niedziela, 15 lutego 2026

RESTOULE PROVINCIAL PARK, ONTARIO, 23 CZERWCA-2 LIPCA 2025 ROKU: BIWAKOWANIE, PŁYWANIE NA KANU I WYPOCZYNEK NA ŁONIE PRZYRODY






Moja pierwsza wizyta w Parku Prowincjonalnym Restoule miała miejsce we wrześniu 1999 roku i była ‘niezapomniana’ — choć niekoniecznie z właściwych powodów. Krzysztof i ja trafiliśmy na absolutnie fatalną pogodę: nieustający deszcz i przenikliwe zimno (włącznie z minusowymi temperaturami w nocy) sprawiły, że po krótkiej, upartej próbie „prawdziwego biwakowania” przyznaliśmy się do porażki, wynajęliśmy domek letniskowy (cottage) i spędziliśmy w nim kolejne dziesięć dni w luksusie, często obserwując ulewne deszcze siedząc w środku przy buzującym piecyku na drzewo. Mimo wszystko park zrobił na nas na tyle duże wrażenie, że wróciliśmy tam ponownie w 2000 roku, a potem jeszcze raz w 2011. Jak widać, Restoule nie zdołało nas skutecznie zniechęcić.

Wjazd do parku Restoule
W 2013 roku wróciłem tam ponownie — tym razem z Catherine — i spędziliśmy około tygodnia na biwaku, do którego trzeba było dopłynąć na kanu (paddle-in lub backcountry), na miejscu nr B-3 (46°04'35.8"N 79°45'55.4"W / 46.076617, -79.765383), położonym zaledwie kilometr od parkingu. Była to wyprawa pod każdym względem udana: cicha, malownicza, spokojna — i po raz kolejny utwierdziła mnie w przekonaniu, że miejsca backcountry, nawet te położone bardzo blisko cywilizacji, oferują zupełnie inne, znacznie głębsze doświadczenie obcowania z naturą. Więcej o naszej wyprawie można przeczytać w moim blogu.

Nasze miejsce na wyspie o kształcie motyla
Nic więc dziwnego, że gdy na początku 2025 roku przyszło do planowania kolejnej wyprawy, ponowna rezerwacja Restoule wydawała się czymś zupełnie naturalnym. Spróbowałem zarezerwować to samo miejsce — B-3 — lecz było już zajęte. Nie chcąc jednak rezygnować z parku, wybrałem inne: B-9 (46°05'03.7"N 79°46'08.6"W / 46.084367, -79.769067), położone nad jeziorem Stormy Lake, około 1,6 km od parkingu. Biwak znajduje się na wyspie o długości mniej więcej 2,5 km i szerokości około 0,5 km. Widoczna z góry linia brzegowa przypomina nieco motyla — co od razu nadało temu miejscu pewnej poetyckości, jeszcze zanim tam dotarliśmy.

Kadr z filmu "Backcountry", ukazujący parking na jeziorze Stormy Lake, gdzie para bohaterów przyjechała, zaparkowała samochód, załadowała kanu i wypłynęła w podróż. Również i my na tym samym parkingu zaparkowaliśmy samochód i wypłynęliśmy na naszą skromną wyprawę. W oddali, na drugim brzegu, znajduje się miejsce biwakowe B-3, na którym wraz z Catherine biwakowaliśmy w 2013 roku, może nawet parę dni, zanim zaczęto kręcić film.
Przeglądając materiały o parku, natknąłem się na krótki film na YouTube poświęcony Restoule. Para, która go nagrała, również biwakowała na miejscu backcountry — niezwykle malowniczym, przestronnym i bardzo prywatnym. Chwilę później zorientowałem się, że to dokładnie to samo miejsce, które zarezerwowaliśmy: B-9. To odkrycie znacznie podniosło nasze oczekiwania — miejsce wyglądało świetnie!

Parking na jeziorze Stormy Lake-tym razem z moim samochodem, w 2015 roku
Do parku dotarliśmy w poniedziałek, 23 czerwca 2025 roku, w godzinach popołudniowych. Parking nad jeziorem Stormy Lake był niemal pusty, co pozwoliło nam spokojnie i bez pośpiechu rozpakować samochód — rzadko spotykany luksus w popularnych parkach. Zwodowaliśmy kanu i zaczęliśmy przenosić nasze rzeczy. A było ich dużo—jak zawsze. Cieszyłem się, że nikt nie jest świadkiem naszego rozpakowywania, bo obserwator mógłby dojść do wniosku, że wybieramy się tam co najmniej na miesiąc, a nie na tydzień.

Jak widać, kanu jest bardzo pojemne!
W jakiś sposób — niemal magiczny — wszystko zmieściło się do kanu. Co więcej, zostało nawet miejsce dla nas. Było dość wietrznie. Same fale nie stanowiły problemu, natomiast wiatr wiejący prosto w twarz sprawiał, że wiosłowanie nie należało do przyjemnych. Mimo to parliśmy naprzód i po około 45 minutach dotarliśmy na miejsce.

Niedźwiedzio-bezpieczna skrzynia i nasze miejsce
Niestety, dobicie do brzegu i rozładunek kanu okazały się dalekie od ideału. Woda przy brzegu była bardzo płytka, ale sama linia brzegowa — choć wysoka zaledwie na około pół metra — była na tyle stroma, że nie dało się po prostu wysunąć kanu na ląd. Do tego dochodziły ostre, śliskie kamienie pod wodą. Przy wietrze i falach nieustannie przesuwających kanu, stanie w wodzie, stabilizowanie łodzi i wyjmowanie bagażu było niewygodne, męczące i lekko stresujące. Cała operacja zajęła sporo czasu i dopiero gdy kanu było niemal puste, udało się je wciągnąć na brzeg. Co ciekawe, przez cały pobyt za każdym razem, gdy wodowaliśmy lub wyciągaliśmy kanu, wiało. Być może jezioro Stormy (burzliwe) naprawdę zasłużyło na swoją nazwę.

