podczas tej wizyty organizowali konferencje prasowe promujące swoją akcję „bed-in for peace” oraz spotykali się z fanami i mediami zaledwie kilka dni przed swoim słynnym montrealskim „bed-inem”.

King Edward Hotel w Toronto. Źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:King_Edward_Hotel_2025.jpg
Również podczas pobytu w Toronto w 1988 roku, z okazji szczytu „Siódemki” (G7 Summit), premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher zatrzymała się w King Edward Hotel. Tego dnia po raz pierwszy spóźniłem się do pracy, czekając przed nim pół godziny, zanim się pojawiła i pomachała w naszą stronę.

Budynek na ulicy 8 King Street East w Toronto-the Royal Bank Building. Żródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Royal_Bank_Building_Toronto_1.jpg
Co ciekawe, pod koniec 1982 roku podjąłem swoją pierwszą pracę w Kanadzie właśnie w tym wieżowcu, również na 19. piętrze, w niewielkiej, acz prężnej i renomowanej firmie maklerskiej & inwestycyjnej (ta praca miała ogromny wpływ na moje przyszłe życie w Kanadzie, ale to już oddzielna historia). Od czasu do czasu mijałem pracowników belgijskiego konsulatu — najprawdopodobniej także ojca Guy — nie mając najmniejszego pojęcia, że nasze życiowe ścieżki kiedyś naprawdę się przetną.

**********


We wrześniu 2025 roku ponownie zaprosiłem do parku Guy, wraz z dwojgiem innych znajomych, lecz prognozy zapowiadały kilka dni deszczu, toteż nikt nie przyjechał. Postanowiłem jednak pojechać sam. Wyruszyłem z domu rano — deszcz miał spaść później. Po drodze zatrzymałem się w Tim Hortons w King City

W budynku zauważyłem wielki napis: "Pumpkin is Here" (Pumpkin Jest Tutaj)-reklama Starbucks promująca Pumpkin Cream Cold Brew i Pumpkin Spice Latte. Natychmiast zrobiłem zdjęcie i wysłałem je do Catherine z następującą wiadomością: "Piszą, że jesteś tutaj, ale nie mogę Cię znaleźć!" Dla wyjaśnienia: Catherine bardzo często nazywam "Pumpkin"! Zatrzymałem się raz jeszcze w Tim Hortons w Port Severn i dotarłem do parku przed południem we wtorek, 23 września 2025. Było pochmurno, gorąco i wilgotno; zaczęło padać dopiero późnym wieczorem. Udało mi się biwakować na tym samym miejscu, na którym byłem w 2024 roku z Guy. Dzięki rozwieszonej nad parkowym stołem plandece mogłem wygodnie siedzieć na zewnątrz podczas deszczu. Zresztą padało jedynie przez noc i wczesny ranek.

We wrześniu 2025 roku postawiłem namiot w tym samym miejscu
Delikatny dźwięk deszczu uderzającego o namiot był tak kojący, że po przebudzeniu około 8 rano ponownie zasnąłem i wstałem dopiero o 11, gdy deszcz ustał. Od piątku do poniedziałku pogoda była słoneczna i sucha, więc gratulowałem sobie decyzji, że nie odwołałem wyjazdu.

Widok z miejsca namiotowego był przecudowny!
Przez pierwsze cztery noce wydawało się, że jestem jedynym biwakującym w okolicy — mogłem cieszyć się kompletną ciszą i spokojem! W weekend park się zapełnił, lecz w niedzielny wieczór powtórnie zrobiło się cicho, a większość miejsc kempingowych opustoszała.

Bobry były wszechobecne!
Podczas obu pobytów rozbiłem namiot w tym samym miejscu, co w ubiegłym roku — około 2 metry od stawu bobrowego i 7 metrów od bobrowego żeremia. Moim zdaniem, to było jedno z najpiękniejszych miejsc w całym parku. Spędzałem godziny, obserwując bobry, które były szczególnie aktywne podczas mojej wrześniowej wizyty. Prawie o każdej porze można było zobaczyć jednego lub więcej — pływających, ciągnących gałęzie, jedzących, myjących się lub niezdarnie człapiących po lądzie w pobliżu mojego obozowiska. Czasem widziałem aż cztery jednocześnie!
Niedokończona robota bobrów! Nasze i te tak bardzo pracowite zwierzątka czasami zaniechują dalszej pracy
Nie były zbyt oswojone, ale tak długo jak się zbytnio nie poruszałem lub robiłem im zdjęcia, nie zwracały na mnie uwagi. Obserwowanie ich było naprawdę dużą przyjemnością. W nocy, zasypiając, słyszałem głośne uderzenia ich płaskich ogonów o lustro wody.

Staw bobrowy oraz po prawej stronie mocna tama bobrowa, bez której stałby się one jedynie trzęsawiskiem
We wcześniejszych latach często widywałem przy stawie bobrowym czaple modre, lecz podczas tych wyjazdów nie zauważyłem ani jednej. Strażnik parku powiedział mi później, że nadal je tam widywano, więc być może to tylko chwilowa nieobecność. Większość z nich migruje na południe w połowie września, więc prawdopodobnie po prostu je przegapiłem.

Wiewióreczki ziemne, "chipmunks", non-stop goniły się na moim miejscu i zbierały żołędzie
Jedynymi innymi zwierzętami, które regularnie widywałem, były wiewiórki pręgowane (chipmunks), biegające tam i z powrotem, zbierające żołędzie. Były bardzo terytorialne i często goniły się nawzajem. Ku mojemu zaskoczeniu, nie były zbyt przyjazne i nigdy nie próbowały się do mnie zbliżyć — w przeciwieństwie do wielu innych parków, gdzie te gryzonie szybko kojarzą ludzi z jedzeniem i nie można się od nich opędzić.

Widok z mojego miejsca biwakowego
Czarne niedźwiedzie są tu rzadkością, a pracownicy parku potwierdzili, że od miesięcy nie było żadnych zgłoszonych obserwacji. Szopy pracze, choć często aktywne nocą, nie pojawiły się podczas żadnej z moich wizyt. Chociaż grzechotniki (Eastern Massasauga Rattlesnake), jedyne jadowite węże w Ontario, można spotkać w okolicach parku (co mi się zdarzyło w 2022 roku), z powodu dziesiątek turystów odwiedzających corocznie to miejsce, nie spotyka się ich tutaj.

Widok mojego namiotu z miejsca biwakowego znajdującego się po przeciwnej stronie stawu bobrowego
Podczas biwakowania z Guy codziennie rozpalaliśmy ognisko i siedzieliśmy przy nim do późna w nocy. Przywiózł nowy generator Bluetti Power Station wraz z czterema panelami słonecznymi, które ładował w słoneczne dni. W 2025 roku sam zabrałem mniejszy model Bluetti Power Station — wystarczający na moje skromne potrzeby. Ponieważ pogoda była pochmurna, nie zabrałem panelu słonecznego i zamiast tego ładowałem urządzenie w budynku sanitarnym parku. W trybie „turbo charge” naładowanie go prawie do pełna zajmowało mniej niż godzinę, podczas gdy ja siedziałem w samochodzie z książką lub brałem orzeźwiający prysznic w nowej „comfort station”.

Nie śmiejcie się, lecz te składniki stanowiły moje codzienne śniadania!
W 2025 roku nie rozpalałem ognisk — nie przepadam za siedzeniem przy ognisku w samotności. W ogóle nie lubię podróżować samotnie i w pewnym sensie podziwiam tych, którzy potrafią sami, bez żadnego towarzystwa, objechać cały świat i nie mają z tym problemu. Na śniadanie jadłem płatki błonnikowe oraz sześć cytryn i dwie pomarańcze, z których rano wyciskałem dużą szklankę świeżego, zdrowego soku. Pojechałem też raz do Tim Hortons w Port Severn (44°53'53.7"N 79°45'22.7"W / 44.898250, -79.756306) na kawę i muffinkę.

Sanktuarium Męczenników Kanadyjskich w Midland
W sobotę, 27 września 2025 roku, udałem się do Sanktuarium Męczenników Kanadyjskich w Midland (44°44'11.8"N 79°50'32.2"W / 44.736611, -79.842278), aby uczestniczyć w wieczornej Mszy uzdrowienia, odprawianej przez Ks. Johna O’Briena SJ, którego poznałem po raz pierwszy 7 sierpnia 2022 roku w Midland (dokładnie 3 ½ roku temu, jak piszę te słowa). Również prowadzi on rekolekcję w Jezuickim Ośrodku Rekolekcyjnym „Manresa” w Pickering w Ontario, na które corocznie uczęszczam od 1994 roku, jednakże nigdy nie miałem okazji go tam spotkać. Po Mszy zatrzymałem się w Walmart, aby kupić świeżą sałatę — po kilku dniach bez warzyw mój organizm się ich domagał, bo w domu świeże warzywa i sałaty są moim podstawowym, a niekiedy i głównym pożywieniem.