Bezpiecznie mogliśmy przechowywać w tej skrzyni jedzenie
Gdy ten etap mieliśmy już za sobą, zacząłem rozglądać się za odpowiednimi gałęziami, na których można by zawiesić jedzenie — zadanie nieprzyjemne, lecz absolutnie konieczne w krainie niedźwiedzi. Nagle jednak zauważyłem spory obiekt niedaleko wody i nasz nastrój momentalnie się poprawił. Był to stalowy pojemnik „niedźwiedzio-odporny”. Mogliśmy w nim przechować nie tylko całe jedzenie, ale nawet całą lodówkę turystyczną, a także wszystkie inne potencjalne „atrakcje” dla dzikich zwierząt. Osoba, która wpadła na pomysł zainstalowania takich pojemników, zasługuje na szczere brawa. Eliminują one uciążliwy rytuał wielokrotnego wciągania i opuszczania worków z jedzeniem oraz oszczędzają mnóstwo czasu i nerwów. Był to dopiero drugi park prowincjonalny w Ontario, w którym spotkałem się z takim luksusem — pierwszym był The Massasauga Provincial Park.

"Thunder box" (toaleta). Pierwszorzędna wentylacja i przepiękny widok 
Kilka metrów dalej znajdował się thunder-box, czyli prymitywna toaleta. Zamontowałem w jej pobliżu migające czerwone światełko, aby łatwo było ją znaleźć w nocy, a drugie — białe — bliżej namiotów, byśmy mogli bezbłędnie wrócić „do domu”. Może to brzmieć zabawnie, ale podczas wcześniejszych wypraw niektórzy ludzie gubili się nocą, mimo że ich namioty znajdowały się bardzo blisko — wystarczyło, że z pełnym przekonaniem poszli w złą stronę i po paru krokach nie wiedzieli, gdzie się znajdują.

Rozbiliśmy namioty blisko siebie, zabezpieczyliśmy całe jedzenie w pojemniku i wreszcie mogliśmy odetchnąć. Ze względu na silny wiatr zrezygnowaliśmy z ogniska pierwszego wieczoru. Wiatr miał jednak swoje zalety — skutecznie odstraszał komary oraz znacznie ograniczał liczbę much końskich i innych latających owadów, które w innym wypadku byłyby bardzo dokuczliwe. Jak podczas wcześniejszych wypraw, przymocowaliśmy lepkie plastry do czapek. Efekty były natychmiastowe i satysfakcjonujące — muchy uwielbiają krążyć wokół głów i na nich siadać, więc w krótkim czasie plastry zapełniły się imponującą kolekcją, przyczyniając się wyraźnie do lokalnego spadku populacji.

Ogólnie rzecz biorąc, komary nie były aż tak uciążliwe. Zazwyczaj pojawiały się wieczorem i znikały po około godzinie. Sądząc po jednym nieprzyjemnym ukłuciu, były tam również muchy meszki (black flies). Nocą, gdy czytałem przy świetle czołówki, drobne owady czasem oblegały mnie tak intensywnie, że zmuszony byłem do strategicznego odwrotu do namiotu. Były też jętki (mayfly), choć na szczęście nie okazywały nam szczególnego zainteresowania.

Oczywiście, następnego wieczoru — i każdego kolejnego — ognisko już buzowało. Drewna nie brakowało. Wiele brzóz przewróciło się i powoli próchniało. Choć wilgotna brzoza nie pali się łatwo, po odpowiednim wyschnięciu blisko płomieni sprawdzała się doskonale, dając ciepło i przyjemną atmosferę.

Z naszego obozu widzieliśmy motorówki pędzące po jeziorze, wędkarzy trolujących lub rzucających z łodzi, a także kajakarzy i kanuistów. Jedni wybrali się na rekreacyjne, jednodniowe przejażdżki, inni zmierzali do swoich biwaków lub z nich wracali. Rozmawialiśmy z kilkoma wędkarzami — wszyscy zgodnie twierdzili, że brania są słabe. Sami również próbowaliśmy, licząc chociaż na jedną rybę na obiad lub kolację, lecz bez powodzenia. Wędkowanie bezpośrednio z brzegu było dodatkowo utrudnione przez drzewa rosnące wzdłuż linii brzegowej oraz kamienie, o które zaczepiały się nasze przynęty. Wkrótce odechciało się nam tego bezowocnego zajęcia. Przez ostatnie dwa lata, mimo szczerych starań, złowiliśmy dokładnie trzy ryby rocznie. Jedyną pociechą był fakt, że inni wędkarze — uzbrojeni w znacznie droższy i bardziej zaawansowany sprzęt — radzili sobie niewiele lepiej. Przynajmniej nie byliśmy sami w tej porażce.

Obserwacje dzikiej przyrody były raczej skromne. Widzieliśmy wiewiórkę, tamias (chipmunk), wodnego węża płynącego wzdłuż brzegu oraz żółwia jaszczurowatego. Rano słychać było ptaki, a od czasu do czasu charakterystyczne stukanie dzięciołów niosło się po lesie. Nocą jezioro ożywało dzięki niezapomnianym głosom nurów — ich jodłowaniu i zawodzeniu — którym wtórowały sowy kreskowane, a ich wołania rozchodziły się daleko nad wodą. Byłem niemal pewien, że żadne większe zwierzęta — jelenie, szopy, łosie czy niedźwiedzie — nie odwiedziły naszego obozu.

Nur lodowiec (źródło: Wikipedia)
Natomiast w każdą noc nadsłuchiwaliśmy niepowtarzalnych i unikalnych koncertów w wykonaniu Nura Lodowiec (Gavia immer), po angielsku „Loon” (jego podobizna znajduje się na jednodolarowych monetach kanadyjskich, zwanych „loonie”). To jest bezcenne doznanie, którego za żadne pieniądze nie można kupić!

Na Wikipedia znalazłem ciekawe informacje o odgłosach nura lodowca, które pragnę tutaj zamieścić.