Moje ulubione miejsce koło namiotu--często tutaj siedziałem i czytałem książki, obserwowałem bobry i rozmawiałem przez Internet
Zaledwie kilka metrów od stawu bobrowego, obok namiotu, znalazłem formację skalną przypominającą trochę „fotel”, na której mogłem w miarę wygodnie siedzieć. Ustawiłem telefon na statywie i rozmawiałem przez aplikację konwersacji z ludźmi z całego świata. Ponieważ w tle było widać staw, drzewa i żeremie bobrowe, niektórzy rozmówcy początkowo sądzili, że używam wirtualnego tła — dopóki nie zobaczyli prawdziwego bobra przepływającego w kadrze. Wówczas byli oszołomieni i zachwyceni kanadyjską przyrodą!

Oprócz Chromebook’a przywiozłem też kilka książek, choć niewiele czasu spędzałem na czytaniu — wolałem chłonąć otaczającą mnie naturę. Udało mi się jednak skończyć fascynującą autobiografię autorstwa Gregory’ego Howarda Williamsa Life on the Color Line: The True Story of a White Boy Who Discovered He Was Black (Życie na granicy koloru skóry: Prawdziwa historia białego chłopca, który odkrył, że jest czarny). Williams dorastał w latach 50. XX wieku w stanie Wirginia, wierząc, że jest biały — jego ciemnoskóry ojciec podawał się za Amerykanina pochodzenia włoskiego — lecz po przeprowadzce do miasteczka Muncie w Indianie poznał prawdę o swoim pochodzeniu i wraz ze swoim bratem zaczął żyć jako osoba czarnoskóra. Mimo ubóstwa i ogromnych trudności, zdobył kilka dyplomów uniwersyteckich i ostatecznie został rektorem Uniwersytetu w Cincinnati, a później City College of New York.

Gregory Howard Williams
Autor był brutalnie szczery, opisując swoje życie. Kiedy wraz z ojcem przeniósł się do Indiany i zaczął żyć jako czarnoskóry, jego matka zostawiła jego, brata i ojca, wyprowadzając się do innego stanu. Pewnego dnia ojciec powiedział mu, że widział jego matkę, która mieszkała w Waszyngtonie „z tym czarnym draniem, z którym uciekła”, i że „pytała, jak sobie radzicie, chłopcy”. Gdy młodszy brat autora zapytał ojca, co jej odpowiedział, ten odparł: „Powiedziałem jej, że jesteście w Muncie i uczycie się, jak być czarnuchami!” (I told her you were in Muncie, learning how to be niggers!)

Po przeczytaniu książki chciałem napisać do niego krótki list z podziękowaniem, lecz dowiedziałem się, że zmarł zaledwie miesiąc wcześniej — 12 sierpnia 2025 roku, w wieku 81 lat.


Porannej gimnastyce zawsze towarzyszyło mi słuchanie książek audiobooks
Kilka razy zatrzymywałem się w sklepie parkowym na kawę ($2,15 CAD za filiżankę) i z przyjemnością rozmawiałem z bardzo sympatycznym strażnikiem, który opowiadał mi o parku i swojej pracy.

Jedno z lepszych miejsc biwakowych w parku, na którym wielokrotnie biwakowałem z Catherine, Guy, Krzysztofem, Patrizią i Zoranem
Park opuściłem rankiem 29 września 2025 roku, zatrzymując się tylko w Tim Hortons w Port Severn. Ruch na autostradzie nr 400 był niewielki, ale zbliżając się do Toronto, postanowiłem ułatwić sobie życie, wybierając płatną autostradę nr 407, by uniknąć ewentualnych korków na autostradzie nr 401.
I jeszcze jedno zdjęcie, przedstawiające widok rozciągający się z mojego miejsca biwakowego!
Oba wyjazdy okazały się niezmiernie przyjemne i relaksujące. I choć uwielbiam biwakować w bardziej odległych miejscach, z przyjemnością powrócę do Parku Prowincjonalnego Six Mile Lake, aby w nim spędzić nawet kilka dni pod namiotem!



wtorek, 31 lipca 2018

WYCIECZKA SAMOCHODOWO-KEMPINGOWA: MINNESOTA, WISCONSIN, MICHIGAN I ONTARIO, SIERPIEŃ/WRZESIEŃ 2017 ROKU





Nasza trasa z Minneapolis, Minnesota do Mississauga, Ontario

Prawie 20 lat temu wyrobiłem sobie bezpłatną kartę „Air Miles” i przez następne 2 dekady żmudnie kolekcjonowałem punkty (a raczej mile), robiąc zakupy w niektórych sklepach. Pewnie ta karta nie była rewelacyjna—gdy w końcu wymieniłem większość uzbieranych punktów na przelot samolotem w jedną stronę z Toronto do Minneapolis w 2017 roku, zaoszczędziłem $200 (musiałem dopłacić ponad $100 podatków). Innymi słowy, ‘zarabiałem’ na tej karcie po $10 rocznie!

Wtorek, 22 sierpnia 2017 roku

Na szczęście lot liniami Air Canada był o godzinie dziewiątej, a nie o szóstej rano—przynajmniej mogłem się jako-tako wyspać. Na lotnisku w Toronto po raz pierwszy użyłem self-checking (wydrukowawszy uprzednio w domu ‘boarding pass’) i działał bez zarzutu. Jak się spodziewałem, mój bagaż podręczny ponownie prześwietlono z powodu sporej ilości sprzętu elektronicznego, jaki się w nim znajdował (trzy aparaty fotograficzne, dwa urządzenia GPS, ładowarki do baterii, latarki, magnetofon…), ale nawet nie potrzebowałem go otwierać. Przy okazji zauważyłem sporo pasażerów, którzy, nie zważając na przepisy, mieli ze sobą duże butelki z różnymi płynami i kremami—w większości przypadków zostały one im odebrane.


Lotnisko Pearson Airport posiada tzw. ‘border preclearance facilities’ administrowane przez władze amerykańskie. Oznacza to, że już na lotnisku w Kanadzie przechodzi się amerykańską odprawę emigracyjną i celną—zresztą torontoński port lotniczy był pierwszym lotniskiem na świecie, posiadającym tego rodzaju odprawę celną (1952 r.) Przylatując z Kanady do USA jestem traktowany tak, jak pasażerowie samolotów linii krajowych i nie muszę przechodzić przez żadne dodatkowe kontrole celne czy emigracyjne.

Jakiś czas czekałem w kolejce do amerykańskiej kontroli celnej. Ponieważ większość pasażerów nie była obywatelami USA lub Kanady, zadawano im wiele pytań i nawet niektórzy musieli złożyć odciski palców. Gdy wreszcie nadeszła moja kolej, urzędnik przeskanował mój paszport, spojrzał w ekran monitora i spytał się, jaki jest cel mojej podróży.

— Biwakowanie — odpowiedziałem.

Otrzymałem z powrotem paszport i w ten sposób znalazłem się w Stanach Zjednoczonych! No, może nie całkowicie, bo legalnie nadal znajdowałem się na terytorium Kanady: celnicy amerykańscy mieli prawo mi zadawać pytania, ale nie mogli mnie zatrzymać lub aresztować. Oczywiście, mogli też mnie zawrócić z powrotem do Kanady, jak też ja mogłem samemu podjąć taką decyzję.

Ponieważ wejście na pokład samolotu miało się rozpocząć dopiero za godzinę, postanowiłem udać się na śniadanie do Tim Horton’s—gdy zobaczyłem OGROMNĄ kolejkę to tej niezmiernie popularnej kanadyjskiej restauracyjki/kawiarenki, od razu zrezygnowałem—nie chciałem się spóźnić na samolot!

Samolot, Embrarer E175, był stosunkowo mały (około 80 miejsc). Długość lotu wynosiła 1 godzinę i 48 minut. Po wylądowaniu na lotnisku w Minneapolis/Saint Paul (MSP) szybko udałem się odebrać bagaż—moja walizka już na mnie czekała.

Zadzwoniłem do Catherine i powiedziałem jej, gdzie dokładnie się znajduję. Oczywiście, nadal była w domu czymś zajęta i przepraszającym tonem głosu powiedziała, że będzie trochę później.

— Nie przejmuj się tym! Mam dużo doświadczenia czekając na ciebie na tym lotnisku! Gdy przyleciałem tutaj poprzedniego roku, musiałem na nią czekać ponad godzinę.

Gdy tyko zobaczyłem samochód Catherine—biały ‘van’ Dodge Caravan (obecnie już z rejestracją Minnesoty i nową przednią szybą, bo stara pękła podczas naszej poprzedniej wycieczki w USA), szybko wsiadłem, zainstalowałem urządzenie GPS i wyruszyliśmy w drogę.


Opuściwszy miasto (nie byłem zainteresowany go zwiedzać), drogą numer 35 pojechaliśmy na północ i zatrzymaliśmy się w Forest Lake, gdzie udaliśmy się sklepów Walmart i Aldi. Całkiem podobał mi się Aldi. Jest to sieć tanich sklepów (nie ma jej w Kanadzie) i rzeczywiście, kupiliśmy w nim dużo żywności na naszą wycieczkę. Na budynku sklepu znajdował się duży napis” „Poszukujemy Pracowników. Wszystkie Pozycje, od $14 do $24 na godzinę.” Wygląda na to, że podobnie, jak w Kanadzie, w Minnesocie również brakowało ludzi do pracy! Natomiast byłem całkiem rozczarowany sklepem Walmart. Specjalnie zrobiłem listę rzeczy, jakie zamierzałem w nim kupić, bo miałem nadzieję, że będą tańsze tutaj niż w Kanadzie. Jednakże po przeliczeniu na dolary kanadyjskie okazało się, że nic nie warto było kupić, bo ceny były wyższe. Ponieważ większość sklepów Walmart (jak tej innych) jest usytuowanych bardzo blisko głównych autostrad, już po paru minutach byliśmy z powrotem na autostradzie i dopiero po dłuższym czasie zatrzymaliśmy się przy drodze na lunch.

Kilka godzin później dotarliśmy do Duluth, głównego miasta portowego w Minnesocie, do którego mogły zawijać statki oceaniczne z Oceanu Atlantyckiego poprzez sieć kanałów na Wielkich Jeziorach i Zatokę Świętego Wawrzyńca. Chociaż nie zatrzymaliśmy się w mieście, z okna samochodu mogłem podziwiać ogromne doki, przystanie, stocznie (?), statki towarowe i liczne tory kolejowe. Swego czasu musiało być to znaczące miasto przemysłowe, lecz sądzę, że jego lata świetności już dawno przeminęły. Gdy przejechaliśmy mostem imienia John A. Blatnik Bridge nad zatoką Saint Louis Bay, znaleźliśmy się w stanie Wisconsin. Następne jechaliśmy drogą nr 13, mniej-więcej wzdłuż południowych wybrzeży jeziora Górnego (Superior).


Dojechawszy do małego miasteczka o nazwie Cornucopia ( ‘róg obfitości’), wstąpiliśmy do sklepu Ehler’s Store, gdzie porozmawialiśmy z bardzo miłą kobietą, właścicielką sklepu, która okazała się być Kanadyjką. Sklep miał ponad 100 lat i można było w nim kupić artykuły spożywcze, sprzęt biwakowy, artykuły żelazne, pamiątki, wyroby artystyczne—jak też znajdowała się w nim mała restauracyjka. Naprzeciwko sklepu mieścił się budynek małej poczty, a napis dumnie obwieszczał, że było to „Najbardziej położona na północ poczta w stanie Wisconsin.” Gdy przybyliśmy na wyspę Madeline Island, od razu zauważyłem pocztę. Ponieważ wyspa Madeline Island zdawała się być bardziej na północ od miasteczka Cornucopia, początkowo nie bardzo wierzyłem w treść tego napisu—później spojrzałem na mapę i przekonałem się, że rzeczywiście, ta część wyspy, na której znajdowała się poczta, była położona na południe od Cornucopia.


Co ciekawe, pierwsi farmerzy, którzy przybyli na te tereny z Imperium Austriackiego to byli Karpatorusini, grupa etniczna mieszkająca na górzystych terenach graniczących z Polska, Słowacją i Rumunią. Nazwiska Karpatorusinów występujące w Cornucopia to Kaseno, Celinsky, Sveda, Roman i Pristash.


Chcieliśmy spędzić więcej czasu na zwiedzenie tego miasta, ale tego samego dnia musieliśmy jeszcze złapać prom na wyspę Madeline Island. Pomimo szybkiej jazdy samochodem, spóźniliśmy się na prom odchodzący o godzinie 18:00 i czekając na następny, mogliśmy zwiedzić miasto Bayfield. Promów było kilka i kosztowały $25 za samochód i $14 za osobę (w dwie strony), razem $53. Dwudziestominutowa podróż promem była bardzo przyjemna i przy okazji mogliśmy porozmawiać z amerykańską parą na temat naszych i ich podróży.

Wyspa Madeline Island, pierwotnie zwana Moningwunakauning („Dom Dzięcioła Kropkowanego”), jest największą wyspą z grupy 22 wysp „Apostle Islands” i jedyną, na której znajdują się prywatne domy, kościoły, drogi, sklepy i parki. Zaraz na północ od tej wyspy jest położona wyspa Stockton Island (Gigawekamingo), posiadająca jedną z największych koncentracji czarnych niedźwiedzi w Ameryce Północnej!


Jako że zrobiłem rezerwację miejsca biwakowego w parku kilka tygodni temu—zresztą nie miałem specjalnie wyboru z powodu popularności parku—szybko wstąpiliśmy do biura parku, otrzymaliśmy pozwolenia, kupiliśmy drzewo na ognisko za $5.00 i udaliśmy się do miejsca numer 7, które była całkiem przyjemne. Pobyt w parku kosztował $20 za noc, ale dodatkowo samochód musiał posiadać specjalną naklejkę, dającą nam prawo wjazdu do parków w Wisconsin, co nas kosztowało dodatkowo $38. Zaczęło lekko padać, tak więc szybko rozbiłem namiot i szybko poszliśmy spać, bez rozpalania ogniska.

Środa, 23 sierpnia 2017 roku

Obudziliśmy się w parku „Big Bay State Park”! Po szybkim śniadaniu porozmawialiśmy z nieopodal biwakującą rodziną, posiadającą 4 dzieci pięknego szczeniaczka owczarka szkockiego (Border Collie). Następnie udaliśmy się na przechadzkę wzdłuż szlaku Barrier Beach Trail, ciągnącego się pośród lagun i piaszczystych wydm. Dookoła rosły sosny i według tablicy informacyjnej, „mogą one rosnąć przez cały rok, ponieważ ich woskowate liście nie wysychają z powodu wiejących w zimę suchych wiatrów. Również potrzebują mniej substancji odżywczych z ziemi, bo nie wyrastają na nich na wiosnę nowe liście.” Widzieliśmy też grzyby i inne rośliny, rosnące na podłożu z próchnicy, składającego się z igliwia sosnowego, liści, drzewa, odchodów zwierzęcych, obumarłych organizmów i innych pozostałości. Również rósł chrobotek reniferowy—tak naprawdę jest porostem, składającym się z grzyba i glonów, żyjących w związku symbiotycznym. Był to bardzo udany spacer!


Park był świetnie utrzymany, dzięki ‘campground hosts’ (turyści zajmujący się też drobnymi pracami w parku, za co zwykle otrzymują bezpłatne miejsce w parku), którzy bardzo dokładnie sprzątali miejsca kempingowe. Dość długo z nimi rozmawialiśmy i się od nich dowiedzieliśmy dużo zajmujących rzeczy nie tylko o parku, ale też o wyspie Madeline Island.


Po południu pojechaliśmy samochodem do miasteczka La Pointe, zaparkowaliśmy samochód i przeszliśmy się po uliczkach. Było tam parę sklepów, kościół katolicki i cmentarz, jak i stary cmentarz indiański, na którym pochowani byli też biali ludzie. Początki cmentarza sięgają 1835 roku, gdy powstała misja założona przez Frederica Baraga. Szef indiański Kechewaishke oraz Madeline Cadotte, od której pochodzi nazwa wyspy są zapewne najbardziej znanymi osobami pochowanymi na cmentarzu. Wiele grobów Indian z plemienia Ojibwe było pokrytych małymi budkami, tzw. „Spirit House” (Dom Duchów), w celu protekcji pochowanych tamże. Turystom nie wolno było wchodzić na ogrodzony cmentarz—a na samym płocie pozostawiono różnorakie ofiary w postaci pieniędzy, „łapaczy snów”, kamieni i kawałków drzewa.