Lecąc, wydaje dźwięk „kwok”, a w czasie gniazdowania długie i żałosne okrzyki. Przeważnie jednak wydziela się cztery odgłosy:

  • — Odgłos kontaktowy. Krótki i niezbyt donośny. Służy do porozumiewania się między partnerami i kontaktu z młodymi i innymi osobnikami z grupy.
  • — Przeciągły głos tzw. skarga. Usłyszeć go można wieczorem i nocą z odległości nawet kilku kilometrów. W ten sposób lodowce przebywające nad tym samym jeziorem lub w okolicy kontaktują się nawzajem.
  • — Tremolo, chichot. To seria 8–10 powtarzających się po sobie głosów z dużą szybkością. Jest to sygnał ostrzegawczy, który manifestuje niepokój ptaka np. wywołany zauważeniem człowieka, drapieżnika lub czasem nawet innego nura lodowca. Ptaki mogą wydawać go w czasie wzbijania się do lotu.
  • — Jodłowanie. Wydają je tylko samice, aby odstraszyć niepowołanych intruzów wkraczających na ich terytorium. Usłyszeć je można w czasie wysiadywania jaj i we wczesnym okresie po wykluciu piskląt.
A dodatkowo co jakiś czas słyszeliśmy trochę upiorne nawoływania puszczyków kreskowanych/huczek (Strix varia), roznoszące się po całym jeziorze. Gdy w 1992 r. pojechałem do parku Bon Echo, nieznane mi jeszcze wtedy odgłosy puszczyków rozlegały się wszędzie i były bardzo donośne, mogły i zmarłego obudzić. Rankiem biwakująca nieopodal rodzina, wyraźnie przerażona i niewyspana, spytała się, czy może wiemy, jakie to zwierzęta wydawały te dźwięki? Nie mieliśmy pojęcia; nawet zasugerowałem, że może kojoty lub wilki. Tego samego dnia ich miejsce kempingowe stało się puste—chociaż rodzina miała być na nim tydzień, uciekła po pierwszej nocy.

Wieczorami pojawiały się świetliki, często reagujące na nasze zapalanie i gaszenie latarek—starały się z nami komunikować! Jeden z nich wpadł do mojego namiotu i byłem zaskoczony, jak mocne emitował światło—gdyby tak złapać kilka świetlików do butelki, to można byłoby przy ich blasku czytać.

Sklep "Gerry's General Store" w Restoule
Ponieważ nasze miejsce znajdowało się stosunkowo blisko parkingu, dwukrotnie dopłynęliśmy z powrotem do pomostu, „zaparkowaliśmy” kanu (dla spokoju ducha przypinając je łańcuchem do drzewa) i pojechaliśmy do pobliskiej miejscowości Restoule. Odwiedziliśmy tam Gerry’s General Store (46°01'37.0"N 79°43'05.6"W / 46.026944, -79.718222) — „staromodny” sklep, w którym można kupić benzynę, alkohol, artykuły spożywcze, przybory kempingowe i tysiąc innych rzeczy. Wypiliśmy dobrą kawę, zjedliśmy smaczne wypieki i miło porozmawialiśmy z sympatycznymi paniami pracującymi w sklepie. W pobliżu znajdował się także sklep mięsny oferujący znakomite steki — zawsze miłe odkrycie.

Sklep mięsny w Restoule oraz lodziarnia
Pojechaliśmy też około 45 km do Powassan (46°04'50.4"N 79°21'38.9"W / 46.080667, -79.360806), aby uzupełnić zapasy żywności, ponieważ było już jasne, że z samego łowienia ryb się nie wyżywimy. Przeszliśmy się po miasteczku, próbując przypomnieć sobie kawiarnie, które odwiedzaliśmy w latach 1999, 2000 i 2011, ale wszystkie dawno już zniknęły. Zatrzymaliśmy się przy bibliotece; mimo że była zamknięta, Wi-Fi nadal działało, a hasło było wywieszone na drzwiach. Dzięki temu mogliśmy sprawdzić prognozę pogody, przeczytać e-maile, rzucić okiem na wiadomości i zadzwonić przez WhatsApp. Zasięg telefonii komórkowej w samym Restoule Park był bardzo słaby, a na naszym kempingu praktycznie żaden — czasami wczytanie samej prognozy trwało całe wieki.

Gerry's General Store w Restoule. Ceny benzyny: jeden litr regularnej $1,389, a premium $1,429. Przy cenach benzyny nadal stosuje się dziesiąte centa
Jedną z największych atrakcji tych krótkich wypadów był gorący prysznic na „zwykłym” polu namiotowym typu drive-in. Po kilku dniach biwakowania było to wręcz luksusowe przeżycie. Posiadanie miejsca dostępnego z wody tak blisko samochodu okazało się idealnym połączeniem: znakomita prywatność i piękne, odosobnione miejsce namiotowe, a jednocześnie możliwość szybkiego wypadu do miasteczka, na zakupy czy do parku pod prawdziwy prysznic.

Przejechaliśmy się także po miejscach biwakowych samochodowych, „drive-in”, na terenie parku. Wydawały się całkowicie zapełnione. Niektóre oferowały więcej prywatności niż inne, ale moim zdaniem nawet najmniej atrakcyjne miejsce, do którego trzeba dopłynąć na kanu, backcountry, przewyższa najlepsze miejsce samochodowe, „drive-in,” pod względem odosobnienia, ciszy i ogólnego poczucia kontaktu z dziką przyrodą.

Co za "bohaterska" rodzina! Byłem dla nich pełen podziwu
Pewnego dnia, wracając kanu do naszego miejsca biwakowego, zauważyłem przy pomoście kanu z dwojgiem dorosłych i czwórką małych dzieci. Później, gdy byliśmy już na jeziorze Stormy Lake, zobaczyliśmy ich ponownie — tym razem na otwartych wodach jeziora. Zrobiłem zdjęcie tego niezwykłego widoku i porozmawiałem z nimi. Byłem pod ogromnym wrażeniem. 

Przez lata spotkałem wiele osób, które bały się biwakować w parkach prowincjonalnych, bo uważały, że ich dzieci są jeszcze za małe — chociaż często miały już od 7 do 12 lat. „Pojedziemy, gdy będą starsze” — mówili. Paradoks polega na tym, że gdy dzieci dorastają, często wcale nie chcą już jeździć z rodzicami na tego rodzaju wyprawy. Jeszcze mniej rodziców wyobraża sobie zabranie dzieci na wyprawę kanu, zakładając, że to niebezpieczne. A jednak widziałem załadowane łodzie z ekwipunkiem biwakowym, dwojgiem rodziców i bardzo małymi dziećmi — czasem mającymi dwa lub trzy lata. Dzieci miały na sobie specjalne kamizelki ratunkowe, które w razie wpadnięcia do wody obracają je twarzą do góry. Jedna para powiedziała mi nawet, że ćwiczyli z dziećmi wywrotkę kanu i kamizelki zadziałały perfekcyjnie. Nie mieli obaw o bezpieczeństwo — tylko pewność siebie i doświadczenie.