Większość napisów informacyjnych na wyspie była dwujęzyczna—po angielsku i w języku odżibwe (albo Anishinaabe). Ten indiański język zdawał się być ‘trochę’ trudny—nawet nie próbowaliśmy wymawiać tych napisów! Zresztą poniżej przedstawiam kilka przykładów:

Gidanamikaagoo Omaa Mooningwanekaaning—witamy na wyspie Madeline Island.
Gichi-Wilkwedong Danakamigiziwining—Park Miejski
Giigidoowigamigong—Ratusz
Agindaasoowigamigong—Biblioteka Publiczna
Aakozhwigammigong—Przychodnia
Wemitigoozhi-Anama Ewigamigong—Kościół Katolicki
A gdy poszliśmy do łazienki, ja użyłem tej dla “Ininiwag”, a Catherine dla “Ikwewag”!

Również wdaliśmy się w rozmowę z kilkoma mieszkańcami wyspy, co zawsze jest fascynujące, poszliśmy do muzeum (właśnie się zamykało) i pojechaliśmy do innego parku (Big Bay Town Park), zarządzanego przez miasto, gdzie można było biwakować za $25 za noc (i nie potrzeba było wykupować dodatkowego pozwolenia wjazdu do parku!) Na plaży leżało sporo kanu—spuściliśmy jedno na wodę i przez ponad godzinę pływaliśmy po zacisznej lagunie.

Pod wieczór rozpaliłem ognisku i upiekliśmy kilka steków przywiezionych z domu przez Catherine—okazały się niestety niejadalne i wyrzuciliśmy je, w zamian spożywając inne jedzenie. Parę godzin później pojawiła się grupa 6 szopów praczy na inspekcję naszego miejsca biwakowego, ale nie znalazłszy żadnego jedzenia, szybko poszły na inne miejsca.

Catherine uwielbia lody-nawet sztuczne!

Zawsze na wakacje przywożę ze sobą kilka książek i uwielbiam je czytać na łonie natury lub przy ognisku, przy świetle latarek z diodami elektroluminescencyjnymi (LED). Mimo że staram się jak najmniej czytać beletrystyki, niektóre tego rodzaju książki są z pewnością warte przeczytania. Na początku zabrałem się za „Vatican” autorstwa Malachi Martin, byłego jezuity, który był bliskim przyjacielem Papieża Jana XXIII i zdawał się być świetnie obiegany w Watykanie i jego tajemnicach. Chociaż dane osobowe bohaterów i niektóre daty były pozmieniane, książka opisywała czasy Papieży Piusa XII Jana XXIII, Pawła VI i Jana Pawła II. Trochę czasu mi zajęło przeczytanie wszystkich 800 stron, ale było to dobra lektura, dużo się z niej dowiedziałem o tym, jak działa biurokracja watykańska w obliczu ciągłej walki dobra ze złem.

Piątek, 25 sierpnia 2017 roku

Rano spakowaliśmy się i po kilkunastu minutach byliśmy w porcie, gdzie ustawiliśmy się w kolejce do promu, ale jeszcze udało mi się wskoczyć na pocztę i wysłać kartki pocztowe. Tym razem uruchomiono kilka promów—jeden z nich o rosyjsko-brzmiącej nazwie „Nichevo”. Pracownik promu powiedział nam, że facet, który kiedyś budował tutaj różne łodzie, był Rosjaninem i za każdym razem, gdy go się pytano, co robi, odpowiadał, „Nichevo” (nic).



Był piękny, słoneczny dzień i po 20 minutach dotarliśmy do miasteczka Bayfield; po zjechaniu z promu, zaparkowaliśmy samochód i poszliśmy do Centrum dla Turystów (Visitor Centre), gdzie zaczęliśmy rozmawiać z bardzo interesującą, młodą dziewczyną, studentką w The College of Saint Scholastica w Duluth, studiującą Globalistykę. Sądziliśmy, że jest pochodzenia francusko-kanadyjskiego, ale okazało się, że z powodu adopcji częściowo była m. in. pochodzenia rosyjskiego i odzibwe. Umiała kilka języków, odwiedziła Rosję i chyba spędziliśmy z nią na rozmowie ponad godzinę.


Po opuszczenia Bayfield dojechaliśmy do głównej drogi i zdecydowaliśmy, że nie będziemy nocowali w „Narodowym Lesie” (National Forest), ale w parku stanowym, Copper Falls State Park, który był bliżej—jak też już mieliśmy opłacone pozwolenie wjazdu do parków w stanie Wisconsin. Park się znajdował zaledwie 30 minut od Bayfield. Wjechawszy do niego, najpierw przejechaliśmy się po południowej części biwakowej—posiadała trzy okrężne drogi z wieloma miejscami biwakowymi, całkiem niezłe, ale mimo wszystko pojechaliśmy zobaczyć, jak wyglądają miejsca w północnej części. Wybraliśmy bardzo prywatne miejsce nr 33, zlokalizowane koło drogi parkowej, niedaleko dwóch innych dróg, ale ponieważ rzadko nimi jeździły samochody, kompletnie nam to nie przeszkadzało. Szybko rozbiłem namiot i udaliśmy się na przechadzkę to wodospadów. Zaczęło trochę popadywać i schowaliśmy się pod pięknym zadaszeniem wykonanym z drewnianych bali przez Civilian Conservation Corps w latach trzydziestych XX w.—budowniczymi byli głownie weterani Pierwszej Wojny Światowej. W ogóle architektura parkowa była niezmiernie oryginalna. Wreszcie przestało padać i kontynuowaliśmy naszą wycieczkę do wodospadów Copper Falls i Brownstone Falls. Nie udało się nam przejść całego szlaku, bo już się ściemniało i obawialiśmy się, że może w każdej chwili się rozpadać, ale za to zobaczyliśmy oba malownicze wodospady. Powróciwszy na miejsce biwakowe posiedzieliśmy przy ognisku i poszliśmy spać.


Sobota, 26 sierpnia 2017 roku

Catherine wstała dość wcześnie rano; ponieważ wyglądało, że niebawem może padać, obudziła też mnie, spakowaliśmy namiot i przed odjazdem udaliśmy się na krótki spacer po szlaku „North Country National Scenic Trail”, który ciągnie się około 4600 mil (7400 km) od Crown Point we wschodnim stanie Nowy York do parku Lake Sakakawea State Park w Północnej Dakocie. Szlak był bardzo malowniczy i dość wyboisty—po przejściu 0.0001% długości całej trasy, zawróciliśmy i pojechaliśmy do biura parku. Poprzedniego dnia Catherine zauważyła małą drewnianą chatkę w parku i była ciekawa, czy mogą w niej nocować turyści. Pracownik parku powiedział nam, że jest ona dostępna dla osób niepełnosprawnych za taką samą opłatą, jak miejsce biwakowe ($20).
Nasze miejsce biwakowe nr 33 w parku Copper Falls State Park

Przez jakiś czas jechaliśmy autostradą nr 28 w kierunku wschodnim, zatrzymaliśmy się też w Visitor Center na granicy Michigan i Wisconsin, gdzie spędziliśmy ponad pół godziny, rozmawiając z bardzo miłą pracownicą, która opowiedziała nam wiele fascynujących historyjek, jak też wybraliśmy kilka broszur turystycznych na temat stanu Michigan i Upper Peninsula (Górny Półwysep). Skierowaliśmy się ku biwakowi Au Train w Narodowym Lesie Hiawatha National Forest; nie było daleko, ale Catherine poczuła się zmęczona. Zajechaliśmy na parking jakiegoś muzeum i ucięliśmy sobie drzemkę, a potem wstąpiliśmy do sklepu „Family Dollar Store”—jest to następna sieć tanich sklepów w USA, ale w porównaniu do innych tego rodzaju ‘dolarowych’ sklepików, trochę były zaskoczony wysokimi cenami. W tym sklepie zobaczyłem po raz drugi w czasie tej wycieczki murzyna, czym byłem zaskoczony, bo spodziewałem się ich napotkać o wiele więcej, szczególnie w stanie Michigan.


Również udaliśmy się do miejscowości Marquette, akurat odbywał się jakiś festiwal i wszędzie była masa ludzi. Powoli jechaliśmy wzdłuż nadbrzeża i zaparkowaliśmy koło muzeum i budynków straży przybrzeżnej. Znajdowała się tam latarnia morska i kilka starych łodzi.


Wreszcie dotarliśmy do biwaku Au Train Lake Campground. Składał się z 2 pętli, po których powoli pojechaliśmy, szukając odpowiedniego miejsca biwakowego i wybraliśmy nr 13, koło jeziora. Koszt za jeden dzień był tylko $9 (połowa regularne ceny z powodu specjalnej karty wstępu, jaka przysługiwała Catherine). Park posiadał samoobsługowy system płacenia—na specjalnej kopercie wypisałem odpowiednie informacje o nas i naszym samochodzie, włożyłem w nią pieniądze i poszliśmy ją zdeponować, ale po drodze zatrzymaliśmy się koło miejsca ‘campground host’—osoby odpowiedzialnej za utrzymywanie parku w porządku, zbieranie pieniędzy, sprzedawanie drzewa na ognisko i udzielania turystom informacji. Powiedział nam, że rząd federalny nie miał wystarczających środków finansowych i przez to w parku nie było ani bieżącej wody w pompach, ani elektryczności. Na szczęście przywieźliśmy ze sobą kilka dużych butelek z wodą. Wręczyłem mu kopertę z należnością i kupiłem też od razu worek drzewa. Był to niezmiernie towarzyski człowiek i niewątpliwie ogromnie lubił to pół-społeczne zajęcie.

Rozpaliliśmy ognisko i przez jakiś czas przy nim siedzieliśmy; gdy zaczęło lekko padać, udaliśmy się do namiotu, bardzo szybko zasypiając.

Niedziela, 27 sierpnia 2017 roku

Rano nadal mżyło, zatem szybko się spakowaliśmy i pojechaliśmy na północ po absolutnie cudownej drodze nr 552 w lesie Hiawatha National Forest. Jeżeli nie posiadalibyśmy GPS, to z pewnością sądzilibyśmy, że się zgubiliśmy—to jest cudowny wynalazek! Paręnaście metrów przez wjazdem na drogę nr 28 zobaczyłem szlak—dawniej przebiegała tędy kolej Duluth, South Shore and Atlantic Railway.

Z miejscowości Munisng mieliśmy zamiar udać się nad nadbrzeże jeziora Górnego, do „Pictured Rocks National Lakeshore”, ale droga nie była zbyt dobra na nasz samochód i zrezygnowaliśmy z tej krótkiej wycieczki. Natomiast kupiliśmy produkty żywnościowe i sporo bardzo tanich koszulek.

27 sierpnia 2017 r. ktoś zobaczył "człowieka" (human)!

Jadąc drogą nr 28, Catherine zobaczyła ogromny billboard, zapraszający nas do odwiedzenia „Seney National Wildlife Refuge” (Rezerwat Przyrody Seney) i postanowiliśmy do niego wpaść, znajdował się zaledwie kilka mil od drogi. Najpierw weszliśmy do imponującego Visitor Center (Ośrodek dla Odwiedzających). Woluntariusze tam pracujący byli naprawdę uprzejmi i chętnie dzielili się z nami swoją obszerną wiedzą. Obejrzeliśmy prawie półgodzinny film o rezerwacie i obejrzeliśmy masę eksponatów—żałowaliśmy, że nie możemy tam spędzić więcej czasu! Wsiedliśmy do samochodu—nadal lekko siąpiło—i udaliśmy się na przejażdżkę po siedmio-milowej (ponad 11 km) jednokierunkowej drodze, Marshland Wildlife Drive, co okazało się jedną z czołowych atrakcji naszej podróży! Przejeżdżaliśmy przez lasy, mokradła i tereny bagienne, od czasu do czasu zatrzymując się w celu obserwowania fauny i flory. W jeziorkach pływało sporo łabędzi i gęsi kanadyjskich. W pewnym momencie z daleka zobaczyliśmy siedzącego na drzewie orła. Gdy się jemu przyglądałem przez teleobiektyw, Catherine intensywnie się w niego wpatrywała.




— Czy to jest orzeł przedni, czy też orzeł bielik (po angielsku bald eagle, ‘orzeł łysy’) — zapytała.

— Jeżeli wygląda tak, jak ty, to jest orzeł przedni, jeżeli natomiast tak, jak ja, to jest orzeł bielik — odpowiedziałem.

Niezmiernie byliśmy zadowoleni z tej przejażdżki!

Mieliśmy do wyboru trzy lokacje biwakowe i na jednej z nich zamierzaliśmy spędzić następne kilka dni. Pierwsza, Three Lakes Campground, znajdowała się koło małej miejscowości Strong, na południe od drogi nr 28, w lesie Hiawatha National Forest—i tak się nam od razu spodobała, że postanowiliśmy się na niej zatrzymać. Całe obozowisko było puste—tylko na jednym miejscu stał samotny samochód. Wybraliśmy miejsce nr 8, koło szlaku pieszego i jeziora Walker Lake, i szybko się na nim rozbiliśmy. Sporadycznie padało i Catherine siedziała pod parasolką—szkoda, że nie kupiliśmy większego parasola, jaki niedawno widzieliśmy w sklepie Shopko.


W ognisku było dużo potłuczony i na wpół-stopionych butelek od piwa i zabrało mi trochę czasu, zanim usunąłem większość szkła. Nigdy nie mogę zrozumieć, dlaczego ludzie w ten sposób postępują! Na ognisku upiekliśmy na grillu smaczne steki wieprzowe. Nie widzieliśmy żywego ducha na obozowisku—ktokolwiek był w samochodzie, nigdy nie rozbił namiotu i musiał spać w środku—około godziny 6 rano następnego dnia usłyszałem jakieś odgłosy i gdy wstaliśmy, samochodu już nie było. Zapłaciliśmy $8 za noc—jedyną osobę, jaką widzieliśmy, to pracownik parku, który przyjechał 2 dni później, zebrał koperty z płatnościami i worki ze śmieciami oraz posprzątał łazienki.


W parku przebywaliśmy 2 noce i było super! Prawie-że nie słyszeliśmy samochodów, które sporadycznie przejeżdżały po drodze. Jednego razu, gdy siedzieliśmy na małej plaży na brzegach jeziora, zobaczyliśmy dwie osoby pływające na kanu i łowiące ryby. Gdy się do nas zbliżyli, krótko z nimi porozmawialiśmy.


Cały park posiadał 10 miejsc biwakowych (28 według oficjalnej rządowej strony internetowej) i prócz ubikacji i pompy wodnej, nie było żadnych innych obiektów—użytkownicy musieli nawet ze sobą zabrać śmieci. Nasze miejsce nr 8 znajdowało się na końcu pętlowej drogi, koło szlaku pieszego. Następnego dnia wybrałem się na krótką przechadzkę po parku. Co ciekawe, była tam asfaltowa droga, chociaż nieużywana od pewnego czasu… i zobaczyłem sporo zarośniętych miejsc biwakowych! A więc była to następna pętla z miejscami biwakowymi, obecnie zamknięta—ciekawe, dlaczego? Być może mała popularność parku spowodowała, że nie warto było utrzymywać wszystkich miejsc biwakowych… albo też ta część była zamknięta w celu rehabilitacji przyrody. W każdym razie niezmiernie miło wspominamy pobyt w tym parku i z łezką w oku opuszczaliśmy nasze przepiękne miejsce, które było ogromne, malownicze i bardzo prywatne!

Wtorek, 29 sierpnia 2017 roku


Rankiem opuściliśmy park, pojechaliśmy na północ i potem podążaliśmy drogą West Lakeshore Drive, wijącą się wzdłuż południowych brzegów jeziora Górnego. Zatrzymaliśmy się również w Bay View Campground—jednego z miejsc, w którym mieliśmy się ewentualnie zatrzymać poprzednio na biwak—było niezłe, ale tu i tam widzieliśmy rozbite namioty i samochody turystyczne. Biwak na Three Lakes Campground było o stokroć lepszy! Następnie dojechaliśmy do latarni morskiej, Point Iroquois Lighthouse, wybudowanej w 1870 roku na miejscu wyburzonej latarni morskiej. Ponieważ swego czasu było on obsługiwany przez głównego latarnika i dwóch asystentów, posiadał pomieszczenia mieszkalne dla 3 rodzin. Latarnia została wycofana z eksploatacji w 1962 roku i obecnie stanowi muzeum. Przez ponad godzinę ją zwiedzaliśmy, rozmawialiśmy z pracownikami muzeum i obejrzeliśmy wiele ciekawych zdjęć i artefaktów, a na końcu przeszliśmy się drewnianym deptakiem. Gdy kończyliśmy lunch, wdaliśmy się w rozmowę z kobietą od lat podróżującą samochodem kempingowym to Stanach Zjednoczonych. Opowiedziała nam, jak parę lat temu do parku przyjechała ogromnym, luksusowym samochodem kempingowym starsza para—właśnie go kupili i był to ich pierwszy wypad tym wehikułem. Kierowca niestety miał bardzo mało wprawy i gdy zaczął go cofać i wykręcać, wpadł na drzewa i jak oceniała, koszty spowodowanych uszkodzeń wynosiły więcej, niż ona zapłaciła za swój skromniejszy samochód kempingowy!