Powinienem też wspomnieć, że zabrałem ze sobą stację zasilania Bluetti Power Station AC2A (300 W) oraz składany panel słoneczny Allpowers Solar Panel SP12 (100 W). Ładowanie stacji okazało się wyzwaniem, ponieważ nasze miejsce było mocno zalesione i musiałem bez przerwy przestawiać panel. Ponieważ był składany, trudno było ustawić go pod optymalnym kątem do słońca, więc najczęściej rozkładałem go płasko na ziemi. Udało mi się dość szybko naładować baterię do około 66%. Niestety kolejne dni były wietrzne, deszczowe i — jak łatwo się domyślić — pochmurne. Bez bezpośredniego światła słonecznego panel był w zasadzie bezużyteczny.


Oczywiście zabrałem ze sobą kilka książek i udało mi się przeczytać dwie z nich. Pierwszą były Dzieci Arbatu Anatolija Rybakowa, powieść osadzona w realiach epoki stalinowskiej. Pamiętam doskonale, jak książka ukazała się w Związku Radzieckim w 1987 roku (choć została napisana znacznie wcześniej) — było to prawdziwe wydarzenie literackie. Mimo że posiadałem ten tytuł od wielu lat, dopiero teraz znalazłem czas, aby go wreszcie przeczytać. 

I rzeczywiście — była to książka fascynująca, a jej sensacyjny odbiór w czasach pierestrojki stał się dla mnie całkowicie zrozumiały. Zawierała bowiem otwartą krytykę systemu sowieckiego oraz niezwykle szczerą i jednoznacznie negatywną charakterystykę Józefa Stalina jako paranoicznego i bezwzględnego dyktatora. Zdarzało się, że było już dobrze po północy, wokół mojej czołówki krążyły drobne muszki przyciągane światłem, a ja — mimo wszystko — nie mogłem oderwać się od lektury. Dopiero później dowiedziałem się, że Dzieci Arbatu są pierwszą częścią trylogii; mam nadzieję sięgnąć po pozostałe tomy w niedalekiej przyszłości.

Druga książka, którą przeczytałem, również dotyczyła życia w kraju komunistycznym — tym razem była to Korea Północna. In Order to Live. A North Korean Girl’s Journey to Freedom (Przeżyć. Droga dziewczyny z Korei Północnej do wolności) autorstwa Yeonmi Park to wstrząsająca autobiografia dziewczyny, która w wieku 13 lat uciekła z Korei Północnej wraz z matką w 2007 roku, by po dwóch latach dramatycznej tułaczki dotrzeć do Korei Południowej. Jest to historia bolesna i wręcz wstydliwa — opowieść o sprzedaniu jej i matki do przymusowych „małżeństw” przez chińskich pośredników.

 Początkowo autorka próbowała ukrywać te doświadczenia, starając się wtopić w południowokoreańskie społeczeństwo, lecz z czasem uświadomiła sobie, że jej historia przetrwania może dać siłę innym. Co więcej, jej siostra, która uciekła wcześniej, zaginęła w Chinach na wiele lat, co skłoniło Yeonmi Park do upublicznienia swojej opowieści w nadziei na odnalezienie siostry. Oglądałem wcześniej wiele dokumentów o Korei Północnej na YouTube, dlatego sam opis życia w tym państwie-więzieniu nie był dla mnie wielkim zaskoczeniem. Natomiast to, co spotkało autorkę już poza granicami Korei Północnej — w „wolnych” (a przynajmniej wolniejszych) Chinach — było szokujące i głęboko przygnębiające.

Scena z filmu "Backcountry". Główna bohaterka (Missy Peregrym) stoi na parkingu jeziora Stormy Lake w parku Restoule i patrzy się na jezioro, na którym za chwilę będzie popłynie na kanu ze swoim partnerem. Czy oboje powrócą?
Dla miłośników kina ciekawostka: jesienią 2013 roku część filmu Backcountry (z Missy Peregrym i Jeffem Roopem w rolach głównych) była kręcona właśnie w tym parku. Ponieważ Catherine i ja biwakowaliśmy w Restoule we wrześniu 2013 roku, film powstawał prawdopodobnie niedługo po naszym wyjeździe. W parku nakręcono m.in.:

• Scenę przyjazdu pary do parku.
• Krótką wizytę w biurze parku (oryginalny budynek został od tego czasu zastąpiony większym).
• Parking, na którym bohaterowie zostawiają samochód, oraz scenę wypłynięcia z pomostu — nagraną na parkingu przy jeziorze Stormy Lake. To dokładnie ten sam parking, na którym zaparkowaliśmy my, i ten sam pomost, z którego wypłynęliśmy (i na szczęście wróciliśmy w jednym kawałku, w przeciwieństwie do bohaterów filmu). Co więcej, nasz biwak backcountry, numer B-3, po drugiej stronie jeziora, na którym nocowaliśmy w 2013 roku, można na moment dostrzec w filmie.
• Finałowa scena również została nakręcona na tym samym parkingu.

Jak się chce, to wszystko można! Facet wędkował z tego małego kajaka i jakoby złapał kilka ryb "Bass"
Nasze miejsce opuściliśmy 2 lipca 2025 roku. Oczywiście ponowne pakowanie kanu wymagało sporo wysiłku i dobrej organizacji, jednak gdy tylko zaczęliśmy wiosłować, wiatr wyraźnie nam sprzyjał i dotarcie do pomostu zajęło nam około 20 minut. Sprawnie zapakowaliśmy cały sprzęt do samochodu, ułożyliśmy kanu na dachu i solidnie je przymocowaliśmy. Rozmawiałem też z pewnym mężczyzną, który właśnie zakończył swój wypad wędkarski — łowił z małego kajaka i powiedział, że udało mu się złowić kilka bassów.

Po drodze zatrzymaliśmy się na drodze Highway 124 w Rock n' Duck Resto w osadzie Whitestone
Zanim opuściliśmy park i ruszyliśmy w drogę powrotną, bardzo liczyliśmy na ostatni prysznic — niestety akurat wtedy nastąpiła awaria prądu i prysznice nie działały. Pojechaliśmy więc wokół jeziora Commanda i zajrzeliśmy na chwilę do Commanda Lake Resort, gdzie w 1999 roku wynajmowaliśmy domek. Miejsce zmieniło się nie do poznania. 