Kontynuowaliśmy naszą jazdę wzdłuż wybrzeży i niebawem dotarliśmy do miasta Sault Ste. Marie (w USA), wpadliśmy do sklepu dolarowego, zaopatrzyliśmy się w jedzenie, jak też kupiliśmy piwo w sklepie ‘duty free’ znajdującym się na początku ogromnego mostu nad rzeką St. Mary’s River, stanowiącego również stanowił granicę z Kanadą. Z mostu spostrzegliśmy spory statek wycieczkowe o nazwie „The Pearl Mist”—który mieliśmy za parę dni powtórnie zobaczyć. Z mostu widzieliśmy amerykańskie śluzy, przez które przepływało około dziesięć tysięcy statków rocznie—stare kanadyjskie śluzy były obecnie używane jedynie dla łodzi rekreacyjnych.

Po dziesięciu minutach czekania podjechaliśmy pod budkę kontroli celnej. Celnik nie zadawał nam zbyt dużo pytać—głownie, czy mamy ze sobą broń palną, gaz łzawiący i podobnego rodzaju sprej—jak też udzielił nam informacji na temat „The Pearl Mist”.


Autostradą nr 17 skierowaliśmy się na wschód i zatrzymaliśmy się na piknik na małej wysepce Bamford Island, koło mostu prowadzącego na wyspę St. Joseph Island. W 2015 roku, gdy powracaliśmy do Kanady, też się zatrzymaliśmy w tym samym miejscu.

W miejscowości Serpent River, kilkanaście metrów za skrzyżowaniem z drogą nr 108 (prowadzącą do Elliot Lake), byliśmy zmuszenie się zatrzymać—przed nami stał sznur samochodów i ciężarówek, jak też minął nas samochód policyjny, jednak policja nie kierowała ruchem i nie wyjaśniła, co się stało. Najprawdopodobniej wydarzył się wypadek—później zobaczyliśmy uszkodzony samochód kempingowy—w każdym razie droga była zablokowana i nikt nie wiedział, co się zdarzyło i jak długo będziemy musieli czekać. Niektóre samochody zawracały, ale kilka z nich skręciło w prawo, w małą drogę o nazwie Riverview Road. Spojrzałem na mój GPS i według niego jadąc tą drogą, mogliśmy kompletnie ominąć wypadek i ponownie wjechać na autostradę nr. 17. Jednakże byłem zdziwiony, że policjanci nie skierowali ruchu właśnie na tą drogę. Czy może wiedzieli coś, czego my nie wiedzieliśmy—czy po prostu byli niekompetentni i zbyt mało inteligentni? Wkrótce okazało się, że chyba jednak kompetencją i inteligencją nie grzeszyli… Postanowiliśmy zaryzykować i skręciliśmy w Riverview Road—i był to świetny pomysł! Po stosunkowo krótkim czasie ponownie wjechaliśmy na autostradę nr 17—i tym razem na przeciwnym pasie stało ponad 100 samochodów (Catherine uważała, że o wiele więcej i że tego rodzaju ‘parking’ ciągnął się na parę kilometrów), niemogących dalej jechać z powodu wypadku—i nie zauważyliśmy ANI JEDNEGO samochodu, który by się starał drogą Riverview Road objechać miejsce wypadku! Niestety policjanci jedynie zablokowali drogę i nie skierowywali ruchu na boczną drogę.

Massey, Ontario

Po paru godzinach jazdy dotarliśmy do miasta Massey, skręciliśmy na północ pięć minut później przybyliśmy do parku Chutes Provincial Park. Najpierw zrobiliśmy parę rundek po parku i wybraliśmy bardzo przyjemne miejsce nr 98, następnie wróciliśmy do biura parku i uiściliśmy opłatę, otrzymując też pozwolenia na biwakowanie i parkowanie samochodu. Było to nasza druga wizyta w tym parku—kilka lat przedtem biwakowaliśmy w nim na miejscu nr 95 (tym razem było zajęte). Nasze obecne miejsce (nr 98) znajdowało się koło pieszego szlaku prowadzącego do wodospadów i nawet mogliśmy słyszeć szum spadającej wody. Większość miejsc kempingowych była zajęta i po obydwu stronach naszego biwaku mieliśmy sąsiadów, ale ogólnie panowała cisza. 


Catherine rozpakowała samochód i gdy układała na stole przybory kuchenne, nagle zaczęła głośno krzyknęła—pod stołem zauważyła czarnego węża! Natychmiast do niej przyszedłem, gotowy do walki z tym gadem, co okazało się niezmiernie prostym zadaniem—to był bardzo realistycznie wyglądający wąż zrobiony z gumy! Catherine nawet zatrzymała go dla siebie na pamiątkę tego zdarzenia. Ktokolwiek go tam położył, mając nadzieję przestraszyć niczego niepodejrzewających biwakowiczów, z pewnością dopiął swego! Rozpaliliśmy ognisko, zjedliśmy wyborne steki z grilla i spaliśmy jak zabici. A powracając jeszcze do tego wypadku na drodze—około godziny dziewiątej wieczorem słyszeliśmy, jak samochód za samochodem przejeżdżały autostradą nr 17—pewnie wreszcie usunięto uszkodzony samochód kempingowy i otworzono drogę dla ruchu samochodowego.

Czwartek, 30 sierpnia 2017 roku

Obudziliśmy się—a raczej obudzono nas—ktoś (sądziliśmy, że to nasi sąsiedzi) rzucał długimi, grubymi szyszkami w nasz namiot. Catherine wyjrzała z namiotu i ujrzała, że bardzo dużo szyszek leży na ziemi dookoła namiotu. Okazało się, że sprawcami były wiewiórki—wchodziły na drzewo, odgryzały szyszki, które spadały z drzewa na nasz namiot, a potem je brały w pyszczki i zanosiły do swoich jamek.


Był piękny, słoneczny dzień i po śniadaniu poszliśmy na przechadzkę po szlaku, który zaprowadził nas do kilku malowniczych wodospadów i bystrzy. Szkoda, że nie mogliśmy spędzić następnej nocy w parku, ale już czekała na nas zarezerwowana chatka na wyspie Manitoulin Island i przed godziną drugą po południu opuściliśmy park—jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że za kilka tygodni powrócimy do tego parku i spędzimy w nim ponad tydzień, biwakując na tym samym miejscu!


Pojechaliśmy do miasta Massey, gdzie napotkaliśmy na czarno ubranych Menonitów, podróżujących w bryczkach ciągnionych przez konie. Dawniej Massey było znane z kopalni, toteż tu i tam były ustawione tablice informacyjne i rzeźby nawiązujące do tego okresu świetności miasta. Autostradą nr 17 dojechaliśmy do drogi nr 6, skręciliśmy w nią w prawo, ku miasteczku Espanola. Gdy przejeżdżaliśmy przez most nad rzeką Spanish River, od razu rzuciła się nam w oczy ogromna fabryka Domtar Paper Mill—z jej kominów wychodziły kłęby dymu i cała okolica była spowita bardzo charakterystycznym zapachem spalenizny. Wstąpiliśmy do sklepów Giant Tiger, Dollarama i sklepu spożywczego; zaopatrzywszy się w potrzebne produkty, kontynuowaliśmy jazdę niezmiernie malowniczą drogą nr 6 na południe. Wreszcie dojechaliśmy do mostu obrotowego Little Current Swing Bridge, jedynej drogi lądowej na wyspę Manitoulin—która, nota bene, jest największą wyspą na świecie położoną na akwenie słodkowodnym. Most wybudowany był w 1913 roku i linia kolejowa Algoma Eastern Railway w tym samym roku zaczęła go używać. W tamtym czasie most był pozostawiony w pozycji równoległej do rzeki, pozwalając na bezproblemowe przepływanie statkom—dopiero zamykano go, gdy miał nim przejeżdżać pociąg. Pociągi przestały po nim kursować w latach osiemdziesiątych XX wieku i od tamtego czasu był używany jedynie przez ruch kołowy.


Gdy dojechaliśmy do miasta Little Current, pierwsza rzecz, jaką zobaczyliśmy, to statek pasażerski „The Pearl Mist”, który dwa dni temu spostrzegliśmy z mostu w Sault St. Marie. Pasażerowie wysiadali z kilku autobusów turystycznych—właśnie powrócili z wycieczki autobusowej po wyspie Manitoulin Island. Porozmawialiśmy z młodym człowiekiem pracującym w porcie i udzielił nam więcej informacji o tym statku. Należał on do firmy Great Lake Cruise Company, która organizowała rejsy wycieczkowe z Chicago do Midland i Toronto. Długość statku wynosiła 100 metrów, posiadał 6 pokładów, mógł pomieścić 210 pasażerów i był napędzany silnikiem dieslowskim o mocy 6,300 koni mechanicznych. 