Zawsze lubimy wskoczyć do tego sklepu z używanymi rzeczami, tym bardziej, że znajduję się nieopodal supermarketu No Frills i kawiarni Tim Hortons. Oczywiście, 90% czasu spędzam w sekcji z książkami.
Zamiast jechać prosto do domu autostradą 11, zdecydowałem się wybrać trasę Highway 124 na zachód, a następnie Highway 400 — była to bardzo przyjemna i malownicza droga.

Wiadukt w Parry Sound oraz historyczna tablica przedstawiająca reprodukcję malowidła tego wiaduktu wykonaną przez słynnego malarza kanadyjskiego Tom Thomson.
Zatrzymaliśmy się jeszcze w Parry Sound. Najpierw odwiedziliśmy sklep Salvation Army Thrift Shop (zawsze sprawia mi to frajdę!), potem No Frills, gdzie kupiliśmy sałatę, chleb, ser, pomidory, następnie kawę w Tim Hortons. Na koniec pojechaliśmy na James Street, zaparkowaliśmy samochód i zjedliśmy lunch na pół-opuszczonym pomoście pod wiaduktem — miejscu, które od ponad 15 lat było dla mnie, Catherine i Krzysztofa tradycyjnym miejscem zatrzymania się na posiłek.

Estakada w Parry Sound, 1914
Pewnego wieczoru w połowie lipca 1914 roku Tom Thomson wpłynął w ujście rzeki Sequin River. Przypłynął z zatoki Go Home Bay, zatrzymując się na kilka dni w kanale South Channel. Ujrzawszy nową estakadę kolejową, najdłuższy most na wschód od Gór Skalistych, oraz tartak Parry Sound Lumber Company, oświetlony promieniami zachodzącego słońca, wyciągnął jedną z drewnianych desek o wymiarach 8 na 10 cali i w niecałą godzinę wykonał ten sugestywny szkic.

Tom Thomson jest uznany za jednego z czołowych malarzy kanadyjskich. Obecnie owe małe drewniane deski z jego malunkami, jakie rozdawał znajomym, mogą być warte ponad milion dolarów.

Co Tom Thomson widział w 1914 roku: pięćdziesiąt lat od momentu, gdy zaczęto karczować lasy, kłody spławiane rzeką są następnie przycinane i obrabiane w tartaku. Rzeka posiada tamy; na obu jej brzegach znajdują się linie kolei przemysłowej a stosy złożone z tysięcy kłód drzewa czekają na załadunek na statki. Tarcica potem dociera do krańcowych punktów linii kolejowych wokoło Wielkich Jezior i używana jest do budowy miast w Ameryce Północnej i w innych zakątkach świata. Siedem lat później, ostatni istniejący tartak całkowicie się spalił i Parry Sound powitało pierwszy statek wycieczkowy, pełny turystów, przybywających podziwiać naturalne piękno tego rejonu.
Zrobiłem też kilka zdjęć restauracji Golden Dragon (2 James Street). W 2008 roku mieściła się tam kawiarnia, w której — trzy dni po pierwszym spotkaniu Catherine podczas biwaku w pobliskim parku — Catherine, jej przyjaciółka Jane, Guy i ja spotkaliśmy się na kawę, ciastka i drinki na tarasie.

Restauracja "Golden Dragon" w Parry Sound. Chociaż restauracja się zmieniła, sam budynek pozostał taki sam od 2008 roku
Ogólnie rzecz biorąc, pobyt w parku był bardzo udany, choć Krzysztof narzekał na komary, muchy końskie i jelenie, był rozczarowany ograniczoną przestrzenią na codzienne spacery oraz niezadowolony ze śliskich i ostrych skał oraz trudności z łowieniem ryb z brzegu. Zasugerowałem mu więc, że następnym razem powinien wynająć cztero- lub pięciogwiazdkowy domek letniskowy, z osłoniętą od komarów werandą, pomostem z łatwym dostępem do wody i… zatrudnić przewodnika wędkarskiego--albo jeszcze lepiej--dobrego wędkarza!

Nasze super miejsce biwakowe!
Mimo wszystko spróbujemy wrócić do tego parku w 2026 roku — być może wybierając biwak położony bliżej parkingu, który jest wyjątkowo malowniczy.

poniedziałek, 9 lutego 2026

SIX MILE LAKE PROVINCIAL PARK, ONTARIO: BIWAKOWANIE W LATACH 2024 ORAZ 2025




THIS BLOG IS AVAILABLE IN THE ENGLISH  LANGUAGE/TEN BLOG JEST DOSTĘPNY W JĘZYKU ANGIELSKIM


WIĘCEJ ZDJĘĆ


FILM NA YOUTUBE



Park Prowincjonalny Six Mile Lake może nie należy do czołowych parków Ontario i ma pewne wady — m.in. wielu odwiedzających narzeka na hałas dochodzący z autostrady 400. Jednak jego bliskość do Toronto (169 km), a także jeziora, lasy, stawy bobrowe, plaże i malownicze szlaki sprawiają, że jest to wspaniałe miejsce do odwiedzenia.


Droga w parku Six Mile Lake
Moja pierwsza wizyta w tym parku miała miejsce w lipcu 1993 roku, zaledwie miesiąc po tym, jak kupiłem nowiutką Toyotę Corollę. Wówczas wybrałem się z Tadeuszem Paskiem, znanym polskim popularyzatorem jogi i jego synem Krzysztofem i m.in. wypożyczyliśmy motorówkę i spędziliśmy cały dzień, od wschodu do zachodu słońca, na zatoce Georgian Bay, łowiąc ryby (i złapaliśmy sporo). Co ciekawe, na sąsiednim miejscu biwakował z rodziną facet pochodzenia japońskiego. Okazało się, że nazywał się Fujimoto, był profesorem fizyki i że świetnie znał kolegę Krzysztofa ze studiów (który potem został profesorem na uniwersytecie w Toronto)--czy świat nie jest mały? Od tamtej pory odwiedziłem ten park ponad dwadzieścia razy.


Na długi weekend z okazji Dnia Kanady w czerwcu/lipcu 2024 udało mi się zarezerwować piękne, prywatne, przestronne i malownicze miejsce (44°53'53.7"N 79°45'22.7"W / 44.898250, -79.756300) na jeden tydzień.