Ponieważ był stosunkowo lekki (np. nie był wyposażony w basen), jego zanurzenie wynosiło jedynie 3.1 metry, idealne do pływania na Wielkich Jeziorach. Jednakże takie rejsy były bardzo drogie—od ok. 5 do 11 tysięcy dolarów amerykańskich. Gdy byliśmy w porcie, statek zwinął liny cumownicze i powoli oddalał się ku obrotowemu mostowi. Nie przypuszczam, że lubiłbym tego rodzaju wakacje—Catherine wyraziła o wiele bardziej szczerą opinię: „Ten statek mi przypominał stare, pomalowane zardzewiałe wiadro, na którym siedziało dużo starych ludzi.”


Jako że wszystkie sklepy pozamykały się o godzinie 6:00 wieczorem, skierowaliśmy się do ośrodka Kicking Mule Ranch, w którym Catherine zrobiła na Airbnb rezerwację chatki „Slice of Country” i gdy tam przybyliśmy, oczekiwał na nas napis, „Witajcie Jack i Catherine”. Ale po parunastu minutach wałęsanie się po nim i sprawdzeniu innych domków, Catherine o wiele bardziej spodobała się chatka „Home, Tweet Home”, była bardziej prywatna. 


Nota bene, kilka lat temu zatrzymaliśmy się w Kicking Mule Ranch na dwie noce, biwakując w namiocie. Obecnie na polach biwakowych były postawione chatki i indiańskie tipi—w jednym z nich przebywała brytyjska para z dwojgiem dzieci, a ich starsi rodzice zajmowali jeden z domków. Ponieważ właścicielki akurat nie było—i nie wiedzieliśmy, czy pozostałe chatki nie są przypadkiem zarezerwowane—czekaliśmy na jej powrót. Zaczęło trochę padać i usiedliśmy pod zadaszeniem naszej chatki. Wkrótce przyjechała i bez problemu mogliśmy się przenieść do chatki „Home, Tweet Home”—natomiast rodzina zajmująca tipi przeniosła się do chatki, bo tipi zaczęło przeciekać. Niestety, nie rozpaliliśmy ogniska, ale za to pobawiliśmy się z trzema małymi kociakami i jeden z nich spędził z nami noc w łóżku, cały czas mrucząc, toteż świetnie spaliśmy.




Czwartek, 31 sierpnia 2017 roku

Pogoda się znacznie poprawiła i od razu byliśmy w lepszych humorach. Pomarańczowy kociak przyszedł do naszej chatki, wskoczył na łóżko, zwinął się w kłębek i zasnął—pewnie zamierzał spać cały dzień, ale ponieważ planowaliśmy dopiero wrócić do chatki pod wieczór, wynieśliśmy go na ławę przed domkiem. Najpierw udaliśmy się do rezerwatu indiańskiego Wikwemikong Unceded Reserve i do miasteczka Wikwemikong. Ale zanim tam dotarliśmy, zobaczyliśmy przy drodze spory budynek, sprzedający różne tanie rzeczy i Catherine oczywiście musiała się tam zatrzymać. Już na parkingu zauważyliśmy kilka sporych pojemników, wyładowanych głównie butelkami z wodą mineralną Perrier-sądziliśmy, że są one puste i czekają na recykling, ale okazało się, że nie tylko były pełne, ale można je było brać za darmo. Być może były przedatowane lub uszkodzone, niemniej jednak woda była wyśmienita i zabraliśmy ze sobą ich bardzo dużo, zresztą i tak woda mineralna jest naszym ulubionym napojem. Poszliśmy też do sklepu z różnymi lekko przedatowanymi produktami żywnościowymi, ale całkowicie nadającymi się do konsumpcji i niezmiernie tanich. Catherine znalazła ulubione batony czekoladowe firmy Lind, po dolarze za sztukę (normalnie kosztowały pięć dolarów)—kupując całe ich pudło, jeszcze udało się jej wytargować i zapłacić za nie po 50 centów! Ja natomiast kupiłem świetne golarki i maszynę sumującą (mam nadzieję, że te produkty nie były przedatowane!). Wypełniwszy cały samochód smakołykami, pojechaliśmy do Wikwemikong, zatrzymując się w stacji benzynowej o nazwie „Quick Gas Station” (Szybka Stacja Benzynowa), ale obsługa okazała się niezmiernie opieszała i powolna, ostatecznie my sami musieliśmy wlać benzynę i umyć okna. 



Następny postój to na małym parkingu, gdzie znajdował się krzyż i tabliczka z nazwiskami poległych Indian w pierwszej i drugiej wojnie światowej, jak tez na kamieniach były wymalowane różne oryginalne malunki indiańskie. Wreszcie dojechaliśmy do miasteczka Wikwemikong. Od razu rzucił się nam w oczy stary budynek—a raczej tylko jego ściany i otwory na okna—kiedyś była to szkoła, która się dawno spaliła. 



Po jednej stronie tych ruin stał kościół, po drugiej probostwo. Chcieliśmy zajrzeć do kościoła, ale był zamknięty. Nagle pojawił się na drodze samochód, zatrzymał się koło nas i wysiadł z niego mężczyzna—jak się okazało, belgijski Jezuita. Trochę z nim porozmawiałem i powiedziałem, że znam byłego proboszcza tego kościoła, księdza Doug McCarthy, S.J., którego po raz pierwszy spotkałem w 1994 roku podczas rekolekcji w jezuickim ośrodku rekolekcyjnym w Manresie w Pickering, Ontario. Powiedział, że obecnie ks. Paul Robson, S.J. był proboszczem. Świat jest mały—ks. Robson prowadził rekolekcje w Manresie w 2016 roku i nawet z nim trochę rozmawiałem, jako że zaciekawiła mnie jego biografia: w 2003 roku nie tylko wstąpił do zakonu jezuitów, ale też w tym samym roku został ochrzczony i bierzmowany—przedtem należał do Kościoła Armii Zbawienia (Salvation Army).


Również jezuita powiedział, że kościół był otwarty i mogliśmy wejść do środka. Był niezmiernie fascynujący, łącząc tradycyjne kultury indiańskie i europejski. Stacje Męki Pańskiej były reprezentowane przez indiańskie malunki, jaskrawe i kolorowe, w charakterystycznym stylu indiańskim. 



W środku znajdowało się kilka łapaczy snów i indiańskie rzeźby—a na zewnątrz kościoła stał wysoki totem, reprezentujący Trójcę Świętą. Byliśmy niezmiernie zadowoleni, że udało się nam zobaczyć kościół—szkoda, że nie mieliśmy okazji uczestniczyć w mszy.


Następny przystanek to miasto Manitowaning (już poza rezerwatem). Od razu dostrzegliśmy zacumowany sporej wielkości zniszczony statek „The Norisle” i kilka interesujących, lecz zamkniętych budynków. Po powrocie dowiedziałem się, że ów statek, „S.S. Norisle”, były pierwszym statkiem (promem) pasażerskim zbudowanym w Kanadzie zaraz po drugiej wojnie światowej i obsługiwał trasę pomiędzy miasteczkami Tobermory i South-Baymouth na wyspie Manitoulin Island do 1974 roku. W późniejszym okresie stał się atrakcją turystyczną i pływającym muzeum. Ale już od jakiegoś czasu był zamknięty dla publiczności i jego przyszłość była pod znakiem zapytania.


Poszliśmy przy okazji do sklepu spożywczego kupić lód i od razu umyliśmy nasze podręczne lodówki. Również poszliśmy do sklepu z bronią i odwiedziliśmy parę jeszcze innych miejsc, ale większość z nich się już zamykała, toteż powróciliśmy do Kicking Mule Ranch. Porozmawialiśmy z brytyjskimi turystami i rozpaliliśmy ognisko koło naszej chatki, rzuciliśmy na grilla kilka steków wieprzowych i około 11 wieczorem poszliśmy spać. Chcieliśmy na noc wziąć kociaka do naszego domku, ale nie mogliśmy znaleźć ani jednego, pewnie już spały z innymi turystami!

Piątek, 1 września 2017 roku


Spakowaliśmy się i byliśmy gotowi do odjazdu, ale przedtem poszedłem do właścicielki i pokazałem jej mój wydrukowany blog z 2013 roku, w którym były fotografie Kicking Mule Ranch oraz jej wnuczka jeżdżącego na kucyku. Opuściliśmy to piękne miejsca, ale niebawem zobaczyliśmy przy drodze napis „Fishery” i oczywiście skręciliśmy. Była to stacja zarybiająca („Jay Creek Fish Culture Station”). W środku budynku można było zobaczyć bardzo dużo informacji i zdjęć na temat działalności podobnych stacji zarybiających w Ontario. Koło niej znajdował się krótki pieszy szlak wzdłuż potoku i wiele informacyjnych tabliczek. Jeden z napisów było poświęcony „McGauley’s Gristmill” (młyn), który był wybudowany w latach osiemdziesiątych XIX wieku i działał do lat trzydziestych XX w.


Po stosunkowo krótkiej jeździe dotarliśmy do South Baymouth, skąd odchodził prom. Zaparkowaliśmy na głównej ulicy i przeszliśmy się uliczkami miasta, wpadliśmy do galerii, gdzie Catherine kupiła duży plakat, a następnie ustawiliśmy się w kolejce do promu (parę tygodni temu zrobiliśmy rezerwację), zapłaciliśmy za przejazd i pozostawiliśmy samochód na pasie wjazdowym na prom. Catherine zobaczyła malowniczy szlak pieszy i postanowiła jeszcze odbyć po nim szybki spacer dookoła małej zatoczki. Sądziła, że był tam most, którym będzie w stanie wrócić na parking, robiąc pętelkę, ale mostu nie było! Gdy nagle zobaczyła nadpływający prom „The Chi Cheemaun”, zaczęła biec—i przy okazji okazało się, że nie jest zbyt dobrą sprinterką! Ale mieliśmy masę czasu—najpierw zajęło sporo czasu, zanim prom opuściły wszystkie pojazdy, a następnie pracownicy zaczęli kierować oczekujące pojazdy na prom. Jakimś sposobem nasz samochód był jednym z ostatnich, który na niego wjechał. Szybko udaliśmy się na pokład i na rufie znaleźliśmy dwa wolne foteliki, na których cały czas siedzieliśmy, mając przed sobą piękny widok. Prom posuwał się z szybkością 30 km/h, dookoła widzieliśmy różne wysepki, które dzięki mojemu ręcznemu GPS mogłem zidentyfikować, ale silnik był dość głośny i roznosił się nieprzyjemny zapach paliwa. Był piękny, słoneczny i ciepły dzień. Akurat zadzwoniła córka Catherine i rozmawiały ponad 30 minut.


W Tobermory opuściliśmy prom, zaparkowaliśmy samochód i pochodziliśmy po tym malowniczym miasteczku, pełnym turystów—był to przecież ostatnie długi weekend lata i już za kilka dni kończyły się wakacje szkolne. Wpadliśmy też do Centrum Odwiedzających (Visitor Center at Bruce Peninsula National Park). Ponieważ Kanada w tym roku obchodziła swoje 150-te urodziny, opłaty za używanie Parków Narodowych były zniesione i być może z tego powodu cieszyło się ono ogromnym powodzeniem, musieliśmy kilka razy przejechać się po parkingu, aby znaleźć wolne miejsce. W środku znajdowało się wiele eksponatów, m. in. o wyprawie Franklina. Spędziliśmy w nim przynajmniej 30 minut—
również było pełne turystów. W pewnym momencie uświadomiłem sobie ciekawą rzecz—poza pracownikami Centrum, byliśmy jedynymi białymi! Intrygujące—w USA spodziewałem się spotkać wiele nie-białych mieszkańców, ale nie widziałem więcej niż 5—za to w Kanadzie poczułem się mniejszością…


Miasteczko Tobermory posiadało bardzo dużo sklepików z pamiątkami, restauracji i kawiarni—wszystkie tak przepełnione, że nawet nie chciało się nam stać w kolejce, aby kupić coś do zjedzenia. Po godzinie pojechaliśmy na prywatne pole biwakowe, które zarezerwowała Catherine. Gdy zobaczyła przy drodze tablicę informacyjną z napisem „Happy Hearts Tent and Trailer Park”, od razu tam się skierowała, weszliśmy do biura i podaliśmy nasze dane pracownikowi recepcji. Trochę był zaskoczony naszym przyjazdem i nie mógł znaleźć naszej rezerwacji. Poszedłem do samochodu i przyniosłem wydruk komputerowy—i od razu okazało się, że byliśmy w niewłaściwym ośrodku—mieliśmy udać się do „Harmony Acres Campground”!


Wróciliśmy z powrotem na drogę nr 6 i po około 7 kilometrach jazdy dojechaliśmy do właściwego miejsca. Było ono prowadzone przez matkę z córką, które kupiły go kilka lat temu. Przedtem w głównym budynku znajdowała się restauracja—obecnie na terenie znajdowało się schronienie dla maltretowanych koni, jak też spore pole namiotowe. Gdy zrobiliśmy rezerwację, był to jeden z niewielu ośrodków, posiadających wolne miejsca biwakowe podczas długiego weekendu. Po przyjeździe powiedziano nam, że wszystkie miejsca kempingowe były zarezerwowane, toteż spodziewaliśmy się ujrzeć dużą rzeszę biwakowiczów. Ale jak się okazało, ogromna większość miejsc była pusta i zatem mieliśmy bardzo dużo prywatności—obawiam się jednak, że gdyby rzeczywiście wszystkie miejsca były wypełnione turystami, to mielibyśmy zero prywatności! Miejsca były trochę podobne do tych w parkach prowincjonalnych, jakkolwiek o wiele mniejsze i usytuowane bliżej siebie. W biurze dano nam długą listę przepisów i nawet nam je przeczytano—trochę to było niezwykłe w porównaniu do parków prowincjonalnych czy stanowych. Na przykład przepis, że nie wolno palić ognisk po godzinie 23:00 nam akurat nie przeszkadzał, ale był trochę dziwny: w innych parkach często siedzieliśmy przy ognisku do brzasku i nie przeszkadzaliśmy innym biwakowiczom. Jedynym problemem było to, że niedaleko pola biwakowego była droga (szczególnie blisko naszego miejsca nr 36) i non-stop słyszeliśmy przejeżdżające drogą samochody i ciężarówki; szczególnie hałas się nasilił, gdy prom zrobił ostatni kurs z wyspy Manitoulin Island, prze jakiś czas raz za razem jechały drogą samochody na południe. Miejsce było tak małe, że gdy zaparkowaliśmy samochód, zasłaniał on nam widok, toteż następnego ranka Catherine zaparkowała go na jednym z przyległych miejsc. W nocy oziębiło się i z przyjemnością siedzieliśmy koło ogniska.

Sobota, 2 września 2017 roku


Spakowaliśmy się i opuściliśmy ośrodek dokładnie przed godziną jedenastą (zgodnie z przepisami!) i kontynuowaliśmy jazdę na południe na drodze nr 6, ale niebawem zatrzymaliśmy się w Thrift Shop (sklepiku z używanymi rzeczami) znajdującego się w budynku byłego kościoła. Spędziliśmy w nim ponad godzinę—Catherine kupiła krzesło, ja kilka książek i magazynów. Następny postój to przydrożna restauracja w przyczepie „Lone Wolf Fish & Chips”, na indiańskim rezerwacie Cape Croker Hunting Ground Indian Reserve, gdzie kupiliśmy smakowitą i ogromną porcję frytek i ryb. W mieście Wiarton wstąpiliśmy do sklepu ze starociami, w środku roznosił się zapach stęchlizny i nic w nim nie nabyliśmy. W Owen Sound wpadliśmy do sklepów The Giant Tiger i Dollarama i po pół godzinie kontynuowaliśmy jazdę. Zamiast pięknego zachodu słońca, około godziny 18:30 na niebie uformowały się czarne chmury i zrobiło się tak ciemno, jak podczas zaćmienia słońca. Po raz ostatni zatrzymaliśmy się koło obelisku/pomnika poświęconego Nelle Mooney McClung (1873-1951). Urodziła się w pobliskim mieście Chatsworth, była feministką, pisarką, aktywistką i politykiem, jak również działaczką w ruchu antyalkoholowym—paradoksalne było to, że właśnie przy jej pomniku wypiłem puszkę piwa!




W pewnym momencie trochę się zgubiliśmy, ale GPS po kazał, że możemy ‘na skróty’ pojechać boczną drogą (Sideroad 1) do drogi nr 10 i chociaż znak drogowy na początku bocznej drogi obwieszczał, że przejazdu nie ma („No Exit”), wzięliśmy głęboki oddech i w nią wjechaliśmy. Była to jedna z najpiękniejszych dróg, jakimi kiedykolwiek jechałem! Nie była to droga asfaltowa, w niektórych miejscach były zapadliny i kałuże, ale dało się bez problemu nią jechać—bardziej obawialiśmy się, że na jej końcu nie będzie przejazdu, ale tak się nie stało—był znak stopu i wjechaliśmy na drogę nr 10. Przy końcu naszej podróży, w Caledon, zaczęło padać. Autostradą nr 410 wjechaliśmy w ulicę Cawthra i po godzinie 20:00 byliśmy w domu. Razem przejechaliśmy 2.080 kilometrów i mieliśmy niezmiernie udaną wycieczkę!