A w tym miejscu rozbiłem namiot
Po kilku dniach samotnego biwakowania w 2024 roku dołączył do mnie mój kolega Guy [francuska wymowa imienia „Guy” to „gi”]. Chociaż park był pełen turystów podczas tego popularnego weekendu, widzieliśmy tylko kilka zajętych miejsc w pobliżu stawu bobrowego. Poza tym prawie nie odczuwaliśmy obecności tłumów, spędzając czas na długich, ciekawych rozmowach i wspominaniu różnych historii z naszego życia i wspólnych wypraw.

W 2009 roku Guy założył i przez wiele lat prowadził grupę www.meetup.com o nazwie „Toronto Weekend Adventurers”, która szybko rozrosła się do kilku tysięcy członków i organizowała mnóstwo wydarzeń. Choć nie jest już w niej aktywny, wciąż ma ogromną ilość fascynujących historii do opowiedzenia.


**********


Jeśli czytaliście moje wcześniejsze blogi, z pewnością natknęliście się już nieraz na jeden z moich ulubionych motywów: świat jest mały. Zazwyczaj za takimi stwierdzeniami kryje się jakaś historia — a skoro wcześniej wspomniałem o Guy, to wydaje się, że to idealny moment, by opowiedzieć kolejną z nich.


Guy przywiózł ze sobą Bluetti Power Station (baterię) wraz z 4 Solar Panels, 400 W, które szybko naładowały baterię. Do tego posiadał też lodówkę samochodową na 12 V, którą można było ładować albo w samochodzie, albo z baterii Bluetti. Oczywiście lodówka była "Made in China" i posiadała przyklejoną taką oto notatkę, napisaną "pięknym" językiem angielskim:

Jedzenie jeśli potrzebuje zamrożony efekt, musi być przechowywanie w tym produkcie co najmniej 20 godzin. Włóż jedzenie do lodówki na 12 godzin potem przenieś do tego produktu, użycie będzie lepszy efekt.

Ojciec Guy był belgijskim urzędnikiem państwowym i w latach 50. oraz 60. XX wieku pracował w Kongu Belgijskim. Choć sam Guy urodził się w Belgii (a połowa jego rodzeństwa w Kongu), kilka ważnych, formujących lat dzieciństwa spędził właśnie w Kongu. Kraj ten uzyskał niepodległość 30 czerwca 1960 roku, a jego pierwszym szefem rządu został Patrice Lumumba.


Ten blok po lewej stronie to ul. Syreny 44-nawet można zobaczyć mój balkon na szóstym piętrze. Podobne bloki za nim mieściły się na ulicy Lumumby (obecnie Płocka). Źródło: Polska Kronika Filmowa 1945 - 1990 Wytwórnia Filmów Dokumentalnych i Fabularnych WFiD Warszawa 
W tym miejscu pozwolę sobie na krótką osobistą dygresję. W latach 1963–1969 mieszkałem jako mały szkrab na ulicy Syreny w Warszawie. Niedaleko naszego domu znajdowała się ulica nosząca imię Patrice’a Lumumby. W efekcie znałem to nazwisko od bardzo wczesnych lat, na długo zanim miałem jakiekolwiek pojęcie, kim był ten człowiek i dlaczego zapisał się w historii. Dopiero później, z czystej ciekawości, zacząłem zgłębiać jego losy. Niejednokrotnie w dorosłym życiu udawało mi się zresztą zrobić wrażenie na rozmówcach, poprawnie wymawiając jego imię i nazwisko oraz mimochodem wyjaśniając, kim był i dlaczego odegrał tak istotną rolę. Sama ulica Lumumby istniała pod tą nazwą w latach 1961–1993; po upadku komunizmu przywrócono jej historyczną nazwę — ulicę Płocką.

Wracając jednak do Konga. Zaledwie tydzień po ogłoszeniu niepodległości wybuchła brutalna rebelia, a w wielu regionach Europejczycy stali się bezpośrednim celem ataków. W ciągu kilku tygodni belgijskie wojsko — a następnie siły interwencyjne ONZ — rozpoczęły ewakuację zdecydowanej większości spośród ponad 80 tysięcy Belgów mieszkających i pracujących wówczas w kraju. Wśród ewakuowanych znalazła się także rodzina Guy, która ostatecznie bezpiecznie dotarła do Belgii, gdzie została powitana przez Elżbietę Bawarską (Elisabeth Gabriele Valérie Marie), królową wdowę.

Po zakończeniu swojej misji w Kongu ojciec Guy kontynuował karierę dyplomatyczną jako belgijski urzędnik konsularny — najpierw w Nowym Jorku, a później w Toronto (przez jakiś czas pełniąc obowiązki konsula), gdzie oczywiście mieszkał wraz z rodziną, a Guy, jako młody chłopak, często unikał różnego rodzaju tarapatów, legitymując się dyplomatycznym paszportem—tak, był „nietykalny”! Po zakończeniu kariery dyplomatycznej jego ojciec z żoną pozostał w Kanadzie—jak też jego sześcioro dzieci zamieszkało w Kanadzie i w USA.

Przed budynkiem na ulicy 8 King Street East w Toronto, wraz z moją koleżanką z pracy. To zdjęcie było zrobione dnia 3 sierpnia 1985 roku!
Choć poznałem Guy i jego ojca dopiero w 2007 roku, jest bardzo możliwe, że nasze drogi krzyżowały się wielokrotnie już wcześniej. Belgijski Konsulat w Toronto mieścił się bowiem na 19. piętrze Royal Bank Building przy ulicy 8 King Street East — budynku znajdującego się na jednym z najbardziej prestiżowych skrzyżowań ulic w mieście, Yonge & King, który w chwili ukończenia w 1915 roku był najwyższym obiektem w całym Imperium Brytyjskim.


Nota bene, niemal vis-à-vis owego biurowca znajdował się słynny King Edward Hotel, w którym w maju 1969 roku John Lennon i Yoko Ono zatrzymali się w tym samym Apartamencie Królewskim (Royal Suite), w którym Beatlesi mieszkali w 1964 roku. Podczas tej wizyty organizowali konferencje prasowe promujące swoją akcję „bed-in for peace” oraz spotykali się z fanami i mediami zaledwie kilka dni przed swoim słynnym montrealskim „bed-inem”.

King Edward Hotel w Toronto. Źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:King_Edward_Hotel_2025.jpg
Również podczas pobytu w Toronto w 1988 roku, z okazji szczytu „Siódemki” (G7 Summit), premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher zatrzymała się w King Edward Hotel. Tego dnia po raz pierwszy spóźniłem się do pracy, czekając przed nim pół godziny, zanim się pojawiła i pomachała w naszą stronę.

Budynek na ulicy 8 King Street East w Toronto-the Royal Bank Building. Żródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Royal_Bank_Building_Toronto_1.jpg
Co ciekawe, pod koniec 1982 roku podjąłem swoją pierwszą pracę w Kanadzie właśnie w tym wieżowcu, również na 19. piętrze, w niewielkiej, acz prężnej i renomowanej firmie maklerskiej & inwestycyjnej (ta praca miała ogromny wpływ na moje przyszłe życie w Kanadzie, ale to już oddzielna historia). Od czasu do czasu mijałem pracowników belgijskiego konsulatu — najprawdopodobniej także ojca Guy — nie mając najmniejszego pojęcia, że nasze życiowe ścieżki kiedyś naprawdę się przetną.

**********


We wrześniu 2025 roku ponownie zaprosiłem do parku Guy, wraz z dwojgiem innych znajomych, lecz prognozy zapowiadały kilka dni deszczu, toteż nikt nie przyjechał. Postanowiłem jednak pojechać sam. Wyruszyłem z domu rano — deszcz miał spaść później. Po drodze zatrzymałem się w Tim Hortons w King City

W budynku zauważyłem wielki napis: "Pumpkin is Here" (Pumpkin Jest Tutaj)-reklama Starbucks promująca Pumpkin Cream Cold Brew i Pumpkin Spice Latte. Natychmiast zrobiłem zdjęcie i wysłałem je do Catherine z następującą wiadomością: "Piszą, że jesteś tutaj, ale nie mogę Cię znaleźć!" Dla wyjaśnienia: Catherine bardzo często nazywam "Pumpkin"! Zatrzymałem się raz jeszcze w Tim Hortons w Port Severn i dotarłem do parku przed południem we wtorek, 23 września 2025. Było pochmurno, gorąco i wilgotno; zaczęło padać dopiero późnym wieczorem. Udało mi się biwakować na tym samym miejscu, na którym byłem w 2024 roku z Guy. Dzięki rozwieszonej nad parkowym stołem plandece mogłem wygodnie siedzieć na zewnątrz podczas deszczu. Zresztą padało jedynie przez noc i wczesny ranek.

We wrześniu 2025 roku postawiłem namiot w tym samym miejscu
Delikatny dźwięk deszczu uderzającego o namiot był tak kojący, że po przebudzeniu około 8 rano ponownie zasnąłem i wstałem dopiero o 11, gdy deszcz ustał. Od piątku do poniedziałku pogoda była słoneczna i sucha, więc gratulowałem sobie decyzji, że nie odwołałem wyjazdu.

Widok z miejsca namiotowego był przecudowny!
Przez pierwsze cztery noce wydawało się, że jestem jedynym biwakującym w okolicy — mogłem cieszyć się kompletną ciszą i spokojem! W weekend park się zapełnił, lecz w niedzielny wieczór powtórnie zrobiło się cicho, a większość miejsc kempingowych opustoszała.

Bobry były wszechobecne!
Podczas obu pobytów rozbiłem namiot w tym samym miejscu, co w ubiegłym roku — około 2 metry od stawu bobrowego i 7 metrów od bobrowego żeremia. Moim zdaniem, to było jedno z najpiękniejszych miejsc w całym parku. Spędzałem godziny, obserwując bobry, które były szczególnie aktywne podczas mojej wrześniowej wizyty. Prawie o każdej porze można było zobaczyć jednego lub więcej — pływających, ciągnących gałęzie, jedzących, myjących się lub niezdarnie człapiących po lądzie w pobliżu mojego obozowiska. Czasem widziałem aż cztery jednocześnie!
Niedokończona robota bobrów! Nasze i te tak bardzo pracowite zwierzątka czasami zaniechują dalszej pracy
Nie były zbyt oswojone, ale tak długo jak się zbytnio nie poruszałem lub robiłem im zdjęcia, nie zwracały na mnie uwagi. Obserwowanie ich było naprawdę dużą przyjemnością. W nocy, zasypiając, słyszałem głośne uderzenia ich płaskich ogonów o lustro wody.

Staw bobrowy oraz po prawej stronie mocna tama bobrowa, bez której stałby się one jedynie trzęsawiskiem
We wcześniejszych latach często widywałem przy stawie bobrowym czaple modre, lecz podczas tych wyjazdów nie zauważyłem ani jednej. Strażnik parku powiedział mi później, że nadal je tam widywano, więc być może to tylko chwilowa nieobecność. Większość z nich migruje na południe w połowie września, więc prawdopodobnie po prostu je przegapiłem.

Wiewióreczki ziemne, "chipmunks", non-stop goniły się na moim miejscu i zbierały żołędzie
Jedynymi innymi zwierzętami, które regularnie widywałem, były wiewiórki pręgowane (chipmunks), biegające tam i z powrotem, zbierające żołędzie. Były bardzo terytorialne i często goniły się nawzajem. Ku mojemu zaskoczeniu, nie były zbyt przyjazne i nigdy nie próbowały się do mnie zbliżyć — w przeciwieństwie do wielu innych parków, gdzie te gryzonie szybko kojarzą ludzi z jedzeniem i nie można się od nich opędzić.

Widok z mojego miejsca biwakowego
Czarne niedźwiedzie są tu rzadkością, a pracownicy parku potwierdzili, że od miesięcy nie było żadnych zgłoszonych obserwacji. Szopy pracze, choć często aktywne nocą, nie pojawiły się podczas żadnej z moich wizyt. Chociaż grzechotniki (Eastern Massasauga Rattlesnake), jedyne jadowite węże w Ontario, można spotkać w okolicach parku (co mi się zdarzyło w 2022 roku), z powodu dziesiątek turystów odwiedzających corocznie to miejsce, nie spotyka się ich tutaj.

Widok mojego namiotu z miejsca biwakowego znajdującego się po przeciwnej stronie stawu bobrowego
Podczas biwakowania z Guy codziennie rozpalaliśmy ognisko i siedzieliśmy przy nim do późna w nocy. Przywiózł nowy generator Bluetti Power Station wraz z czterema panelami słonecznymi, które ładował w słoneczne dni. W 2025 roku sam zabrałem mniejszy model Bluetti Power Station — wystarczający na moje skromne potrzeby. Ponieważ pogoda była pochmurna, nie zabrałem panelu słonecznego i zamiast tego ładowałem urządzenie w budynku sanitarnym parku. W trybie „turbo charge” naładowanie go prawie do pełna zajmowało mniej niż godzinę, podczas gdy ja siedziałem w samochodzie z książką lub brałem orzeźwiający prysznic w nowej „comfort station”.

Nie śmiejcie się, lecz te składniki stanowiły moje codzienne śniadania!
W 2025 roku nie rozpalałem ognisk — nie przepadam za siedzeniem przy ognisku w samotności. W ogóle nie lubię podróżować samotnie i w pewnym sensie podziwiam tych, którzy potrafią sami, bez żadnego towarzystwa, objechać cały świat i nie mają z tym problemu. Na śniadanie jadłem płatki błonnikowe oraz sześć cytryn i dwie pomarańcze, z których rano wyciskałem dużą szklankę świeżego, zdrowego soku. Pojechałem też raz do Tim Hortons w Port Severn (44°53'53.7"N 79°45'22.7"W / 44.898250, -79.756306) na kawę i muffinkę.

Sanktuarium Męczenników Kanadyjskich w Midland
W sobotę, 27 września 2025 roku, udałem się do Sanktuarium Męczenników Kanadyjskich w Midland (44°44'11.8"N 79°50'32.2"W / 44.736611, -79.842278), aby uczestniczyć w wieczornej Mszy uzdrowienia, odprawianej przez Ks. Johna O’Briena SJ, którego poznałem po raz pierwszy 7 sierpnia 2022 roku w Midland (dokładnie 3 ½ roku temu, jak piszę te słowa). Również prowadzi on rekolekcję w Jezuickim Ośrodku Rekolekcyjnym „Manresa” w Pickering w Ontario, na które corocznie uczęszczam od 1994 roku, jednakże nigdy nie miałem okazji go tam spotkać. Po Mszy zatrzymałem się w Walmart, aby kupić świeżą sałatę — po kilku dniach bez warzyw mój organizm się ich domagał, bo w domu świeże warzywa i sałaty są moim podstawowym, a niekiedy i głównym pożywieniem.

Moje ulubione miejsce koło namiotu--często tutaj siedziałem i czytałem książki, obserwowałem bobry i rozmawiałem przez Internet
Zaledwie kilka metrów od stawu bobrowego, obok namiotu, znalazłem formację skalną przypominającą trochę „fotel”, na której mogłem w miarę wygodnie siedzieć. Ustawiłem telefon na statywie i rozmawiałem przez aplikację konwersacji z ludźmi z całego świata. Ponieważ w tle było widać staw, drzewa i żeremie bobrowe, niektórzy rozmówcy początkowo sądzili, że używam wirtualnego tła — dopóki nie zobaczyli prawdziwego bobra przepływającego w kadrze. Wówczas byli oszołomieni i zachwyceni kanadyjską przyrodą!

Oprócz Chromebook’a przywiozłem też kilka książek, choć niewiele czasu spędzałem na czytaniu — wolałem chłonąć otaczającą mnie naturę. Udało mi się jednak skończyć fascynującą autobiografię autorstwa Gregory’ego Howarda Williamsa Life on the Color Line: The True Story of a White Boy Who Discovered He Was Black (Życie na granicy koloru skóry: Prawdziwa historia białego chłopca, który odkrył, że jest czarny). Williams dorastał w latach 50. XX wieku w stanie Wirginia, wierząc, że jest biały — jego ciemnoskóry ojciec podawał się za Amerykanina pochodzenia włoskiego — lecz po przeprowadzce do miasteczka Muncie w Indianie poznał prawdę o swoim pochodzeniu i wraz ze swoim bratem zaczął żyć jako osoba czarnoskóra. Mimo ubóstwa i ogromnych trudności, zdobył kilka dyplomów uniwersyteckich i ostatecznie został rektorem Uniwersytetu w Cincinnati, a później City College of New York.

Gregory Howard Williams
Autor był brutalnie szczery, opisując swoje życie. Kiedy wraz z ojcem przeniósł się do Indiany i zaczął żyć jako czarnoskóry, jego matka zostawiła jego, brata i ojca, wyprowadzając się do innego stanu. Pewnego dnia ojciec powiedział mu, że widział jego matkę, która mieszkała w Waszyngtonie „z tym czarnym draniem, z którym uciekła”, i że „pytała, jak sobie radzicie, chłopcy”. Gdy młodszy brat autora zapytał ojca, co jej odpowiedział, ten odparł: „Powiedziałem jej, że jesteście w Muncie i uczycie się, jak być czarnuchami!” (I told her you were in Muncie, learning how to be niggers!)

Po przeczytaniu książki chciałem napisać do niego krótki list z podziękowaniem, lecz dowiedziałem się, że zmarł zaledwie miesiąc wcześniej — 12 sierpnia 2025 roku, w wieku 81 lat.


Porannej gimnastyce zawsze towarzyszyło mi słuchanie książek audiobooks
Kilka razy zatrzymywałem się w sklepie parkowym na kawę ($2,15 CAD za filiżankę) i z przyjemnością rozmawiałem z bardzo sympatycznym strażnikiem, który opowiadał mi o parku i swojej pracy.

Jedno z lepszych miejsc biwakowych w parku, na którym wielokrotnie biwakowałem z Catherine, Guy, Krzysztofem, Patrizią i Zoranem
Park opuściłem rankiem 29 września 2025 roku, zatrzymując się tylko w Tim Hortons w Port Severn. Ruch na autostradzie nr 400 był niewielki, ale zbliżając się do Toronto, postanowiłem ułatwić sobie życie, wybierając płatną autostradę nr 407, by uniknąć ewentualnych korków na autostradzie nr 401.
I jeszcze jedno zdjęcie, przedstawiające widok rozciągający się z mojego miejsca biwakowego!
Oba wyjazdy okazały się niezmiernie przyjemne i relaksujące. I choć uwielbiam biwakować w bardziej odległych miejscach, z przyjemnością powrócę do Parku Prowincjonalnego Six Mile Lake, aby w nim spędzić nawet kilka dni pod namiotem!